Taki prezent szykuje nam wszystkim PiS po Nowym Roku. Niektórzy twierdzą, że władza się na tym "przejedzie"

W 2010 r. prezes PiS obiecywał nakłady na służbę zdrowia w wysokości minimum 6 proc. PKB. Na zdjęciu – konferencja Jarosława Kaczyńskiego przed szpitalem w Bydgoszczy.
W 2010 r. prezes PiS obiecywał nakłady na służbę zdrowia w wysokości minimum 6 proc. PKB. Na zdjęciu – konferencja Jarosława Kaczyńskiego przed szpitalem w Bydgoszczy. Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta
To może oznaczać taki chaos, że wkurzeni Polacy pokażą PiS-owi co myślą o władzy – tak prognozuje wielu. Ale wielu też twierdzi, że wręcz przeciwnie – rządzący na tym nie stracą; są bardzo sprytni i już wymyślili, jak winę za zamieszanie przerzucić na kogo innego. Chodzi o to, co się szykuje w polskich szpitalach po 1 stycznia. Nie ma wątpliwości, że nastąpi zamęt. Ale kto na nim ostatecznie zyska, a kto ucierpi? Dziś jeszcze za wcześnie, by jednoznacznie prognozować.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pomysł ministra Konstantego Radziwiłła to gaszenie pożaru przez lanie benzyny na ogień. Ale w dłuższej perspektywie – kto wie, czy nie jest to jedyny słuszny krok. Chodzi o projekty dwóch ministerialnych rozporządzeń, które w ostatnich dniach tego roku zostały oddane do konsultacji społecznych w tempie ekspresowym. Właściwie – trudno tu mówić o jakichkolwiek konsultacjach. Resort przekazał dokumenty do 119 podmiotów dając im trzy dni na wydanie opinii w sprawie swoich pomysłów. "Brak uwag w podanym terminie potraktowany zostanie jako akceptacja przedmiotowego projektu" – uprzedził w swoim piśmie wiceminister zdrowia Zbigniew Król.
Zresztą – zgłaszanie jakichkolwiek uwag będzie jak wołanie na puszczy. Wydaje się, że udział w konsultacjach nie ma większego sensu – ministerstwo i tak zrobi to, co uważa za słuszne.

Zmienione w nadzwyczajnym tempie mają być dwa rozporządzenia. Pierwsze dotyczy "świadczeń gwarantowanych z zakresu leczenia szpitalnego", drugie "świadczeń gwarantowanych z zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej". W dokumentach tych mowa jest o "harmonogramie pracy" czy o "uwzględnieniu intensywności pracy poszczególnych komórek organizacyjnych". Zarząd Krajowy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy dziś rano wydał miażdżącą opinię w sprawie pomysłów ministerstwa. Jak tłumaczy, zmiana doprowadzi do tego, że np. ginekolog będzie musiał dyżurować jednocześnie na swoim oddziale oraz na chirurgii, pediatrii czy neurologii.
Stanowisko – oświadczenie ZK OZZL (fragment)
Bydgoszcz dnia 22 grudnia 2017 r.

Zarząd Krajowy OZZL negatywnie ocenia projekt (z dnia 19.12.br) Rozporządzenia Ministra Zdrowia zmieniającego rozporządzenie w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu leczenia szpitalnego.

Proponowane rozporządzenie ma wprowadzić m. innymi dwa nowe rozwiązania:

1. Umożliwienie dyrektorowi szpitala sporządzenia takiego harmonogramu dyżurów medycznych, w których jeden lekarz dowolnej specjalności może być wyznaczony do pełnienia dyżuru na dowolnej liczbie różnych oddziałów szpitalnych,

2. Umożliwienie dyrektorowi szpitala nakazania łączenia przez lekarza pracy na oddziale szpitalnym jednocześnie z pracą w przychodni, również w zakresie dyżuru medycznego.

W skrajnym przypadku może to oznaczać np.: zobowiązanie lekarza ginekologa do pełnienia dyżuru jednocześnie na oddziale ginekologicznym, chirurgicznym, chorób dzieci, chorób wewnętrznych i neurologii oraz połączenie tego dyżuru z przyjmowaniem chorych w punkcie nocnej pomocy lekarskiej. Czytaj więcej

"Minister Zdrowia stwarza potencjalnie ogromne niebezpieczeństwo dla chorych, bo otwiera szeroko drzwi dla nieodpowiedzialnych decyzji dyrektorów szpitali. Przy okazji kompromituje ideę służby zdrowia działającej 'dla misji', bo państwo, aby 'zaoszczędzić' pieniądze przeznaczane na leczenie szpitalne, gotowe jest narazić chorych na brak pomocy lekarskiej" – stwierdza zarząd lekarskiego związku, wzywając ministra Radziwiłła, by tego rozporządzenia nie wprowadzał, i apelując do premiera Morawieckiego o interwencję.

