"Gdybym o tym wiedział, zmieniłbym pracę lata temu". Dzisiaj fach w ręku to nie wstyd, lecz maszynka do pieniędzy

Fryzjer, kosmetyczka, mechanik - to dziś bardzo popularne zawody
Fryzjer, kosmetyczka, mechanik - to dziś bardzo popularne zawody Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Kiedyś rodzice, jak mantrę powtarzali, że najważniejsze są studia, wykształcenie, że bez tego, to najwyżej "miotła i ulica". Pójść do zawodówki, technikum – to był dopiero obciach. – To było równoznaczne z życiową porażką – mówi 29-letni Mateusz. Teraz przeciwnie: liczy się fach w ręku. A szycie, gotowanie, tapicerowanie, stolarka – wręcz stały się modne. Oblężenie przeżywają nie tylko technika, ale i kursy, na których można zdobyć praktyczne umiejętności. – Mam kolegę, który jest mediatorem, psychoterapeutą, ale jego wyuczony zawód to elektryk. Jemu się wydawało, że to obciach. Kiedy dowiedzieli się znajomi, to teraz chodzi i wszystkim wkręca żarówki, montuje kinkiety – mówi Kasia Sawko z Wióry lecą, gdzie można nauczyć się np. stolarki czy tapicerki.

Adam od razu po szkole chciał mieć zawód i pieniądze, dlatego wybrał technikum morskie, kierunek: technik nawigator. Dopiero co napisał maturę i już ma pierwszą pracę. – Kadet, który na statku zajmuje się głównie pracami konserwacyjnymi, zarabia nawet kilka tysięcy złotych – mówi wprost. I dodaje, że każdy, kto "poważnie myśli o życiu idzie do technikum, po zawód". Dzwonię do wybranych szkół i pytam, czy faktycznie w przeciągu ostatniego roku, przeżywają boom. – Jesteśmy jedyną szkołą na terenie woj. mazowieckiego, w której można się kształcić np. jako technik mechanik. Mamy duże zainteresowanie na tym kierunku. Młodzież woli mieć zawód w ręku, niż kończyć ogólniak – słyszę w Technikum Lotniczym. Tak samo jest w przypadku Zespołu Szkół Gastronomicznych, w których kształcą się przyszli kucharze, kelnerzy, cukiernicy, technicy żywienia czy usług gastronomicznych. – Do nas zawsze było bardzo dużo chętnych, aczkolwiek ostatnio jest to jeszcze bardziej odczuwalne. Większość uczniów wybiera zawód praktyczny – mówi nam pracownica sekretariatu.



Coraz częściej zdarza się, że na przykład 30-latkowie, już po studiach z kilkuletnim doświadczeniem w zawodzie, dochodzą do wniosku, że chcą się przekwalifikować i "żyć z pracy swoich rąk". Stąd tak duże zainteresowanie kursami szycia, stolarstwa. – Zajęcia (szycia – red.) prowadzimy od pięciu lat, kiedy zaczynaliśmy, byliśmy w Warszawie jedną z trzech placówek. Dziś myślę, że takich miejsc jest z 15 – mówi Ewa Wójcik, prezes zarządu UltraMaszyny. Sama zresztą jest dobrym przykładem. – Moja ścieżka zaczęła się od Uniwersytetu Gdańskiego i kierunku zupełnie niezwiązanego z tym, czym zajmuję się obecnie. Później zajęłam się tym, co robi moja rodzina, czyli odzieżą – zaznacza Ewa. Nie jest jedynym przykładem.

Kasia: po administracji zajęła się paznokciami

Kasia już w liceum robiła koleżankom paznokcie i dawało jej to sporą satysfakcję. Długo wahała się, gdzie wybrać się po ogólniaku. W końcu padło na administrację na Uniwersytecie Gdańskim.
Kasia Leks
właścicielka Studia Wersal

Głównie mama naciskała, żeby pójść na studia. Tym bardziej, że w liceum byłam dość pilną uczennicą. I dla wszystkich było oczywiste, że powinnam mieć wyższe wykształcenie. Miałam w sobie pasję, ale pomyślałam, że może faktycznie paznokcie nie do końca są poważnym zajęciem, że może lepiej pracować w jakimś biurze, urzędzie, mieć tytuł magistra.

Kończyła studia, jednocześnie robiąc kursy. I już wtedy wiedziała, że właśnie z paznokciami zwiąże swoją przyszłość. – Zrobiłam licencjat i idąc na magisterkę byłam pewna, że będę prowadziła gabinet, że nie chcę pracować w zawodzie. Studia dokończyłam. A wiedza, którą na nich zdobyłam przydaje mi się dziś w prowadzeniu działalności – mówi Kasia. Bo Kasi udało się jeszcze przed 30-tką otworzyć w Gdańsku swój własny salon. Zatrudnia w nim dwie osoby, w tym swojego narzeczonego. Oprócz tego prowadzi ośrodek szkoleniowy i hurtownię kosmetyczną. Jest także instruktorem (współpracuje z firmą SPN) i ma na swoim koncie kilka tytułów mistrzowskich. – Absolutnie nie żałuję, że zajmuję się paznokciami. Robię to, co lubię. Będąc przed 30-tką zarabiam naprawdę dobre pieniądze. Gdybym zdecydowała się na karierę prawniczą, takie pieniądze, jakie zarabiam w tym momencie, może miałabym za 10-15 lat – przyznaje.

