"Nie jestem kolekcjonerem guzików! Jestem filobutonistą, proszę pani, a to poważna sprawa"

Robert Bauer jest posiadaczem największej kolekcji guzików w Polsce.
Robert Bauer jest posiadaczem największej kolekcji guzików w Polsce. Fot. Dominika Majewska/naTemat
Rodzina zdążyła się przyzwyczaić, ale jego hobby nieprzerwanie od 12 lat wywołuje u nieznajomych na przemian zdziwienie i śmiech. Robert Władysław Bauer nic sobie z tego nie robi i dzisiaj spokojnie może o sobie powiedzieć, że jest szczęśliwym posiadaczem największej kolekcji... guzików w Polsce. Jeśli też się uśmiechnąłeś pod nosem, szybko zmienisz zdanie. Zbieranie tych niepozornych przedmiotów kryje wiele tajemnic, od których można dostać wypieków.

Jestem filobutonistą
Robert Bauer z rodziną - żoną i dwójką dzieci mieszka na warszawskim Bemowie. To właśnie tutaj ukrywa ponad 10 tys. guzików: małych, dużych, kunsztownych i wyszczerbionych, nowszych i tych, które pamiętają czasy Potopu Szwedzkiego. Chociaż jego praca zawodowa jest wielce pochłaniająca, to nie zaniedbuje swojego hobby.

Zresztą, od tego zajęcia trudno się uwolnić - każdy nosi ubrania z guzikami, a znawca tych niewielkich przedmiotów czasami nie wie, gdzie podziać oczy. – Mam taki odruch, że patrzę na guziki, które ludzie noszą. Szczególnie ciekawe modele mają panie przy zimowych płaszczach, wprawne oko od razu wychwyci taki interesujący guzik – przyznaje Bauer.
Na początku swojej przygody z guzikami Bauer mówił o sobie "kolekcjoner guzików", ale coś mu tu nie grało. - Kiedy ludzie mnie pytali, jak się nazywa to moje hobby, odpowiadałem po prostu, że zajmuje się zbieraniem guzików. Pomyślałem tak: mamy filatelistów, numizmatyków - to brzmiało dumnie. W końcu zaczęło mi to doskwierać i postanowiłem wymyśleć odpowiednią nazwę również dla mojego zainteresowania - mówi. Po wielu konsultacjach z polonistami, udało mu się ukłuć nazwę - "filobutonistyka". Od tej pory może dumnie nazywać się "filobutonistą", a słowo wymyślone przez pana Roberta stało się powszechną nazwą osób z zamiłowaniem kolekcjonujących guziki.

W kwestii języka i guzików pan Robert ma jednak o wiele więcej do powiedzenia. Popularne przysłowie, że "coś jest guzik warte" nie wzięło się znikąd. - Dawniej guziki były kunsztowne i były oznaką zamożności, statusu. Jeśli szlachcic szedł np. do karczmy i zabrakło mu tradycyjnej waluty, to pytał np. czy może zapłacić... guzikiem. Więc "guzik warte" oznaczało wtedy taką walutę wymienną. Dzisiaj znaczenie jest odwrotne, mówi się "guzik wiesz", to "guzik warte" w znaczeniu negatywnym, ale pierwotnie to, że coś jest "guzik warte" oznaczało, że jest warte dużo - tłumaczy.

Jeszcze niedawno o nietypowym hobby dowiadywał się każdy, kto tylko przekroczył próg mieszkania państwa Bauerów - guziki wisiały w szklanych gablotach na ścianie, ale po ostatnim remoncie musiały znaleźć sobie inne schronienie. I znalazły. Teraz Bauer przechowuje je w specjalnych segregatorach z emblematem guzików na grzebiecie. – Na szczęście są estetyczne, dlatego żona pozwala mi je trzymać w sypialni na eksponowanym miejscu – opowiada stukając palcem o segregator.
Polowanie na guziki
Dzisiejsza kolekcja robi wrażenie, ale początki były skromne. –Zaczęło się od orzełków takie, jakie mieli żołnierze i urzędnicy na czapkach. W pewnym momencie hobby zaczęło być drogie, więc pomyślałem, że guziki będą w sam raz - też mają przecież orzełki, a są tańsze – opowiada. Szybko się okazało, że te kalkulacje były na wyrost, a zdobycie guzika też potrafi uderzyć po kieszeni. – Pamiętam, że wybrałem się kiedyś na Koło, gdzie sprzedają starocie. Zobaczyłem przepiękny guzik, ale kiedy handlarz podał mi cenę, mina mi nieco zrzedła. Chciał 200 zł. Pomyślałem, a niech to, muszę go mieć. Poleciałem piorunem do bankomatu, ale kiedy błyskawicznie wróciłem okazało się, że już go nie ma – wspomina Bauer.

