"Tragedia, żeby w szpitalu był jeden lekarz i kolejka na kilka godzin?". Oto uzdrowienie SOR według ministra Radziwiłła

Nawet 5-6 godzin niektórzy pacjenci czekali w Święta w kolejce do lekarza. Karetki też czekały na przyjęcie.
Nawet 5-6 godzin niektórzy pacjenci czekali w Święta w kolejce do lekarza. Karetki też czekały na przyjęcie. Fot. Tymon Markowski/Agencja Gazeta
Miało być lepiej, wciąż słyszeliśmy te obietnice. Nowa siatka szpitali, nowe punkty pomocy nocnej i świątecznej, SOR odciążony od błahych przypadków. Ale po Świętach okazuje się, że do tego "lepiej" jeszcze dużo brakuje. A nawet, według wielu pacjentów, jest znacznie gorzej i nawet żadnego światełka w tunelu nie widać. Znów słychać narzekanie na wielogodzinne kolejki, brak lekarzy, odsyłanie do szpitali w innych miastach... A SOR jak przeżywał oblężenie, tak przeżywa nadal.

W sieci furorę robi zdjęcie z Krakowa zrobione przez lekarza pediatrę przed jednym z krakowskich szpitali. "SOR w Krakowie. 3 karetki czekają na przyjęcie. W środku tłum pacjentów, którzy zgłosili się o własnych siłach" – brzmi komentarz. Z opinii internautów można wnioskować, że chodzi o Szpital Specjalistyczny im. Stefana Żeromskiego w Krakowie. "Ale w Żeromskim to chyba stały widok?" – ktoś pyta. "Niestety tak" – pada odpowiedź.
Już kilka miesięcy temu krążyło podobne zdjęcie. W rozmowie z "Gazetą Krakowską" ratownicy przyznali, że kolejki stojące przed wjazdem do szpitala zdarzają się wcale nie tak rzadko. "Mój rekord to trzy godziny oczekiwania na wjazd na szpitalny oddział ratunkowy" – przyznał wtedy gazecie jeden z ratowników. Według jego słów tak miało być kilka razy w tygodniu. Teraz, po zmianach wprowadzonych przez PiS, tak się dzieje nadal, a po Nowym Roku - o czym już pisaliśmy - może być jeszcze większy zamęt.



Odpowiedź szpitala traktujemy jak potwierdzenie. Tak, to u nich te karetki tak stoją. Tłum na SOR w Święta też był. "A może warto by się było zastanowić, dlaczego na SOR jest tłum pacjentów? Bo trzy karetki oczekujące to widok codzienny. Ale proszę uprzejmie nie szukać winnych w Szpitalu i na SOR. Tam 24 godziny na dobę pracuje co najmniej 2 lekarzy a każdy chory to 15 minut. Szybciej się nie da i nie należy, dla bezpieczeństwa chorych" – odpowiada nam dyrektor, dr Jerzy Friediger.

"Wczoraj nie było tam lekarza do pracy"
Ten kto pojawił się w Święta na SOR wie, jak to może wyglądać. A jeśli nie, wystarczy poczytać komentarze w sieci. Najgorsze jest to, że i pacjenci, i lekarze mają rację, choć jedni denerwują się na drugich i odwrotnie (o czym za chwilę). – Z moich obserwacji wynika, że nic się nie polepszyło. A przecież miało być lepiej – mówi nam jeden z krakowskich polityków.

Bo przy takich okazjach jak Święta widać szczególnie, że pacjenci wciąż ciągną na SOR i raczej nie ma szans, by w najbliższym czasie miało się to zmienić. Ale co mają zrobić, jeśli w innym miejscu lekarza nie ma? "Wczoraj w SOR przyjęłam 30 dzieci. 27 z nich niepotrzebnie się tam zgłosiło. W 2 okienkach całodobowych w okolicy nie było pediatry, bo żaden chętny się nie zgłosił. Na całym Podhalu ( od Łącka po Chyżne) w nocy i w święta dyżuruje 1 ( jeden) pediatra" – napisała o drugim dniu Świąt jedna z lekarek na Twitterze. Z koleżanką przez 10 godzin przyjmowała bez przerwy. "Tylko 3 z przyjęłam do Szpitala. Reszta nie wymagała szpitala ani SOR" - napisała.
Jej wpisy wywołały ciekawą dyskusję. Ktoś zapytał "czy lekarz po zbadaniu pacjenta i stwierdzeniu że nie ma zagrożenia życia tylko jest katar po prostu, może odmówić leczenia w ramach SOR i skierować do przychodni?". Pediatra odparła, że nie. Musi być pełna dokumentacja z wizyty.