Paulina: po architekturze została trenerem personalnym

Jako dziecko Paulina była zafascynowana grą na skrzypcach i pianinie, chodziła do szkoły muzycznej. W liceum jej konikiem była historia. Potem wybrała architekturę. – A to dlatego, że chciałam wiedzieć, jak zaprojektować swój wymarzony dom – mówi z uśmiechem Paulina. By spełnić to marzenie poświęciła pięć lat na studia. – Skończyłam je, jestem inżynierem. I to brzmi dumnie. Kiedy komuś mówię, że jestem architektem, to słyszę: "wow". A rzeczywistość jest tak brutalna. Po studiach do 30-tki zarabiasz parę złotych za godzinę, kiedy trzeba oddać projekt, to siedzisz nawet po 14 godzin dziennie. Dostajesz za to marne ochłapy. Poza tym praca w biurze... – wylicza Paulina. Ale gdyby ktoś jeszcze w liceum, kiedy szczerze nienawidziła wf-u, powiedział jej, że za kilka lat zostanie trenerem personalnym, to zabiłaby go śmiechem. Już na studiach zaczęła chodzić na siłownię.
Paulina
trenerka personalna

Studia to wyścig szczurów. I cały dzień myślałam tylko o tym, że w końcu znajdę się w tym miejscu, w którym każdy się do siebie uśmiecha. Na siłowni zostawiałam cały stres z pracy i w czasie treningu wydzielają się endorfiny. Zaraziła mnie atmosfera na siłowni.

Powoli zaczynała myśleć o tym, by się przekwalifikować. Taką decyzję podjęła na ostatnim roku studiów. – Zrobiłam wiele kursów, różne specjalizacje i na piątym roku byłam już trenerem personalnym – zaznacza Paulina. I o pracy w tym zawodzie opowiada z dużym zaangażowaniem. – Największą nagrodą jest to, że ludzie faktycznie to doceniają. Widać efekty – wylicza. No i kolejna sprawa: finanse, bo jako trener personalny zarabia więcej, niż gdyby pracowała w zawodzie. – To jest brutalna rzeczywistość. Nie ma szacunku do inżyniera w Polsce – podkreśla. A najważniejsze: – Od dwóch lat, kiedy jestem trenerem, nigdy z niechęcią nie szłam do pracy. Zawsze to praca z człowiekiem, która daje dużo satysfakcji – zaznacza Paulina.

Marcin: miał być pilotem, został mechanikiem lotniczym

Kolejny bohater zawsze chciał zostać pilotem. Bycie mechanikiem lotniczym miało być tylko drogą do tego celu. – By zostać pilotem potrzeba wielu godzin drogiego szkolenia. A że jestem zakochany w samolotach, to postanowiłem, że najpierw będę mechanikiem – mówi.
I kompletnie stracił dla tego głowę. – Uświadomiłem sobie tylko, że wolę być mechanikiem, że tamta praca jest nudna, a moja ciekawa.
Marcin
mechanik lotniczy

Mam poczucie, że moja profesja to świetna decyzja, dająca wiele możliwości na rynku pracy. Pomijając zawód, który wykonuje , to z duża łatwością mogę pracować jako mechanik samochodowy, elektryk. Mam też kolegów, byłych mechaników, którzy obsługują maszyny produkcyjne (np. produkcja opakowań).

Marcin skończył technikum lotnicze, teraz myśli o studiach kierunkowych. Ale zarzeka się, że pracy mechanika nigdy nie rzuci, bo już bez studiów, na różnych zagranicznych delegacjach, zarabia nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

Kamil: rzucił architekturę dla fryzjerstwa
Kamil od zawsze wiedział, że jego życiowym powołaniem jest fryzjerstwo, ale wybrał się na architekturę krajobrazu. – Kiedy poszedłem na studia, to koleżanki od razu mnie wybiły i powiedziały, że nie zarobię projektując ogrody. A że zawsze znajomym robiłem coś na głowach, to postanowiłem, że spróbuję pójść na praktykę do jakiegoś salonu – mówi.

Trafił do najlepszego w mieście. Szefowa go wyszkoliła, zdał egzamin czeladniczy i ze świstkiem potwierdzającym jego umiejętności, wyfrunął w świat. A dokładnie do Warszawy, gdzie od kilku lat pracuje. – Jak zacząłem strzyc, to samo się rozkręciło. Studia zawiesiłem, do tej pory mam ogromną radość z tego, co robię. Nigdy nawet nie pomyślałem o tym, że źle się stało, że nie dokończyłem tych studiów. Na finanse też nie narzeka. Tym bardziej, że po godzinach może dorobić sobie do wypłaty. – Mamy miesięczną pensję i codziennie możemy sobie dodatkowo zarobić – zaznacza.

Pytam Kasię Sawko, kto najczęściej przychodzi na kursy stolarki i dlaczego. – Zazwyczaj pada odpowiedź: żeby robić wszystko, tylko nie klikać. Niektórzy mówią też, że tęsknią za prostą pracą, która daje konkretny efekt – mówi Sawko. Poza tym, spora część liczy na to, że za jakiś czas będą w stanie się przekwalifikować. – Często przychodzą do nas osoby w okolicach 30-stki, które po pracy w korporacji stwierdzają, że robią coś nienamacalnego. I zaczynają myśleć o jakiejś działalności i idą w kierunku stolarstwa, krawiectwa i innych rzemieślniczych zawodów – dodaje Kasia Sawko.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...