
Wzrost cen bywa tak drastyczny, że klientom wydaje się, iż ktoś pomylił się o jedno zero. Niestety nie. Ubezpieczenia pojazdów podrożały niesamowicie, choć nie dla wszystkich. Jeżdżący bezpiecznie, bez szkód, zapłacą raczej tylko trochę więcej niż rok wcześniej, choć sporo zależy od marki samochodu. Dużo więcej zapłacą ci, którzy samochód wykorzystują do celów służbowych. A najwięcej ci, którzy mieli jakieś kolizje, czy wypadki.
Z czego to wynika? Od lutego obowiązuje nowy podatek bankowy. Płacić go muszą nie tylko banki, czy SKOK-i, ale też firmy ubezpieczeniowe. I płacą, przerzucając ten koszt na klientów. Drugi powód podwyżek to zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego. Do tej pory przez lata firmy ubezpieczeniowe walczyły o klientów coraz bardziej obniżając składki. Ceny ubezpieczeń spadały, a szkód było coraz więcej i każdego roku wypłacano w ramach odszkodowań coraz wyższe sumy. Gdyby ta wojna trwała, ich rentowność firm byłaby zagrożona – ostrzegał KNF. No i firmy ubezpieczeniowe podniosły ceny i drastycznie zmieniły swoją politykę.
Kalkulatory ofert ubezpieczeń znajdziemy na stronach internetowych każdego ubezpieczyciela, można też skorzystać z licznych porównywarek. Za każdym razem mechanizm podobny. Trzeba wypełnić mnóstwo rubryczek, podając m.in., czy w samochodzie przewożone jest dziecko (ubezpieczyciel zakłada, że kierowca jeździ wówczas bezpieczniej) lub gdzie nocą samochód jest parkowany (jasne, że w garażu bezpieczniej niż na ulicy). No i najważniejsze: PESEL. To dzięki niemu system sprawdza w rejestrze Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, jaka jest historia kierowcy. Jeśli były szkody, składka jest dużo, dużo wyższa.
Różnice między danymi z UFG a stanem faktycznym często wynikają z tego, że jakiś kierowca korzystał z auta tylko jako współwłaściciel. Nie wszystkie firmy składały do UFG raporty o współwłaścicielach. Taki klient w ogóle nie istniał systemie, choć w tym czasie powinny mu wzrastać zniżki, jeśli jeździł bezpiecznie. Taki kierowca musi sam zgłosić się do firm, w których przez lata samochód był ubezpieczany i wyciągnąć od nich dokumentację, aby była podstawa do udzielenia rabatu. Teraz mamy kolejki osób, które walcząc o zniżki, proszą nas o dokumenty. No bo ceny wzrosły niesamowicie.
Podrożało i OC, i AC. Najwięcej dla tych, którzy mieli w ostatnim czasie jakieś wypłaty z polisy. W takich sytuacjach suma Auto Casco może wzrosnąć z kilkuset złotych do 5-8 tys. – W naszej firmie jeśli przez ostatnich 5 lat były 3 szkody z AC, to w ogóle nie zawieramy umowy z takim kierowcą – tłumaczy agent. Co innego z OC, ono jest obowiązkowe i jeśli klient się zgłasza, to ubezpieczyciel musi umowę podpisać. – Teoretycznie tak jest, ale u nas jest pewna grupa, której polis nie sprzedajemy – ujawnia agent i właśnie dlatego woli nie ujawniać jakichkolwiek danych.
Przy OC powinno być tak, że przychodzi klient i firma nie ma co wybrzydzać - ubezpieczyć musi. Ale my taksówkarzy właściwie nie ubezpieczamy. Jak to robimy? U nas cena jest taka, że żaden kierowca taksówki się na nas nie zdecyduje. Podobnie jest na przykład z kierowcami Ubera. Wiadomo, że oni jeżdżą dużo, i ich samochody są bardziej narażone na różne zdarzenia. U nas składka za takie samochody idzie w okolice 10 tys. zł.
Zaznacza przy tym, że zawsze warto posprawdzać oferty wielu firm, bo różnice bywają kolosalne. Po prostu, w niektórych firmach na określone modele samochodów stawki wzrosły i tyle. Np. za OC za forda transita skoczyło z 400 do prawie 1000 zł. Często po kieszeni dostają zatem również ci, którzy żadnej szkody nie mieli.
Napisz do autora: tomasz.lawnicki@natemat.pl
