Bez niego nie byłoby Lady Gagi. David Bowie zamieszkał w końcu na Marsie

Ten wizerunek Bowiego jest najczęściej powielany przez artystów i fanów.
Ten wizerunek Bowiego jest najczęściej powielany przez artystów i fanów. okładka płyty "Aladdin Sane"
Lady Gagą łatwo się posłużyć. Jej wizerunek w najbardziej nachalny i jaskrawy sposób nawiązuje do scenicznego alter ego Davida Roberta Jonesa – Ziggy’ego Stardusta. Jednak Bowie przez prawie 50 lat swojej kariery zmieniał tak często, że do inspiracji nim przyznają się muzycy różnych stylów. Kanye West, Nirvana, Blur, Placebo. David Bowie był twórcą uniwersalnym, grzecznym i niegrzecznym, eleganckim, tajemniczym i szokującym i spokojnym.

Czarna Gwiazda
Dwa dni po 69 urodzinach i po premierze płyty „Blackstar” Bowie zmarł. Od półtora roku chorował na raka, ale informacja o jego śmierci była tak szokująca, że jego syn Dunkan Jones musiał potwierdzić ją na Twitterze. Nic dziwnego, przecież David rodził się i umierał wiele razy. W świadomości ludzi na zawsze pozostanie Małym Księciem, który spadł na Ziemię z Księżyca jako androgyniczny ideał.
Bowie swoją śmiercią zrobił najbardziej kontrowersyjną promocję swojego nowego krążka, tak bardzo wyczekiwanego przez fanów i ciekawskich tego, co ma do przekazania artysta po kilku latach przerwy. Prawdopodobnie w tym tygodniu i tak ukazałoby się wiele artykułów na jego temat, jednak wszyscy pisaliby o emocjonalnej, elektronicznej i mrocznej płycie. Jego głos brzmi tam smutno, melancholijnie i pięknie. W końcu nie ma wątpliwości, że był jednym z najlepszych wokalistów wszech czasów, wielokrotnie wymienianym w rankingach przygotowywanych przez duże tytuły prasowe.


Legenda za życia
O Davidzie Bowie krążyły legendy i plotki, które sam potwierdzał albo dementował po latach. Najsłynniejsza anegdota dotyczy trybu życia, jaki prowadził w 1976 roku przy nagrywaniu płyty „Station to Station”. Ponoć kokainę zagryzał wtedy papryką i popijał mlekiem. Sam artysta przyznał kiedyś, że nie pamięta tego okresu swojego życia.

Podejrzewano go o związek z Mickiem Jaggerem, nie dementował plotek o romansach z mężczyznami by po latach przyznać, że był to sposób na promocję wymyślony przez speców. Miał szokować swoją seksualnością, mieć w sobie coś z kobiety. Kiedy w latach 60-tych ludzie dopiero zaczęli przyzwyczajać się do obyczajowości rewolucji seksualnej, on poszedł o krok dalej.

Kosmita
Po pierwszej solowej płycie, na której jego wizerunek nie różnił się od grzecznych chłopców rock and rolla, zaczął się zmieniać. W czasach „Space Oddity” z 1969 miał długie, natapirowane włosy, jego utwory były bardziej brudne i niegrzeczne, ale rok później zaszokował okładką płyty „The Man Who Sold The World”. Bowie leżał na leżance w sukni, jednak nie był to strój kobiecy, ale kreacja projektu kreatora mody Michaela Fischa. Ta płyta uznawana jest za zapowiedź jego pierwszego wcielenia – Ziggy’ego Stardusta.


Dla wielu ludzi ten kosmiczny typ był nie do zaakceptowania. Pomalowana twarz, dziwna fryzura, obcisłe i pobłyskujące stroje, erotyczne pozy. Pochwała androginiczności, choć w latach 70 – nie było to zjawisko szeroko omawiane i akceptowane społecznie. Teraz androginiczność jest czymś normalnym, modnym, wspomniana wcześniej Lady Gaga chętnie otacza się takimi ludźmi.

Należał w tamtych latach do światowej śmietanki artystycznej. Inspirował go Bob Dylan, Andy Warchol, na płycie „Hunky Dory” znajdują się nawet utwory poświęcone tym artystom. Tak jakby stawiał się niżej w hierarchii, a już wtedy był co najmniej księciem.

Był wszystkim tym, czym był glam rock. Świecił kiedy w 1972 roku wydał płytę „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”, która opowiada historię kosmity. Piosenki pompatyczne, eleganckie i zadziorne. Pełne przepychu, taki też był wtedy Bowie.

Lata siedemdziesiąte uznawane są przez wielu fanów za jego złoty okres, szczyt jego artyzmu. Ziggy stał się osobną postacią, bohaterem, o którym mówiło się osobno, Bowie robił swoje, nie brał odpowiedzialności za poczynania Stardusta. Wtedy w wywiadach opowiadał, że jest gejem, ale w swoim życiu miał dwie żony, które zachwycały urodą.

