Triumf kasjerów! Bardziej opłaca się być „specjalistą” na kasie Lidlu, niż sprzedawcą książek w Empiku

Etat, opieka medyczna, premie i szansa na awans - w ten sposób praca kasjera przestała być najgorszym zajęciem w Polsce.
Etat, opieka medyczna, premie i szansa na awans - w ten sposób praca kasjera przestała być najgorszym zajęciem w Polsce. fot. Anna Kraśko / Agencja Gazeta
Koniec z pogardzaniem pracą kasjerów. Pensje tych z Lidla i Biedronki po ostatnich podwyżkach dobijają do 2400 zł brutto. Do tego stała umowa o pracę, pakiet medyczny, premie i szansa na awans na kierownika. O takich warunkach mogą pomarzyć sprzedawcy renomowanych marek.

Dobry sprzedawca w Lidlu musi znać na pamięć kody ok. 20 rodzajów pieczywa oraz podobnej liczby warzyw i owoców z działu „ryneczek”. Jednego klienta musi rozliczyć średnio w 90 sekund. A przecież są jeszcze tacy, którzy dopiero w momencie podania sumy zakupów rozpoczynają szukanie portfela. Przy mniejszym ruchu w sklepie sprzedawca robi jeszcze porządek w regałach i na zapleczu. Sprząta kartony, dokłada mleko albo jogurty na półki. Na koniec zmywa własną kasę. Wspomnę jeszcze o obowiązku powiedzenia „dzień dobry” i „do widzenia” tak, aby wybrzmiały z autentyczną życzliwością nawet o 21.55 w sobotę weekendu majowego, kiedy inni już grillują. Trudno sobie wyobrazić, że sieć handlowa nie doceni takich kwalifikacji.


To dlatego ten, kto chce rozpocząć ciężką pracę kasjera, na dzień dobry dostaje umowę o pracę i 2400 zł brutto (czyli 1738 zł na rękę). To o 150 złotych więcej niż oferuje konkurencyjna sieć handlowa Biedronka. Obie sieci sklepów ogłosiły podwyżki w marcu tego roku. Na przykład kierownik Lidla zarabia co najmniej 4 tys. brutto, ma służbowy samochód, najczęściej rekrutuje się z szeregowego personelu. Biedronka podkreśla, że minimalne wynagrodzenie w tej sieci jest o 22 procent wyższe od pensji minimalnej. Obie firmy chwalą się ofertą pakietów medycznych, bonusów świątecznych, ale też jasnymi kryteriami awansu. Tak walczy się o wizerunek. Klienci chcą widzieć niskie ceny, a jednocześnie nie chcą oglądać zmaltretowanych nużącą pracą "robotów".

Znana marka płaci grosze
Tymczasem znacznie w tyle pozostały sieci sklepów, gdzie - wydawałoby się - praca jest sympatyczna, lekka, czysta, do tego odbywa się wśród dóbr luksusowych. Serwis Bankier.pl stworzył listę płac sprzedawców w znanych sieciowych sklepach. Informacje szokują, bo rzekomo uznane marki oferują często pracę na śmieciowych warunkach. Sprzedawca z jednego z salonów zarabia 6,33 zł na godzinę netto czyli niewiele ponad 1000 złotych miesięcznie przy typowym 8-godzinnym dniu pracy. Poniżej 1300 złotych miesięcznie płaci sieć LPP. Wyżej w piramidzie zarobków jest m.in. sklep z kosmetykami, oferując pracę za minimalną pensję krajową 1350 zł. W jednej z sieci obuwniczych pracownik kupi najwyżej cztery pary butów za własną pensję. Poniżej progu kasjerów płaci jeszcze kilka innych sklepów, a także Empik. A przecież to nie handel mąką i ziemniakami, ale kulturą: czasopismami, książkami i płytami z muzyką i filmami.

