Minister z PiS "pod oknami" zbuduje im 2-metrowy płot. To obrona przed dzikami, których... nawet tam nie ma

Płot na granicy ma powstrzymać rozprzestrzenianie się ASF.
Płot na granicy ma powstrzymać rozprzestrzenianie się ASF. Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Płot ma liczyć 1200 kilometrów długości i biec od Zalewu Wiślanego po Bieszczady. Ma pojawić się wzdłuż całej wschodniej granicy, na terenie czterech województw, i kosztować ponad 160 milionów złotych. A z dodatkowymi kosztami nawet ponad 200 milionów. Informacja o jego budowie wywołała wstrząs w wielu przygranicznych miejscowościach. Ludzie boją się o swoje interesy, o ziemię, o turystów, o wszystko. Niektórzy z powodu płotu mogą być wywłaszczeni. I wcale im się to nie podoba.

Informacja gruchnęła kilka dni temu. Jest już projekt, który do końca marca ma trafić do Sejmu i – jak powiedział minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel – "Sejm musi ustawę przyjąć". Wiadomo, że w czerwcu ma się odbyć przetarg na projekt płotu i roboty budowlane. Choć z informacji, które do tej pory rozpowszechniano, wynika, że płot ma się składać z siatki ocynkowanej o wysokości 2 metrów oraz pali drewnianych, bram i furt. Wiadomo też, że ogrodzenie ma mieć jeden cel – powstrzymać dziki przed wchodzeniem na teren Polski oraz rozprzestrzenianie wirusa afrykańskiego pomoru świń (ASF). Który przecież tak naprawdę dotarł już do Warszawy i idzie dalej na Zachód.

Mieszkańcy dowiedzieli się o wszystkim z mediów. W rozmowie z naTemat niektórzy dziwią się, że mamy takie bogate państwo, które miliony przeznacza na taką inwestycję. Albo nazywają inwestycję głupotą, bo działania przeciwko ASF trzeba było podjąć już dawno. Nawet weterynarz powiatowy z jednej z przygranicznych miejscowości mówi nam, że nikt z nimi niczego nie konsultował.
"Ten mur siedzi nam teraz w głowach"
– Myśleliśmy, że to żart. Jakiś fake news. Ale, niestety, okazało się, że nie. Jesteśmy zdruzgotani. To był prawdziwy wstrząs. Ten płot to jakiś absurd – oburza się właścicielka gospodarstwa spod Pratulina. To piękna miejscowość nad Bugiem, znajduje się tu Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich, do którego ciągną pielgrzymi. Nad Bug przyjeżdża mnóstwo wędkarzy, wzdłuż rzeki jest wiele domów oferujących noclegi i gospodarstw agroturystycznych. – Siedzimy i zastanawiamy się, jak to będzie. Granica z Białorusią biegnie środkiem rzeki. Na środku wody postawią ten płot? A jeśli nie, to gdzie? Ile metrów od brzegu? I gdzie będą bramki, bo przecież muszą być, żeby dostać się do rzeki. Co ile metrów będą? To ważne, bo tu przyjeżdża bardzo dużo wędkarzy. Ten mur siedzi nam teraz w głowach i strasznie go wszyscy przeżywamy. Bo jeszcze nie daj Boże będziemy musieli zwijać interes – mówi.

Jej dom znajduje się nad Bugiem. Gdyby postawiono płot przed rzeką, widziałaby go z okna. Właściwie stanąłby tuż za jej działką. Duży odcinek? – Z okna, kochana, to ja bym ze dwa kilometry tego muru widziała. Dziś jak wchodzę na piętro, to widzę Bug. Co będzie za rok? Ogrodzenie jak getto? – pyta retorycznie.
Mur ma biec od północy na południe. Na mapie widać, że dokładnie zbiega się z granicą. Według informacji, które pojawiają się w mediach, bramy mają być zlokalizowane co pięć kilometrów, a furtki co dwa kilometry. – Może to i dobre rozwiązanie ze względu na rolników, nie zastanawiałem się nad tym. Ale co z wędkarzami i kajakarzami, którzy przyjeżdżają nad Bug? – zastanawia się Wiesław Stefaniuk z Siedliska pod Dębem w miejscowości Kodeń.


Mówi się też o tym, że właściciele działek, przez który płot by przebiegał, mieliby zostać wywłaszczeni. Tak jak w przypadku dróg, czy innych obiektów użyteczności publicznej.