Ikona
1973 rok to płyta „Alladin Sane” z najsłynniejszą chyba okładką artysty. Portret Ziggiy’ego z kolorową błyskawicą na twarzy. Ten styl był wyprzedzeniem mody, ludzie wtedy jeszcze chcieli ubierać się w motywy kwiatowe nosić skórzane rzemienie i długie włosy. Bowie w ten sposób potwierdzał swoją historię – że jest przybyszem z innej planety, który spadł na Ziemię.

W 1976 roku zagrał w filmie Nicolasa Roega „Człowiek, który spadł na Ziemię”, wcielił się tam w rolę kosmity, który chce ratować swoją planetę, ponieważ zabrakło na niej wody. Jednak wizja Bowiego jako przybysza z kosmosu przypominała bardziej historię „Małego Księcia” Antoine'a de Saint-Exupéry'ego, przypominał go. W 1974 zerwał ze Stardustem, na jednym z koncertów zapowiedział, że już więcej nie wstąpi jako przybysz z kosmosu.

Warszawa
W latach 1976 -79 Bowie mieszkał w Berlinie Zachodnim. To wówczas powstała piosenka „Heroes”, do której napisania zainspirowała go ponoć para całująca się pod Murem Berlińskim. Stolica Niemiec Zachodnich była mekką artystów. Wyjechał tam w dobrym momencie, ponieważ jego wizerunek zmierzał w złą stronę. Na przykład w wywiadzie udzielonemu „Playboyowi” jako Thin White Duke (kolejne alter ego) powiedział, że Hitler był gwiazdą rocka, ubierał się w stroje inspirowane faszystowskimi mundurami. Po latach tłumaczył, że z tamtego okresu niewiele pamięta, czemu winne są regularnie zażywane narkotyki.

Berlin był dobrym czasem, wtedy powstały trzy płyty „Low”( z utworem „Warszawa”), „Heroes” i „Lodger”. Wtedy jego głowę zajmowała zimna wojna, chłód socrealizmu, niemiecka elektronika (fascynował go zespół Kraftwerk). Wokół „Warszawy” powstało wiele domysłów, okazało się jednak, że Bowie zainspirował się Żoliborzem.

Kiedy wracał z Moskwy, pociąg zatrzymał się na jakiś czas na Dworcu Gdańskim, artysta wybrał się wtedy na krótki spacer podczas którego kupił w księgarni płytę zespołu „Śląsk”. Ta muzyka zainspirowała Bowiego do wprowadzenia słowiańskiego chóru do „Warszawy”. W tym czasie było jasne, że Bowie to artysta innowator. Popularne było powiedzenie „Jest nowa fala, jest stara fala i jest David Bowie”.
Zatańczmy!
W latach 80-tych rozpoczął się okres wesołości w stylu dyskotekowym. Powstała płyta „Let’s Dance”, która zawierała taneczne utwory o lekkiej tematyce. Sam Bowie mówił, że to krążek komercyjny. Krytycy zarzucali mu kicz nie tylko w muzyce, ale również w stylu. Porównywano go do mieszanki księcia Karola i księżnej Diany.

W 1987 roku zaczął się ciężki okres dla artysty. Krytycy źle przyjęli album „Never Let Me Down”, a lata 90-te to spokojny i poważny okres Brytyjczyka. Wciąż próbował robić rzeczy innowacyjne, jednak jego rozwój się jakby trochę spowolnił. Łapał się za soul, hip-hop czy nawet drum and bass. Fani woleli wracać do starych utworów.

David Bowie był również aktorem. Jego największym sukcesem był występ na deskach Broadwayu w sztuce „Człowiek Słoń”. Najsłynniejszym filmem z jego udziałem jest chyba obraz z 1981 roku „My dzieci z dworca Zoo” Uliego Edela-historia o berlińskich narkomanach. W 1988 był Piłatem w „Ostatnim kuszeniu” Martina Scorsese, a 1992 roku wystąpił w „Twin Peaks:Ogniu krocz ze mną” Lyncha. Lista jego ról aktorskich jest długa.

David Bowie wciąż inspiruje artystów, mimo że od kilku lat nie stworzył niczego przełomowego. Ostatnio w warszawskim Barze Studio świętowano jego urodziny, na które goście mogli przyjść ubrani jak ich idol. Każdy fan ma swoją ulubioną postać Bowiego. Kosmita, hermafrodyta, książę, dandys – zawsze starał się być w czymś pierwszy. Wyznaczał ścieżki, zachwycał. Zwykł mówić – "zawsze chciałem być kimś więcej niż człowiekiem". Udało się.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...