A to, oczywiście, generuje kolejki. I komentarze takie jakie tak te: "Mój ojciec leży 9 godzin na SOR", "Babcia była 13 godzin na SOR". Albo: "W tej chwili panuje jakiś wirus . U nas w święta SOR był pełny ".
'Czekałem z dzieckiem kilka godzin"
Dyrektor krakowskiego szpitala przypomina, że organizacja systemu ratownictwa medycznego jest zadaniem Wojewody. "Ale jego człowiek, do którego kompetencji to należy nie zamierza się chyba tym zająć" – pisze w odpowiedzi dla naTemat. Przypomina też, że SOR jest ostatnim ogniwem, które robi co może, pozostając bez wpływu na ilość pacjentów.
Dyr. J. Friediger

"Więc może więcej odpowiedzialności w kierowaniu karetkami? Może otworzyć zarejestrowane w NFZ, a faktycznie nie funkcjonujące izby przyjęć i SORy? Organizacja systemu ratownictwa medycznego jest zadaniem Wojewody, ale jego człowiek, do którego kompetencji to należy nie zamierza się chyba tym zająć. SOR jest w tym przypadku ostatnim ogniwem, które przyjmuje wszystkich, którzy się zgłoszą i musi im zapewnić kompetentną pomoc, w zależności od stanu zdrowia. I tak postępuje pozostając baz wpływu na ilość zgłaszających się pacjentów".

Izba przyjęć, o której wspomina? W Bielsku Białej właśnie ją zamknięto z powodu braku lekarzy. W Szczecinie ma tymczasowo działać zamiast SOR, bo tam z nowoczesny, budowany przez 3 lata, oddział ratunkowyz lądowiskiem dla helikopterów, nie dostał kontraktu z NFZ...

W każdym razie pacjenci i tak się gotują. W ostatnich dniach zbulwersowani "świąteczną pomocą", niekoniecznie SOR, alarmują lokalne media. Od 1 października, decyzją rządu, takich punktów w wielu miastach jest mniej niż wcześniej. Pacjenci skarżą się, że nie ma lekarzy, zwłaszcza pediatrów. No i godzinami musieli czekać na przyjęcie. Niby nic nowego, a jednak. Bo przecież miało być lepiej.

"Kłopoty z dostaniem się do lekarza podczas Świąt Bożego Narodzenia" – donosi portal rzeszow-news, gdy jedna z czytelniczek relacjonuje: "Kolejki po pomoc wszędzie niesamowite, a wczoraj nie było tam lekarza do pracy. Ludzie byli odsyłani m.in. do Rudnej Małej".

Was też to spotkało?

Opublikowany przez Rzeszów News na 25 grudnia 2017
Pod tym artykułem na Faceboku wielu pacjentów wylewa swoje żale. Ktoś pisze, że czekał z dzieckiem 4,5 godziny. Inny: "Miałam 48 numerek a jak przyszliśmy wchodził 25 masakra. Pani Doktor oburzona wyszła i mówi, nikt wam tu nie każe siedzieć są inne przychodnie, możecie tam jechać". I jeszcze inny: "Tragedia. Żeby w szpitalu był 1 lekarz i kolejka na kilka godzin czekania to jest masakra...".
"Medycy przyznają, że takich kolejek się nie spodziewali"
O tym, jak wygląda sytuacja w szpitalach w Święta, zrobiła materiał nawet TVP w Lublinie. "Przepełnione korytarze, wielogodzinne kolejki i podróże między punktami medycznymi - tak wyglądała świąteczna zdrowotna rzeczywistość w regionie. Pacjentów poszukujących pomocy u lekarzy było tak wielu, że sami medycy przyznają, że takich kolejek się nie spodziewali" – czytamy na portalu.
TVP3 Lublin

" W szpitalu przy ul. Abramowickiej w Lublinie: do dwóch lekarzy i pielęgniarki czekały tłumy. Część specjalnie przyjechała do tej placówki, bo w innych było jeszcze gorzej. Lekarze przyznają, że takiego oblężenia dawno nie widzieli. Tak było w całym regionie. Pacjenci z Bychawy jeździli do Lublina, z Łęcznej - do Świdnika. Może właśnie dlatego w Łęcznej kolejki były najmniejsze". Czytaj więcej

Tu również zbulwersowani sytuacją pacjenci alarmowali lokalne media. Niektórzy czekali z dziećmi po pięć-sześć godzin w kolejce.
Pani Iwona dla Lublin 112.pl

"Jak to jest możliwe, że w największym mieście w tej części kraju, na ponad 340 tysięcy mieszkańców czynne są tylko trzy miejsca, gdzie można uzyskać pomoc lekarską. Co więcej, w każdym przyjmuje tylko po jednym lekarzu. Kolejki są ogromne, ludziom puszczają nerwy". Czytaj więcej

Były cztery punkty, są dwa
Zawsze tak było, że szpitale i przychodnie przeżywały w Święta oblężenie. Nie ma w tym nic nowego. Ale przed reformą ministra Radziwiłła punktów świadczących nocną i świąteczną pomoc było więcej i dla wielu były łatwiej dostępne.

