Ja, fan bezołowiowej, pojechałem hybrydą w zaśnieżone góry. W Priusie zrobiłbym to jeszcze raz

Toyota Prius w swoim niekoniecznie naturalnym środowisku radzi sobie bez zarzutu Fot. naTemat.pl
To z pozoru nie mogło się udać. Najpierw musiałem dojechać hybrydą z Warszawy aż do Zakopanego, co już wiele osób uznałoby za karkołomne zadanie. Na dodatek na miejscu zastała mnie śnieżyca i fatalne warunki dla drogach. I co? Bez żadnego kłopotu. Prius to żadna zabawka, a poważne auto, które radzi sobie w każdych warunkach, a przy okazji jest niezwykle oszczędne i ekologiczne.

Ten wyjazd to moja pierwsza dłuższa przygoda z hybrydą. Owszem, miałem okazję obcować z takimi autami, dopiero co mieliśmy w redakcji inny model Toyoty, czyli nowego CH-R. Tamten samochód, choć jest crossoverem, nie pomógł mi się pozbyć wrażenia, że hybryda to wciąż środek transportu wyłącznie do miasta.



Niepodrabialny jak zawsze
Dlatego do Priusa podchodziłem z dużą rezerwą. Zresztą auto niekoniecznie pomaga w innym podejściu, bo przeciętnego kierowcę mimo wszystko wciąż może szokować jego design. Osobiście po dłuższej przygodzie nie mogę powiedzieć, że jest to auto brzydkie. Jest raczej oryginalne. Na pewno się wyróżnia dzięki ostrym przełamaniom i długim, wijącym się światłom. Zwłaszcza tyle reflektory robią niesamowite wrażenie na nieobytych z tym autem.
Z drugiej strony zauważyłem, że samochód na niektórych fotografiach, które wykonałem, wygląda świetnie, na innych mi się zupełnie nie podoba. Kiedyś znajomy tłumaczył mi, że tak właśnie odróżnia się ładne dziewczyny. Jeśli ktoś nie wychodzi świetnie na każdym zdjęciu, ewidentnie jest coś nie tak. Ewentualne wyciąganie wniosków zostawiam wam. Przy czym warto pamiętać, że Priusy nie wyglądają tak bez powodu. Po pierwsze mają być futurystyczne i odzwierciedlać charakter auta, a po drugie samochód ma być opływowy, aerodynamiczny. Dzięki temu spada spalanie, a to jest najistotniejsza sprawa w tym samochodzie.
Jeśli ktoś nie jest przekonany do wyglądu auta, będzie miał problemy z odnalezieniem się w środku. W oczy natychmiast rzucają się pomalowane na biało plastiki. Łatwo się brudzą, a na dodatek nie wyglądają zbyt szlachetnie. Do kompletu są też błyszczące, czarne plastiki – te z kolei non stop były wypalcowane. Szokuje również krótki, niebieski kikut, którym obsługuje się skrzynię biegów e-CVT. Na szczęście w samym aucie jest dość wygodnie. Zarówno z przodu, jak i z tyłu.
Ale to wcale nie jest tak, że nad testowym Priusem mam zamiar się pastwić. O nie, w tym samochodzie bardzo łatwo znaleźć wiele zalet. To auto, które wygląda kontrowersyjnie, ale swoimi właściwościami jezdnymi powinno przekonać każdego. Ja zostałem całkowicie "kupiony".

Jak już ruszysz, jest tylko lepiej
Przede wszystkim Prius doskonale się prowadzi. Z początku trochę nie mogłem przyzwyczaić się do pracy układu wspomagania kierownicy, bo to pojazd, który można naprawdę prowadzić jednym palcem. Całość jednak pracuje niezwykle precyzyjnie, a samochód świetnie sunie w zakrętach.
Samochód pomimo niepozornych 122 koni mechanicznych jest też dynamiczny. Duża zasługa w tym połączenia silnika spalinowego z elektrycznym oraz bezstopniowej skrzyni biegów. Samochód szybko się "zbiera", choć to dziwne określenie dla auta, które nie ma obrotomierza. I rzeczywiście, trochę wyje przy przyspieszaniu, ale według mnie hałas jest zupełnie akceptowalny. W ramach rekompensaty Prius jest bardzo cichy, kiedy utrzymujemy stałą prędkość.

No i to spalanie… na potrzeby testu założyłem, że nie będę starał się wykręcać jak najlepszych wyników spalania. To już robili wszyscy. Zamiast więc muskać pedał gazu i toczyć się, testowym Priusem jeździłem tak, jak normalnym autem. Efekt? Dynamiczna jazda po mieście i spalanie w okolicy pięciu litrów na setkę. To świetny wynik, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie.

