Film "W drodze". Legendarni bohaterowie. Kultowa książka. Walter Salles o biblii wszystkich buntowników

Podobno na pomysł adaptacji „W drodze” wpadł już jej autor, Jack Kerouac. Chciał, aby w postać Deana Moriarty'ego wcielił się Marlon Brando. Ponad pół wieku później w filmowej wersji jego powieści, która stanowiła kamień węgielny amerykańskiej popkultury, pojawia się aktorska śmietanka Hollywood. Młodzi, piękni i bogaci grają młodych, pięknych i zupełnie bez grosza. Kontrkultura stała się popkulturą. Ale czy rzeczywiście musimy nad tym płakać?

Carolyn Cassady, żona słynnego Neala Cassady'ego, pierwowzoru powieściowego Deana, mieszka na angielskiej prowincji. Jedna ze ścian z jej domu przeznaczona jest na pamiątki z epoki "Jacka i Neala". Nazywa ją "wall of fame" – wiszą tam zdjęcia z czasów, kiedy szalona trupa poszukiwaczy "it" tułała się po Ameryce. Odpowiednik podobnej ściany sławy, chociaż nie wiszą na niej oryginalne zdjęcia, plakaty i bibeloty, miał w pewnym momencie swojego życia każdy zbuntowany amerykański nastolatek. Kiedy zaś "W drodze" zaczęła swoją podróż po wydawnictwach całego świata, narodowość nastalotka przestała mieć znaczenie. "W drodze" jest uniwersalną przypowieścią o buncie, transgresji, twórczym pogubieniu i "wystawianiu się na niebezpieczeństwo", o którym tak marzy każdy nastolatek, któremu mama podtyka pod nos talerz z parującą zupą.

Pierwszy na pomysł adaptacji „W drodze” miał wpaść jej autor, Jack Kerouac. Gdy tylko egzemplarze legendarnej książki zjechały z taśm drukarskich w 1957 roku, on już pisał list do samego Marlona Brando, w którym przekonywał go, że kupienie praw do tej powieści to świetny interes. Słynny aktor miał zagrać Deana Moriarty'ego, a pisarza Sala Paradise’a, sam Kerouac. „Zrewolucjonizuję amerykańską literaturę i będę pił szampana z hollywoodzkimi gwiazdeczkami” –  mówił ponoć Kerouac. List okazał się jednak nie istnieć. Faktem jednak jest, że dwadzieścia lat póżniej prawa do adaptacji kupił hollywoodzki reżyser Francis Ford Coppola. Wiele lat potem zastanawiał się, kto mógłby podjąć się wyreżyserowania takiej literatury.



Zaprosił nawet do siebie samą Carolyn Cassady, żeby doradziła mu w wyborze. Z pobytu w wilii Coppolów Carolyn zapamiętała głównie znakomite wina, ale nie wyraziła sprzeciwu wobec planów Coppoli, żeby reżyserem "W drodze" uczynić ostatecznie Waltera Sallesa, wcześniej reżysera m.in "Dzienników motocyklowych" opowiadających o młodzienczych latach Che Guevary. Zaprzyjaźniła się też z młodymi aktorami, których uznała za "słodkich i niewinnych". A trzeba wiedzieć, że Carolyn Cassady trudno zaimponować.

Sama jest autorką wspomnień, które były przenoszone na ekran. Jej "Off the road", odpowiedź na "On the road" Jacka Keuraca została zekranizowana jako "Heartbeat" z Nickiem Nolte w roli Neala i Sissy Spacek jako Carolyn. "Off The Road" to historia bitników widziana nie z perspektywy rozpędzonego hudsona, a z punktu widzenia tej, "która została w domu". Carolyn zaprzyjaźniła się z Sissy, ale film uznała za straszliwego gniota, który przyczynia się do budowania fałszywego mitu ery bitników.

Określenie „beat generation” trafiło po raz pierwszy na łamy prasy w połowie lat 50. Styl życia, później określany jako „beat”, narodził się jednak wcześniej. Był koniec lat 40. Mężczyźni chodzili do jednakowych biur w jednakowych garniturach, kobiety dbały o to, żeby obiad był przygotowany na ich powrót. Kraj działał jak mechaniczna szopka – wszystko było zaplanowane i zorganizowane. W tym marazmie pojawili się jednak ludzie, którzy zaczęli odczuwać ten tryb życia jako opresję.