Do czego może prowadzić zbyt mała liczba lekarzy, okazało się w ubiegłym roku, gdy w szpitalu w Starachowicach pacjentka urodziła na podłodze martwe dziecko. Właściwie jedyną osobą, która poniosła za to konsekwencje, była lekarka rezydentka, która na dyżurze była sama (pod jej opieką były pacjentki na kilku piętrach jednocześnie). Dyrekcji szpitala personel wielokrotnie zgłaszał, że powinno być na porodówce i patologii ciąży przynajmniej dwóch lekarzy, ale nie przyniosło to efektów.
W ministerialnym uzasadnieniu zmian zaś czytamy, iż to wszystko robione jest po to, by "umożliwić świadczeniodawcom optymalne wykorzystanie personelu medycznego".
I ani słowa o tym, że te rozporządzenia to odpowiedź na protest lekarzy rezydentów. Przypomnijmy – jesienią akcja lekarzy zakończyła się fiaskiem. Medycy przez blisko miesiąc prowadzili protest głodowy, żądając przede wszystkim zwiększenia nakładów na służbę zdrowia do poziomu 6,8 proc. PKB. Negocjacje z rządem nie przyniosły efektu i przystąpili do kolejnej fazy walki. Zapowiedzieli, że od stycznia będą wypowiadać tak zwane klauzule opt-out. Mówiąc prościej – zrezygnują z dodatkowych form zatrudnienia, aby pracować tak, jak to wynika z kodeksu pracy, czyli maksymalnie 48 godzin tygodniowo.


– Ale to nie jest protest. My po prostu chcemy wreszcie móc korzystać z tego, co gwarantuje kodeks pracy i pracować zgodnie z zadaniami, o które choćby walczyła "Solidarność" – zastrzega w rozmowie z naTemat wiceprzewodniczący Rezydentów OZZL dr Damian Patecki.

Odpowiedzią ministra Konstantego Radziwiłła na październikowy protest lekarzy było rozporządzenie o podwyżkach dla rezydentów (przede wszystkim przyszłych, nie tych aktualnych) średnio o 300 zł oraz deklaracja rządu o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia do 6 proc. PKB w ciągu ośmiu lat. Medyków te deklaracje nie zadowalają.

Sytuacja w ochronie zdrowia wymaga natychmiastowych zmian, a nie skokowych (#PMM) i odłożonych na za dwie kadencje. Mó...

Opublikowany przez Porozumienie Rezydentów OZZL na 13 grudnia 2017
Dr Patecki przyznaje, że chaos w szpitalach nie musi nastąpić od razu z początkiem nowego roku. Wynika to z przepisów o rozliczaniu czasu pracy. Okresy rozliczeniowe są mogą być 3-miesięczne, więc może być tak, gdy początkowo dyrektorzy szpitali będą obsadzać lekarzy na dyżurach tak jak wcześniej, że limit godzin wyczerpie się jednak w styczniu i poważny problem powstanie w lutym i marcu, gdy naprawdę nie będzie komu dyżurować. A czy da się dyżurować tak, jak pozwalają na to szykowane przez ministra Radziwiłła rozporządzenia? – Na papierze wszystko się da... – odpowiada wiceszef Porozumienia Rezydentów.
dr Damian Patecki
wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy

W teorii dyżurowanie na kilku oddziałach jednocześnie jest możliwe. Papier wszystko przyjmie. W rzeczywistości nie bardzo to sobie wyobrażam. Proszę zauważyć, że wiele szpitali w Polsce jest rozrzuconych – każdy oddział mieści się w innym budynku. Takie dyżurowanie na kilku oddziałach naraz oznacza kolejne luzowanie standardów bezpieczeństwa pacjentów.