Trudno nie wspomnieć o innych realiach pracy w branży retail. Biedronka i Lidl są pod presją związkowców i opinii publicznej, więc szybciej zamykają sklepy w dniach świątecznych. W Galerii Mokotów w wielkanocną sobotę czy wigilię handel trwał do godziny 16, czyli dwie godziny dłużej. To właśnie takim pracodawcom zespół Beneficjenci Splendoru zadedykował piosenkę pt "Ręce pełne robota"

Na tym tle tylko trochę lepiej wypada wypada hiszpański Inditex – właściciel sklepów marek Zara, Stradivarius oraz Pull&Bear. Tam sprzedawcy zarabiają około 2100 zł netto miesięcznie i mają umowy o pracę (a etat w branży handlowej także okazuje się luksusem). Ale i o tej firmie opinie są podzielone.
opinie o pracy w ZARA

Praca fizyczna za kiepskie pieniądze. Można zarobić znacznie lepiej w sklepie spożywczym za kasą, poziom zmęczenia po takiej pracy podobny, wątpliwy prestiż pracy w Zarze nie jest argumentem ZA. Czytaj więcej

W opiniach portalu GoWork przeczytacie, że wiele osób pracuje tam dla uzyskania 15-procentowej zniżki pracowniczej na zakup ubrań. To zupełnie inaczej niż w Lidlu i Biedronce: – W każdej pracy można być wirtuozem. Pracuję w Biedronce, bo akurat tutaj najszybciej przyjęto moje podanie. Choć wielu ludzi uważa to za najgorsze zajęcie w Polsce, ja akurat mam tu dużo satysfakcji - mówi pan Piotr, kasjer z Biedronki w warszawskiej dzielnicy Ochota.

To pracownik, o którym krążą już w internecie legendy. Zazwyczaj jedna zmiana w zatłoczonym sklepie osłabia największych twardzieli. Kiedy inni ze znużenia dziobią nosem kasę, on wręcz rzuca się do obsługi klienta. Prawdopodobnie jest najszybszym kasjerem całej sieci. Mistrz przekładania produktów przed czytnikiem.
Polak Polakowi sknerą
Dlaczego w handlu tak trudno, nawet nie o dobrze, ale o normalnie płatną pracę ? Wyjaśnia kierownik salonu jednej z firm odzieżowych: – Wiele sklepów znanych marek to tak naprawdę biznes franczyzowy. koszty i ryzyko przedsięwzięcia ponosi indywidualny przedsiębiorca zakładający sklep pod znanym szyldem. Ponieważ w galeriach handlowych czynsze są stałe i wyrażone w euro, a umowy wieloletnie, jedyny sposób na trzymanie kosztów w ryzach to pensje pracowników. Zdarza się, ze nawet przy obrocie rzędu 25-30 tys. miesięcznie nie mogę sobie pozwolić na premiowanie pracy sprzedawców.

To zgodne z tym, co mówił Dariusz Miłek, prezes i założyciel firmy CCC. Pytany przez dziennikarzy, ile kosztują u źródła najtańsze, te wyprodukowane na Dalekim Wschodzie buty, odpowiadał, że „tyle co nic”. Dopiero po doliczeniu kosztów wynajęcia sklepu oraz płac kilkuosobowej obsługi tanie buty zaczynają kosztować blisko 100 zł za parę.

Najciekawszy jest fakt, że większość firm, gdzie zarobki są niższe, to te z polskim kapitałem. Notowane na giełdzie, notujące miliardowe przychody i stawiane za wzór nowoczesnego kapitalizmu. Niejeden patriota zakupowy zdziwi się, że na naszym podwórku przegrywają w kategorii stworzenia pracującym Polakom dobrze płatnych miejsc pracy.

Pisaliśmy już o bohaterze prawicy Marku Jakubiaku, biznesmenie i pośle ugrupowania Kukiz’15. Właściciel kilku browarów regionalnych zazwyczaj bije swoimi wypowiedziami w zagranicznych pracodawców, sam jednak nie oferuje wyższych wynagrodzeń niż ten „zły” zagraniczny kapitał. Powody do wstydu ma też Sylwester Cacek, prezes sieci restauracji Sfinks. Kiedy incognito rozpoczął pracę we własnej restauracji okazało się, że kelnerzy pracowali tam za 2,50 na godzinę lub za prowizję od polecania klientom najdroższych dań.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...