Chcieli żyć bez planu. Chcieli przeżywać coś, co nazwali „it”, czyli „to” – życie chwilą , spontaniczność, szcze- rość, przygodę. Nazwali się „beat generation”. To dwuznaczne określenie. Z jednej strony „beat” oznacza „tempo”, „rytm” i nawiązuje do muzyki jazzowej i szybkiego tempa życia, z drugiej zaś znaczy „zmęczony”, „przegrany” i sugeruje, że bitnicy stanowią stracone pokolenie, dotkniętych przez wojnę dzieciaków, które nie umieją się odnaleźć w powojennych społecznych schematach.

Carolyn Cassady złości się za każdym razem, kiedy ktokolwiek wspomni o Jacku czy Nealu jako o mitycznych figurach amerykańskiej kultury, półbogach, którzy poznali tajemnicę istnienia. Znała ich jako pogubionych chłopaków, równie spragnionych szaleństwa i przygody, co rodziny i bezpiecznego, spokojnego życia. Chcieli być rzezimieszkami i szanowanymi obywatelami jednocześnie. Uprawiać szalony seks bez zobowiązań i zarazem nakładać na siebie zobowiązania. Bywali ekstremalnie altruistyczni i radykalnie egoistyczni. Film Sallesa pokazuje to schizofreniczne pęknięcie w każdym z nich.

"Skowyt": o homoseksualnej miłości szczęśliwej

Pokazuje również świetnie, jak odmienne były światy mężczyzn i kobiet związanych z beat generation. Mężczyźni filozofują, snują plany zdobycia świata, przeżywają egzystencjalne bolączki, zaś kobiety milczą, organizują pieniądze, gotują, wyświadczają seksualne usługi. Z niemałą przyjemnością – ale jednak świadome, że w oczach swoich towarzyszy nie są równorzędnymi "partnerami w zbrodni". Wolność seksualna, intelektualna i społeczna o jaką walczyli beatnicy w dużej mierze była wolnością ograniczoną do jednej płci.

Przewaga dziewczyn nad chłopcami jest w filmie akcentowana subtelnie – patrzą na nich z dystansem, pobłażaniem, jak na rozrabiające dzieci, którym trzeba wybaczać. Są jednak na tyle odważne, żeby być z nimi "bez trzymanki", póki trwają przy ich boku, zaś kiedy odejdą, doskonale dawać sobie radę same. Salles podkreśla, że historia jaką opowiada ma dwie nurty – męski i kobiecy. Udaje mu się zgrabnie połączyć "Off the Road" Carolyn Cassady i "On The Road" Keuraca w jedną opowieść.



Krótka i skazana na porażkę rekapitulacja akcji książki i filmu zarazem: Młody pisarz Sal Paradise, czyli Jack Keurac (w filmie gra go Sam Riley) w towarzystwie przyjaciela i nieobliczalnego włóczęgi, Deana Moriarty’ego, czyli Neala Cassady'ego (Garrett Hedlund), oraz jego wyzwolonej dziewczyny Marylou, czyli LuAnne, (Kristen Stewart), ruszają w szaleńczą wyprawę po Ameryce. Jack opuszcza mieszkanie swojej matki, Neal zostawia swoją świeżo poślubioną żonę Carolyn i ich nowonarodzone dziecko, LuAnne ucieka od męża. Neal i LuAnne też byli kiedyś małżeństwem. Mimo rozwodu w papierach, wciąż łączy ich namiętna relacja miłości-nienawiści.

