I śmieszno, i straszno. Propagandowy "Pucz" w TVP miał udowodnić, że opozycja szykowała zamach stanu

W porze największej oglądalności w TVP wyemitowano propagandowy "Pucz".
W porze największej oglądalności w TVP wyemitowano propagandowy "Pucz". Fot. naTemat
TVP jeszcze nie tak dawno słynęła z doskonałych filmów dokumentalnych. Do lutego ubiegłego roku na czele redakcji form dokumentalnych w telewizyjnej Jedynce stał Andrzej Fidyk - wybitny twórca znany na całym świecie. To, co dziś wieczorem pokazała Telewizja Polska, to dowód, że przy Woronicza od odejścia Fidyka minęła cała epoka.

Ponad półgodzinny program zatytułowany "Pucz" w założeniach miał być filmem dokumentalnym. W rzeczywistości był zlepkiem dynamicznie zmontowanych krótkich nagrań z TVP, TVN, czy z mediów społecznościowych głównie z ostatniego miesiąca. Zdjęciom towarzyszyła nerwowa muzyka potęgująca poczucie zagrożenia. Jakiego zagrożenia? Otóż grozić miała opozycja legalnie wybranej władzy.
Zobaczyliśmy zatem serię dobrze znanych nagrań pokazujących wystąpienie posła Szczerby, jego wykluczenie z obrad i późniejszą okupację mównicy. Wszystko to okraszono zdjęciami posłów PO rzekomo potajemnie przeszukujących rzeczy osobiste posłów PiS (jak było naprawdę, o tym piszemy tutaj). Jasne, że nie mogło zabraknąć śpiewającej posłanki Muchy, czy zdjęcia niby-prowokatora, który położył się na ulicy podczas demonstracji przed Sejmem. W sumie nic nowego - można było pomyśleć. Ale na tym dokument się nie skończył.
W połowie "Puczu" przekonaliśmy się, jak daleko można się posunąć w manipulacjach. Protest opozycji w Sejmie połączono ze słowami o zabójstwie Marka Rosiaka w biurze PiS Łodzi. A potem pojawiła się galeria postaci znienawidzonych przez Prawo i Sprawiedliwość. Znalazł się Maciej Stuhr i jego polityczne żarty na gali Orłów, pojawił się Roman Giertych na proteście przed Sejmem i także Tomasz Lis ze słowami o zamachu stanu.

Naczelny "Newsweeka" zresztą był obecny już w samym trailerze programu i od razu wyjaśniał, jakiej manipulacji dopuszczała się TVP.
No i do tego raz po raz przypominano, że gdy w Sejmie trwał protest, TVP miała problemy z nadajnikami. To oczywiście także było dowodem na to, że to był pucz. Co zaskakujące, na zakończenie filmu zabrakło napisów końcowych. Czyżby twórcy wstydzili się swego dzieła?

Telewizja Polska zrobiła wiele, aby zapewnić sobie wysoką oglądalność "Puczu". W sobotę TVP poinformowała, że w niedzielę pojawi się w ramówce nowa pozycja. Zapowiadano, że to "dzieło" zostanie wyemitowane o 14.55.

Kolejna zmiana w ramówce nastąpiła jeszcze tego samego dnia, a poinformował o niej osobiście prezes TVP dołączając do tego trailer "Puczu".
Internauci szybko zauważyli, że emisję zaplanowano dokładnie w tym samym momencie, kiedy TVN będzie pokazywał "Światełko do nieba", czyli kulminacyjny moment 25. Finału Wielkiej Orkiestry  Świątecznej Pomocy. We wcześniejszych 24-ech Finałach Orkiestra współpracowała z TVP, tym razem Telewizja Publiczna to wydarzenie przemilczała. W "Wiadomościach" Krzysztof Ziemiec o Orkiestrze powiedział na sam koniec dosłownie dwa zdania.


Tymczasem przemilczeć należałoby także to co najmniej niefortunne określenie "pucz", jakiego użył Jarosław Kaczyński, mówiąc o grudniowym proteście opozycji. Bo pucz to inaczej zamach stanu, często dokonywany zbrojnie. A tu zaczęło się od uśmiechniętego posła Szczerby i jego słów "panie marszałku kochany" (tutaj 5 kłamstw na temat tego rzekomego puczu).

Wśród recenzji na Twitterze po emisji tego "dokumentu" pojawiła się i taka:
A kto nie zdołał obejrzeć "Puczu" i chce sam sobie wyrobić zdanie, TVP daje mu taką szansę. Powtórka o 23.55 w TVP Info.
Trwa ładowanie komentarzy...