Zresztą walka o guziki na targowiskach to nie przelewki! Polujących na guziki jest całkiem sporo, a wiadomo - kto pierwszy, ten lepszy. – Bywa naprawdę gorąco, a poszukiwacze ciekawych guzików potrafią deptać sobie po piętach – przyznaje właściciel największej kolekcji w Polsce.

Żeby zdobyć kolejny interesujący guzik nie wystarczy przechadzać się po pchlich targach. Trzeba jeszcze przejrzeć portale internetowe i aukcje. Tam też kryje się wiele skarbów. A determinacja kolekcjonerów potrafi być naprawdę zadziwiająca. – Pewnego razu wypatrzyłem na rosyjskim odpowiedniku Allegro polski guzik. Kupiłem go od mieszkańca Uralu. W 1917 roku stworzono tam polskie jednostki wojskowe i dla nich wyprodukowano guziki. Awers, rewers, sygnatura - w przypadku tych guzików wszystko jest wyjątkowe – uśmiecha się Bauer i z dumą prezentuje guzik, który wędrował do niego ponad dwa miesiące.
To zresztą jeden z jego ulubionych okazów. – Jest niezwykle ciekawy i w stanie szufladowym! – mówi z entuzjazmem, a ja po raz pierwszy dowiaduję się, że guziki w stanie "szufladowym" są najcenniejsze. Znawcy guzików to wiedzą, ale dla laika to nie było takie oczywiste. Stan "szufladowy" oznacza po prostu, że guzik przez większość czasu przeleżał gdzieś w bezpiecznym miejscu i jest w idealnej kondycji.

Guzik od papieża

W swojej kolekcji ma wiele perełek, a taką gratką jest niewątpliwie guzik Jana Pawła II. – Pomyślałem pewnego dnia, że fajnie by było taki mieć w swojej kolekcji i postanowiłem działać – mówi Bauer. Pochwalił się żonie, że napisze list do Watykanu z prośbą, żeby papież przesłał mu guzik od swojej sutanny. Żona pana Roberta popukała się wówczas tylko po głowie, ale niedługo potem musiała przyznać mężowi rację. – Nie minęło pięć dni, a żona do mnie woła, że przyszedł list z Watykanu. Otwieramy list, a tam rzeczywiście guzik papieski – mówią roześmiani małżonkowie.

Skąd się wziął ten guzik?

Pan Robert wybrał sobie niełatwe hobby. Na temat guzików nie ma zbyt wiele fachowej literatury, a dowiadywanie się, skąd pochodzi dany egzemplarz często przypomina pracę detektywa i iście krecią robotę - czasem przecież nie ma punktu zaczepienia i trzeba żmudnie odtwarzać ich dzieje. Jak w przypadku tych dwóch guzików, co do których pan Robert ma na razie jedynie przypuszczenia
Kiedy pochylamy się nad segregatorem z guzikami pan Robert wskazuje palcem na biały guziczek. Z tym guzikiem wiąże się z kolei miłosna historia. W czasie wojen napoleońskich, kiedy przez Polskę maszerowali francuscy żołnierze jeden z nich zakochał się w polskiej dziewczynie z Sochocina. Amor trafił go na tyle mocno, że postanowił osiąść w Polsce. - A że był taki zmyślny to sprowadził gdzieś z okolic Austrii maszynę do produkcji guzików z... muszelek, których w okolicy nie brakowało. Wkrótce potem guziki sochocińskie z muszelek zrobiły się tak sławne, że najpierw zawojowały polski rynek, potem europejski, a potem nawet światowy - opowiada kolekcjoner guzików.
Bauer prężnie działa, żeby odtwarzać takie historie. W nielicznych pozycjach książkowych o guzikach miał swój udział, a w jego domu jest wydzielona półka, gdzie w tytułach nieustannie przewija się słowo "guzik". Własnym sumptem założył też stronę internetową - buttonarium.eu, gdzie obok zdjęć guzików widnieją ich szczegółowe opisy, łącznie z tym od jakiego wytwórcy pochodzą, z czego są wykonane, do kogo należały i jaka historia się z nimi wiąże. Dzięki swojej nieustępliwości w zgłębianiu historii tych maleńkich przedmiotów i współpracy z różnymi pasjonatami z Polski i ze świata, udało mu się stworzyć wyjątkowe miejsce w sieci.
Kolekcja pana Roberta jest miła nie tylko dla oka. Każdy guzik to osobny kawałek historii, a ich właściciel mógłby opowiadać o nich godzinami. Słuchanie "guzikowych" opowieści i oglądanie niewielkich przedmiotów niesie za sobą jednak pewne niebezpieczeństwo - można się tą pasją łatwo zarazić, o czym przekonała się już niejedna osoba, która poznała tego polskiego filobutonistę.

Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...