Do pracy i w daleką podróż
Równie dobrze było w trasie. Nie odpuszczałem szczególnie na trasach szybkiego ruchu, w razie potrzeby gwałtownie przyspieszałem i hamowałem czy wyprzedzałem. W drodze do Zakopanego wykręciłem spalanie na poziomie 4,9 litra na sto kilometrów. Z powrotem do Warszawy jechałem jeszcze ostrzej i… spalanie spadło do 4,3 litra.
Od razu odpowiadam – to nie magia, po prostu w jedną stronę jest pod górę. Auto przy autostradowej prędkości jest stabilne i wcale nie jest aż tak głośne. Oczywiście to kwestia przyzwyczajeń, ale ja nie ogłuchłem. Ale ja lubię głośne auta i wysokie obroty, więc mogę być nieobiektywny.
Podróż uprzyjemnia jakiś tysiąc parametrów, które możemy wyświetlać na ekranach w samochodzie. Dowiemy się z nich czy jedziemy eko, jak nasze spalanie, a jeśli wprowadzimy ceny paliwa samochód policzy nawet za nas, ile... oszczędzamy. Tych, którzy będą chcieli bić rekordy oszczędności, urzeknie grafika przedstawiająca przepływ energii w aucie. Przy przyspieszaniu ją tracimy, przy hamowaniu odzyskujemy - to tak w największym skrócie.

Najzabawniej jest, kiedy wyłączamy silnik. Wtedy samochód w stopunktowej skali ocenia nasze umiejętności. Więcej: radzi nam, jak jeździć, żeby być bardziej eko. A ja myślałem, że jeśli auto ma uczyć pokory, to musi mieć napęd na tył i pięciolitrowy silnik.
Radzi sobie w każdym mieście, także w Zakopanem
Prawdziwe wyzwanie przyszło jednak w górach – Tatry przywitały mnie bardzo obfitymi opadami śniegu. Drogi błyskawicznie pokryły się warstwą białego puchu. Te mniej uczęszczane – bo w pewnym momencie zjechałem z Zakopianki - w zasadzie nie były w ogóle odśnieżane. Poruszałem się w efekcie w grubej warstwie świeżego śniegu zmieszanej ze starym pośniegowym błotem. Samochód poradził sobie w tych warunkach zdecydowanie lepiej, niż się spodziewałem i to pomimo braku napędu na cztery koła. Przy rozsądnej jeździe (nie mówimy przecież o pędzeniu przez zaspy) Prius mknął przez górskie wiraże bardzo sprawnie, a elektronika dbała o to, abym nie tracił kontroli nad autem choćby podczas hamowania przed wirażami.
W ciągu całego wyjazdu nie było jednego momentu, w którym Prius zawiódł mnie na drodze. Na dodatek wraz z kilometrami coraz bardziej doceniałem wyposażenie tego auta. Bo Prius za całkiem rozsądna cenę daje naprawdę dużo. Poza nowoczesnym silnikiem miałem pod ręką aktywny tempomat, kamerę cofania, zestaw czujników dookoła auta, ekran z nawigacją, wyświetlacz HUD na szybie czy podgrzewane fotele.

Irytujące drobnostki
Ten obraz psują drobne niedociągnięcia. Dotykowy ekran zupełnie nie przystaje do futurystycznego charakteru auta. Działa ociężale, a na dodatek Japończycy zamiast zatrudnić grafika oddelegowali do zaprojektowania interfejsu stażystę. Jest po prostu brzydki. Dużo pracy wymaga także wyświetlacz HUD. Ten z jednej strony świetnie pokazuje prędkość, a kiedy w Warszawie inny kierowca wepchnął się na mój pas, samochód pokazał mi wymowny komunikat "BRAKE" zanim zdążyłem zareagować. To w czym problem? W czytaniu znaków. Choćby tabliczka terenu zabudowanego jest zupełnie nieznana dla tego systemu. Zdarzyło się też, że na miejskiej drodze system zaproponował mi prędkość 130 km/h, a na ekspresówce… 40. Mogę mieć tylko nadzieję, że to efekt kiepskich warunków pogodowych.

To jednak tylko detale, z którymi można żyć, a auta bez wad jeszcze nie spotkałem. Prius to samochód, który za w miarę rozsądne pieniądze daje naprawdę dużo. Jeśli szukasz auta nowoczesnego, którego furustystyczny design cię nie zniechęca, a na dodatek chcesz, żeby było oszczędne i ekologiczne (w dieslach to nie zawsze idzie w parze) - to cztery kółka dla ciebie. Priusa polubiłem nawet ja, a ciągle jestem w wieku, kiedy w aucie przede wszystkim cenię emocje. Paradoksalnie ten "nudny, ekologiczny" Prius dostarczył mi ich całkiem sporo.

Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...