Nie wierz nigdy rozmiarówce. Odwiedziliśmy popularne sieciówki, żeby sprawdzić jak to jest z tymi rozmiarami

Rozmiarówki w sieciówkach różnią się tak znacząco, że jedna kobieta może nosić zarówno 34, jak i 40 nie chudnąć przy tym ani o centymetr. Fot. Maciej Stanik
M, L, S czy wymarzone XS – rozmiary to śmiertelnie poważna sprawa. Tym poważniejsza, im bardziej nie mieścimy się w rozmiarówkę, do której przywykliśmy. Chociaż w tej kwestii sklepy w zależności od marki potrafią zaskoczyć i w jednym z nich najmniejsze spodnie leżą na nas jak ulał, a w innym 40 ledwie dopina się w pasie. Dlatego postanowiłyśmy sprawdzić to osobiście.

Niedawno na fanpage'u H&M pojawiło się zdjęcie Ruth Klemens, która usiłowała kupić w sklepie szwedzkiej sieciówki w Leeds jeansy, jednak mimo że nie ma nadwagi, nie była w stanie zmieścić się w największy dostępny w sieciówce rozmiar (42). Kobieta zapytała w emocjonalnym poście, czy zdaniem osób odpowiedzialnych za produkcję jest za gruba, żeby ubierać się modnie.



Ten wpis zainspirował nas do odwiedzenia polskiego centrum handlowego i przymierzenia ubrań w różnych sklepach. Wnoski? Zaskakujące. Nie tylko sieciówki dramatycznie różnią się rozmiarówkami (w jednej z nich szorty w rozmiarze 34 pasowały tak dobrze, jak 40 w innej), ale sklepy w obrębie jednej marki mogą się charakteryzować wielką rozmiarową niekonsekwencją.

Więc zanim pogratulujesz sobie, że lata lecą, a ty wciąż wbijasz się w ten sam rozmiar co w liceum, wyciągnij z pudła na strychu spodnie, które miałaś na maturze i przymierz. Czyżby się nie dopinały? A przecież wciąż nosisz „emkę”.

Oprócz drobnych hedonizmów, takich jak deska serów do wina czy sporadycznych wizyt w KFC, za taki stan rzeczy odpowiada także zjawisko zwane vanity sizing. Nazwę tej marketingowej sztuczki można przełożyć tyle roboczo, co obrazowo jako „nadawanie rozmiarów ku pochwale próżności”. Pchani koniecznością ciągłego podnoszenia słupków sprzedaży marketingowcy manipulują przy rozmiarówkach ubrań, a przy okazji przy naszym obrazie własnych ciał.

Vanity sizing to zjawisko polegające na dopasowywaniu rozmiarów ciuchów do zachodnich społeczeństw, tak aby utrzymać dobre samopoczucie kupujących. Słowem – coraz większe ubrania zostają opisane przez niezmiennie małe rozmiary. Badania konsumenckie zrealizowane przez „Journal of Consumer Psychology” pokazują, że to jaki rozmiar na nas pasuje ma bezpośrednie przełożenie na nasze samopoczucie. Oczywiście im rozmiar mniejszy, tym samopoczucie lepsze.
4 rozmiary w 80 lat
Jeśli firma X wyprodukuje sukienkę, która w przymierzalni okaże się za mała i będziemy musiały sięgnąć po większy rozmiar, pogorszy się nie tylko nasz nastrój, lecz także ocena samego produktu i skojarzenia z marką. W świecie racjonalnej konsumpcji nikt nie powinien przejąć się tak nieistotnym szczegółem, jak numerek na niewidocznej metce, jednak badania pokazują, że kobiety są bardziej skłonne robić zakupy w sklepach, w których noszą mniejszy (przynajmniej na papierze) rozmiar.