Zdaniem Damiana Pateckiego, wielu lekarzy nie zgodzi się na pracę w takich warunkach. Tym bardziej, że to na nich będzie spadać odpowiedzialność za ewentualne tragiczne skutki pracy w paru miejscach jednocześnie. Efekt może być taki, że lekarze – oprócz tych, którzy są w trakcie specjalizacji i muszą brać dyżury obowiązkowo – będą rezygnować z dyżurowania lub nawet w ogóle z pracy w publicznej służbie zdrowia.
Były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz nie ma wątpliwości, że przed nami czas jeszcze większego chaosu w służbie zdrowia. – Kompletne zignorowanie protestu rezydentów przez ministra Radziwiłła doprowadziło do eskalacji problemu – diagnozuje poseł PO.
Bartosz Arłukowicz
poseł PO, minister zdrowia w latach 2011-15

Działania ministra zdrowia zmierzają do pogłębienia chaosu w służbie zdrowia. Wypowiadanie przez lekarzy klauzul opt-out będzie skutkować tym, że w szpitalach lekarzy będzie po prostu brakować. W związku z tym nastąpi wydłużenie kolejek, być może nawet zamykanie oddziałów. Pomysł ministra Radziwiłła, żeby lekarz dyżurował na paru oddziałach jednocześnie jest kuriozalny! Mam wrażenie, że minister przez ostatnie 20 lat protestował, żądał i oczekiwał - jako działacz samorządu lekarskiego - i dosyć dawno nie był po prostu w szpitalu.

Ale inny były minister zdrowia, Marek Balicki, nie dziwi się Konstantemu Radziwiłłowi, że zdecydował się na ruch z dwoma rozporządzeniami pozwalającymi na pracę lekarzy w paru miejscach jednocześnie. Jego zdaniem szef resortu zdrowia nie miał wyjścia – musiał jakoś zabezpieczyć udzielanie świadczeń w szpitalach w nowym roku z uwzględnieniem faktu, że lekarzy na dyżurach będzie mniej.
Marek Balicki
minister zdrowia w roku 2003 i w latach 2004-05, b. dyrektor m.in. Szpitala Bielańskiego, od 2015 r. członek Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez prezydenta Andrzeja Dudę

To, co zaproponował minister Radziwiłł, było moim zdaniem nieuchronne. Jeśli lekarze konsekwentnie będą dążyć do tego, aby nie pracować więcej niż 48 godzin tygodniowo - do czego oczywiście mają prawo - to to pociąga za sobą konieczność wprowadzenia zmian systemowych. Te dwa rozporządzenia to pierwszy kroczek w kierunku głębszych zmian w funkcjonowaniu szpitali.

Dr Balicki zwraca uwagę, że w Polsce wciąż utrzymuje się system, że na każdym szpitalnym oddziale musi być lekarz dyżurny. Tymczasem to nie musi tak wyglądać. – W wielu innych krajach w godzinach popołudniowych, nocnych czy w dni wolne organizacja pracy jest dostosowana do liczby kadry. W Skandynawii czas pracy lekarzy jest bardzo ściśle przestrzegany, więc siłą rzeczy system dyżurowy musu być zorganizowany tak, aby to uwzględnić – tłumaczy były minister zdrowia, zapewniając, iż jest spokojny o to, co będzie się działo po 1 stycznia.

Dr Damian Patecki z kolei mówi, że wśród lekarzy krąży pogłoska, iż resort zdrowia nie poprzestanie na dwóch zaprezentowanych już projektach rozporządzeń. Podobno jest jeszcze jeden. Ten trzeci dotyczy pracy lekarzy z zagranicy. Chodzi o ułatwienie w wejściu na polski rynek pracy dla medyków głównie z Białorusi i Ukrainy.
– Z nieoficjalnych informacji wynika, że ministerstwo chce pozwolić na to, by lekarze ze wschodu nie musieli zdawać egzaminów językowych i uzyskiwać potwierdzenia kwalifikacji. Otrzymywaliby natomiast prawo wykonywania zawodu ograniczone do jednego szpitala, a szpital ten miałby brać prawną odpowiedzialność za ich działania – objaśnia wiceszef Porozumienia Rezydentów. Podkreśla przy tym, że tu nie chodzi o sprzeciw wobec lekarzy z zagranicy, lecz o to, by przyjezdni byli w stanie porozumieć się z pacjentami i polskimi lekarzami. Nie rozumie też, dlaczego przyjeżdżający mogliby być zwolnieni z trudnego egzaminu, który musiał zdać każdy polski lekarz, aby uzyskać prawo wykonywania zawodu.

Wygląda zatem na to, że skutkiem akcji rezydentów może być napływ większej liczby medyków z zagranicy i cięższe lekarskie dyżury, bo na paru oddziałach jednocześnie. A jeśli coś się stanie – rządzącym łatwo będzie stwierdzić, że to przecież nie ich wina. Jakby co – znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy, po czyjej stronie leży odpowiedzialność.
Trwa ładowanie komentarzy...