Widzę granicę przez okno, u nas dzików nie ma
Dziś nikt jeszcze nie wie, o kogo chodzi, bo nie wiedzą też, jak ogrodzenie miałoby dokładnie przebiegać. Krążą plotki, trwają spekulacje. W wielu miejscach wzdłuż granicy od paru dni nie mówi się o niczym innym.
– Jak już pojawiają się konkretne informacje, może być jeszcze większe wzburzenie, będzie bardziej nieprzyjemnie. Dziś ludzie są nastawieni negatywnie. I już słychać, że nie o to chodziło, żeby z dziada pradziada dostawać ojcowiznę i ją uprawiać, przekazywać ją z pokolenia na pokolenie, żeby ktoś inny miał tym teraz zarządzać. Starsze pokolenie mówi też, że czegoś takiego jeszcze nie było, żeby płot na granicy stawiać. Mówią: Mur Berliński musieli rozwalić, żeby postawić inny – opowiada naTemat Alina Filinowicz, właścicielka Agrokwatery Masiewski Domek w Starym Masiewie. To niewielka wieś w województwie podlaskim, niedaleko Hajnówki.

Ona też mieszka tuż pod samą białoruską granicą. I również ma na nią widok z okna. Konkretnie na las. – Granica idzie krzywo, od nas to jakieś 500-600 metrów. Nie wyobrażam sobie, żeby mi tu jakikolwiek płot czy mur postawili. To tak, jakby w pięknym parku zrobić coś takiego. To niedorzeczne – mówi. Płot zepsułby widok, mocno go oszpecił, to jedno. Ale nie chodzi tylko o to. Alina Filinowicz zastanawia się, czemu w ogóle miałby służyć, skoro u nich nie ma dzików.
topagrar.pl

"Rząd budując płot chce zabrać prawo własności właścicieli działek, na których będzie on przebiegał. Wojewoda we wniosku o wydanie decyzji zezwalającej na realizację inwestycji w zakresie budowy zapory powinien określać nieruchomości lub ich części, na których ma być zlokalizowana zapora, oraz które mają przejść na własność Skarbu Państwa". Czytaj więcej

– Nie ma ani jednej sztuki. Wyginęły jak dinozaury – zaznacza. W lesie nie zauważa żadnych tropów, choć wcześniej były i ślady, i oznakowania. Teraz nie ma nic. – Mamy bardzo dużo żubrów, dużo wilków. Ale dzików u nas nie ma. Część zwierząt pokonała choroba, inne odstrzelono. Zupełnie nie wiem, po co ten płot, czemu miałby służyć – mówi.

Okazuje się, że to dość powszechna opinia. Walentyna Kozak, sołtys ze wsi Podolany Drugie, na drugim skraju Puszczy Białowieskiej: – Kiedyś dziki pod dom podchodziły, na podwórkach były, wszystko dookoła w lasach było przez nie zryte. A teraz dzików u nas nie ma. Na 100 procent.

Weterynarz powiatowy, prosił o zachowanie anonimowości: – Bardzo nieznaczne ślady dzików widzimy. Słyszymy, że więcej jest ich w województwie lubelskim.

Czy płot rozwiąże problem
Ale to z powodu dzików tak bardzo rozprzestrzenił się w Polsce afrykański pomór świń (ASF). Wirus zrujnował dziesiątki, setki gospodarstw właśnie na wschodzie kraju, dotarł do Warszawy, idzie dalej na Zachód. Ale nawet tam, gdzie zniszczenia są ogromne, ludzie zastanawiają się, czy taki płot – w dodatku tak kosztowny – ma sens. Bo ich zdaniem na taką walkę z ASF jest o wiele za późno.

– Uważam, że na dzień dzisiejszy ten płot nie rozwiąże problemu i nie powstrzyma rozprzestrzeniania się choroby. Na dzień dzisiejszy uważam ten pomysł za absurdalny. Mam wątpliwości. ASF idzie dalej na zachód. Na tej zasadzie postawmy płot na Wiśle, żeby choroba nie dotarła do Wielkopolski. Jaka jest gwarancja, że to powstrzyma ASF? – mówi nam wójt gminy Rokitno Jacek Szewczuk.


Jego gmina bardzo ucierpiała z powodu ASF i do dziś cierpi. Jak mówi, kiedyś była potentatem w hodowli trzody chlewnej, a dziś nie ma tu ani jednego rolnika, który miałby trzodę. – "Przerabialiśmy" ASF w ubiegłym roku. I dla gminy był to straszny czas. Bardzo, tragicznie wręcz, ASF ją zniszczyła. Wielu rolników jest załamanych. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że w gminie, która była potentatem w hodowli trzody chlewnej nikt nie będzie mógł hodować nawet jednej świnki dla siebie – mówi.

Gmina jest bardzo uboga, boryka się z wieloma problemami. A ASF pogrążyła ją jeszcze bardziej. – Na chwilę obecną nie ma już u nas gospodarstwa z trzodą chlewną – mówi wójt. Dzików też jest mniej. I nawet tu mieszkańcy są płotowi przeciwni, bo dziś nie rozwiąże już ich problemów. Ani, jak mówią, nie zwalczy choroby w innych rejonach kraju, która się rozprzestrzenia. Wszyscy podkreślają, że na takie rozwiązania już za późno.
Trwa ładowanie komentarzy...