Na przykład w Radomiu do tej pory były cztery takie punkty. Po wprowadzeniu nowej ustawy, która obowiązuje od 1 października, pozostały dwa – szpital miejski w centrum miasta i szpital marszałkowski na obrzeżach. Pierwszy przyjął w Święta 800 osób, drugi – 900 – od soboty do wtorku włącznie. Nie wszyscy to pacjenci SOR. Wioletta Kotkowska, członek komisji zdrowia w Radzie Miasta zaznacza, że szpital miejski przyjął 800 osób w ambulatorium, ale już szpital marszałkowski "tylko" 500 osób. Reszta pacjentów trafiła na SOR. – Można zatem przyjąć, że w jednym miejscu, na dyżurze w ambulatorium przyjęto nawet około 200 pacjentów. Tak być nie powinno – mówi naTemat.

Tu, w Radomiu, nowa siatka szpitali spowodowała jeszcze dodatkową, dość paradoksalną niedogodność – okazuje się, że mieszkańcy powiatu "otrzymali" punkt pomocy nocnej w innym, oddalonym mieście. – Moja mama ma 80 lat i taki punkt ma 50 kilometrów dalej. I nie ma możliwości, żeby sama tam dojechała. Do Radomia jest znacznie łatwiej. Jest mnóstwo takich osób, które – wbrew rejonizacji – jadą w takiej sytuacji do szpitala w Radomiu. A to powoduje, że w którymś momencie to mieszkańcy Radomia będą płacić za taką sytuację – mówi.
W Święta sama odwoziła do szpitala w Radomiu sąsiadkę swojej mamy. Na poczekalni było mnóstwo ludzi. Jak zawsze. Niby nie ma w tym nic dziwnego. – Ale jak teraz wytłumaczyć, że ktoś założył, że system miał być lepszy, a i tak trzeba czekać 3, nawet 6 godzin w poczekalni? – mówi Wioletta Kotkowska.

"Nie udzielono nam żadnej pomocy"
A zatem nic się nie zmieniło. W niektórych miejscach, nawet jak kolejek nie było, pacjenci i tak odeszli z kwitkiem. Niektórzy skarżą się w sieci na to, jak zostali potraktowani. Dorota Wiklosz, mieszkanka Krakowa, swoją historię opisała na Facebooku i zgodziła się, byśmy ja przytoczyli. W Wigilię rano trafiła na SOR szpitala Narutowicza w Krakowie wraz z mężem, który miał potworny ból ręki. "Internista kazał poruszyć ręką, mąż dostał ketanol w zastrzyku i kazał jechać do domu. Żadnej diagnozy, recepty, wskazówek" – opisuje.

Gdy w nocy ból był nie do wytrzymania, pojechali na SOR ponownie. W szpitalu nie było pacjentów, ale zastało ich zdziwienie personelu, po co przyjechali ponownie. Wyszli z kwitkiem. "Nie udzielono nam żadnej pomocy, nie postawiono diagnozy, nie dano nawet recepty na silniejsze środki przeciwbólowe." – napisała.

Tegoroczna wigilia Mąż wrócił rano z pracy z wielkim bólem ręki. Nie był w stanie samodzielnie nic zrobić. Godz 10...

Opublikowany przez Dorota Wilkosz na 26 grudnia 2017
"Ludzie płacą za to swoim czasem"
Ale nawet wielu tych, co się wściekają, nie chce obwiniać służby zdrowia. Wiemy przecież, że z drugiej strony lekarze dwoją się i troją. Wielu daje z siebie wszystko na wielogodzinnym dyżurze, czasem im również puszczają nerwy. I jeszcze słyszą z góry: "Niech jadą". W sieci nie brak też opinii o tym, że to pacjenci są roszczeniowi, a wielu z nich niepotrzebnie zgłasza się z "drobiazgami" na SOR.
Nikomu się nie dogodzi, każdy ma swoje racje, koło się zamyka. Ale jedno jest pewne – uzdrowienia jak nie było, tak nie ma i wcale go nie widać. – Według mnie lepiej na pewno nie jest. Ludzie płacą za to swoim czasem, swoim zdrowiem, swoimi nerwami... – podsumowuje Wioletta Kotkowska.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...