James Dean wraca na plan "Buntownika bez powodu".Idol popkultury i kultowy film po raz kolejny sieją ferment

Jak wspomina w "Off The Road" Carolyn, Neal był w LuAnne zakochany romantycznie, cieleśnie, to była relacja oparta na pożądaniu. W Carolyn był zaś zakochany jak w przyjacielu, podziwiał ją za intelekt i życiową rozwagę. Do Carolyn zawsze wracał, z LuAnne od niej uciekał. Podróż, w którą zabrali Jacka była jedną z takich ucieczek. Chciaż w filmie książkowego Sala, Deana i Marylou łączy miłosny trójkąt, w rzeczywistości kobietą, którą kochali obaj przyjaciele, była właśnie Carolyn. Neal był jej mężem, ale Jack – kochankiem. To ona też zrobiła zdjęcie, które zostało uznane za ikonę beat generation. Jest 1952 rok. Jack i Neal pozują, obejmując się ramionami, podobni do siebie jak bliźniacy. Jeden w jasnej bluzie, drugi w koszuli. Obaj w dżinsach. Jeden jest niespełnionym pisarzem, drugi autorem u progu sławy.

Film Sallesa bardzo subtelnie szkicuje emocjonalny krajobraz, który łączył towarzystwo bitników. Allen Ginsberg, w książce i w filmie sportretowany jako Carlo Marx był przyjacielem Jacka, przez lata był zaś szaleńczo zakochany w Nealu i nie lubił się z Carolyn. LuAnne był na zabój zakochana w Nealu, wiedziała jednak, że go przy sobie nie zatrzyma i że szalony czas, jaki spędza w drodze z "chłopakami" prowadzi ją do spokojniejszego życia u boku nudnego, ale wiernego mężczyzny. Jack kochał Carolyn, ale wiedział, że nie może jej odebrać przyjacielowi. Neal kochał wszystkich swoich przyjaciół, ale nie umiał pokochać siebie i krzywdził za to wszystkich, którzy byli mu bliscy.



W filmie Sallesa pojawia się również William S. Burroughs, jako Old Bull Lee ( Viggo Mortensen) i jego partnerka Jane ( Amy Adams) – czyli Joan Vollmer. Starsi, bardziej wyrafinowani, w filmie przedstawieni są jako bitnikowska odsłona mieszczaństwa, niekonwencjonalna para, której udało się założyć rodzinę na własnych warunkach, wybrać kompromis między samotniczym buntem, a wpisaniem się w zastane związkowe schematy. Za kilka lat jednak Burroughs zastrzeli przez przypadek swoją żonę bawiąc się w Wilhelma Tella – celując do szklanki z ginem, którą ta będzie trzymać na głowie. Bitnikowe szaleństwo zacznie zgarniać pierwsze ofiary.

Potem nadejdzie pora na Neala, w końcu i na Jacka. Obaj zmarli niemal jednocześnie. Neal przedawkował narkotyki w San Miguel de Allende, w Meksyku, w lutym 1968 roku. Jack umarł zaledwie półtora roku po swoim przyjacielu, w październiku 1969 roku, w wyniku ciężkiego krwotoku wewnętrznego spowodowanego alkoholową marskością wątroby. Carolyn wiedziała, że tak się stanie. Od śmierci Neala dzwonił do niej co noc i z pijackim smutkiem zapewniał, że do niego dołączy.



Film Sallesa to gwiazdorska obsada, creme de la creme młodego Hollywood. Gwiazdy jednak pozwoliły sobie zgasnąć, po to, aby mogły rozbłysnąć ich postacie. Wybaczam więc filmowi jego komercyjność, jego wizualne skróty i reinterpretacje niektórych wątków z książki i biografii beatników. Beatnicy u Sallesa nie są lalusiowaci, nie są plastikowi ani pretensjonalni. A jeżeli są – to dokładnie tak, jak pretensjonalna jest powieść "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta. Kiedy "W stronę Swanna" łączy się z kowbojskim "w stronę zachodzącego słońca" efekty bywają naprawdę wzruszające.

I chociaż denerwuje pewna naiwność i hollywodzki rozmach "W drodze", to jednak emocjonalna prawda gry aktorskiej broni go przed osunięciem się w kicz. Trzeba się chyba pogodzić z faktem, że beat generation jest częścią popkultury – nie ma już swojego rewolucyjnego poweru, a jej poezja stała się sztampą. Na pewno nie ma tam już żadnego "it". Jednak trudno odmówić temu filmowi siły z jaką zachęca do poszukiwania "it" na własną rękę. Kto wie, w jakich miejscach możemy je znaleźć.

Polska premiera filmu "W drodze" 14 września. Dystrybucja: Gutek Film
Trwa ładowanie komentarzy...