Badający zachowania konsumenckie zaobserwowali też zjawisko towarzyszące temu, że nie mieścimy się w rozmiary, do których przywykliśmy. Wiele osób w takiej sytuacji nie tylko nie rezygnuje z zakupu „za dużego” ubrania, ale kupi więcej niż zamierzało. Najczęściej są to rzeczy, które nie wymagają przymierzania jak buty, biżuteria czy kosmetyki. Długofalowo ważniejsze będą jednak złe skojarzenia z marką, która skrzywdziła nas rozmiarem większym niż ten, który zazwyczaj nosimy.

Vanity sizing nie jest jest bynajmniej zjawiskiem nowym. Allaina Zulli, projektantka interesująca się historią mody, kilka lat temu postanowiła prześledzić zmiany w rozmiarach kobiecej garderoby. Okazało się, że kobieta, która w 1937 roku nosiła amerykański rozmiar L (wówczas pokrywający się jeszcze z rozmiarówkami ubrań sprzedawanych za Oceanem), w 1957 kupowałaby rozmiar S, a współcześnie niesławny rozmiar „0” kojarzony z wysoką modą i anoreksją. To wszystko bez zrzucenia choćby kilograma.
Rośnie w oczach!
Zmiana rozmiarówek nie jest jednak wyłącznie kwestią tycia społeczeństw zachodnich. Na przestrzeni 80 lat nie tylko zwiększyło się nie tylko nasze BMI, ale i wzrost. To efekt tzw. trendu sekularnego, charakterystycznego dla państw rozwijających się. Poprawiła się opieka medyczna, higiena, żywienie, a także wiedza o nim, a to sprawiło, że jesteśmy w stanie pełniej zrealizować potencjał zapisany w naszym DNA.

W uproszczeniu chodzi o to, że jeśli w okresie dojrzewania organizm był niedożywiony lub po prostu dieta była uboga (choćby za PRL-u, kiedy mniejsza była dostępność warzyw i owoców) organizm odżywiał w pierwszej kolejności niezbędne do życia organy wewnętrzne i mózg. Na wzrost kości długich nieraz nie starczało składników odżywczych. Nie znaczy to jednak, że będziemy jako społeczeństwo rosnąć w nieskończoność. W kodzie genetycznym jest zapisany nasz maksymalny wzrost, w który możemy zainwestować naddatek przyswajany z pożywieniem.

Od początku XX wieku i kobiety i mężczyźni urośli średnio o 10 cm. Nie trzeba spędzać popołudnia z nosem w statystykach, żeby się o tym przekonać, wystarczy porównać wzrost naszych dziadków i rodziców, kilkucentymetrowa różnica jest dostrzegalna z pokolenia na pokolenie.
Choć wiele osób określiłoby vanity sizing mianem oszustwa wielkich korporacji pragnących sterować samopoczuciem konsumentów, wszystko wskazuje na to, że podświadomie pragniemy właśnie powiększania rozmiarówki.

Brak rozmiarów, które odpowiadałyby gabarytom zarówno kobiet drobnych i niskich, jak i tym, które nie mieszczą się w 44, czyli największy rozmiar w większości sieciówek to kolejny problem branży. Są oczywiście linie plus size, jednak modele nie powalają, o czym często piszą na forach puszyste kobiety sfrustrowane faktem, że mimo że czują się dobrze w swoim ciele, marki odzieżowe najwidoczniej nie chcą, żeby tak się czuły i przewidują dla nich niemodne pokutne wory. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się linia curve internetowego sklepu Asos, której projektanci udowadniają, że dziewczyny, które nie mieszczą się w standardowe rozmiary też można ubrać zgodnie z trendami i tak, żeby wyglądały atrakcyjnie. I to bez maskowania ich kształtów.

Jabłko czy gruszka?
Problem z kobiecą rozmiarówką nie ogranicza się tylko do poszerzania pasa, lecz także do typów kobiecych sylwetek. Kilka lat temu pewien amerykański przedsiębiorca usiłował sprzedać swój koncept na reorganizację systemu rozmiarów, poprzez wprowadzenie obok standardowej numeracji trzech typów sylwetek, dzielących kobiety na trzy grupy: pozbawioną wyraźnego wcięcia w talii i z małymi pupami, umiarkowaną klepsydrę i typ nazwany niezbyt fortunnie „bottom-heavy”.

Mimo że system był względnie uniwersalny, pomysłodawca nie znalazł chętnych na wprowadzenie do produkcji tak oznaczonych modeli. Biorąc pod uwagę liczbę kobiet, które wolą wbijać się w za ciasne jeansy, niż kupić większy rozmiar, trudno się dziwić. Trudno wyobrazić sobie entuzjastki określenia „bottom-heavy”, skoro już subtelne L w miejsce „large” budzi sprzeciw.

O skali niechęci kobiet do bycia zaklasyfikowanymi wedle rzeczywistych rozmiarów świadczy najdobitniej fakt, że branża nie zdecydowała się na ujednolicenie rozmiarów mimo olbrzymiej skali zwrotów. 5 lat temu, kiedy zakupy w sieci nie były jeszcze aż tak powszechne jak dziś, była to strata bagatela 194 miliardów dolarów w skali roku. W wielkim biznesie nie ma miejsca na niedoszacowanie i zaniedbania. Widocznie straty byłyby większe, gdyby setki tysięcy kobiet odkryły nagle, że noszona od liceum „emka” to tak naprawdę XL.
Być jak Karl w Christianie
Można wzruszyć ramionami i zapytać retorycznie nad czym tu się rozwodzić, przecież koniec końców każda potwora znajdzie nie tylko swojego amatora, ale też i kieckę marzeń. Tyle że społeczeństwo, w którym żyjemy wymaga od nas coraz lepszego wyglądu i to mimo że mamy coraz mniej wolnego czasu. Kupienie nowych spodni to przedsięwzięcie, które wymaga poświęcenia całego popołudnia, a niekiedy i masy nerwów, a to frustruje.

Jak trafnie podsumowała to Mary Alderete, niegdysiejsza szefowa marketingu Levisa: „jeśli kupujesz jeansy i przymierzasz kilkanaście par i żadne nie pasują, zaczynasz czuć się źle, bo myślisz, że to z tobą jest coś nie tak, tymczasem problem leży po drugiej stronie”. To produkty powinny być produkowane na miarę ludzi, a nie ludzie zmuszani do dopasowywania się do obowiązującej rozmiarówki.

Karl Lagerfeld lubi opowiadać anegdotę o tym, jak schudł po tym jak Hedi Slimane trafił do domu mody Dior. Projekty młodszego kolegi po fachu tak spodobały się dyrektorowi kreatywnemu Chanel, że postanowił zamienić ulubione potrawy na koszule slim fit. Mimo tego przykładu argument przemawiający za zostawieniem obecnej rozmiarówki jako formy motywacji do dbania o siebie wydaje się mocno chybiony. Chęć posiadania ładnych, modnych rzeczy nie powinna być zarezerwowana dla młodych, szczupłych i majętnych.
W XXI wieku mało kto chodzi do sieciówek, tylko po to, żeby zaspokajać swoje bieżące i racjonalne potrzeby związane z ubraniami. Nie poszukujemy wyłącznie cieplejszej kurtki na zimę stulecia i sandałów, kiedy te stare się przetarły. Pragniemy przede wszystkim, żeby ubrania uczyniły nas piękniejszymi. Zarówno w oczach ludzi, których spotykamy na swojej drodze, jak i we własnych. A cóż działa lepiej w erze photoshopa i anorektycznych modelek niż świadomość, że mamy na sobie rozmiar S, skrót od angielskiego „small”. To swego rodzaju rękojmia tego, że nasze ciała nie są za duże. Że jesteśmy akceptowane i pożądane, czy też może raczej akceptowalne i pożądalne.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...