Stopklatka z filmu "Stowarzyszenie Umarłych Poetów"

W dość szokującej historii Katarzyny Bratkowskiej, która szantażuje opinię publiczną swoimi specyficznymi planami na Wigilię, moją uwagę najmocniej przykuł fakt, że jest nauczycielką. Stwierdziłam, iż to na pewno typ „spoko belferki”, która pozwala klasie na wiele, prowadzi lekcje w niestandardowy sposób, oraz trzyma sztamę z uczniami. I faktycznie - polonistka, wyznająca na antenie Polsatu, że usunie swoją ciążę, była świetną wychowawczynią, z którą można porozmawiać o wszystkim, ale do matury przygotowywała tragicznie – tak stwierdziła M., która przez trzy lata uczęszczała do prowadzonej przez Bratkowską klasy.

REKLAMA
Piwo, jazz i spięcia z dyrekcją
Specyficzni nauczyciele, mający gdzieś konwenanse, przez jednych są kochani, a przez innych nienawidzeni, jednak zawsze pozostają w pamięci uczniów na długie lata. Chodzą razem z klasą na piwo, kłócą się ze znienawidzoną przez młodzież dyrekcją i nie boją się nikogo, a zamiast uczyć o nudnawym Mickiewiczu, pokazują na lekcjach historię jazzu.
Każda szkoła ma swojego Johna Keatinga ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”, który odkrywa przed młodymi nowy świat i z upodobaniem łamie konwenanse. Taki nauczyciel to według wielu skarb. Czasem jednak działalność belfra-równiachy, tak jak w świetnym filmie Petera Weira, kończy się mniejszą lub większą aferą i nigdy nie pozostaje całkowicie czysta. Kim zatem dla społeczności szkolnej są chemicy, którzy szczególnie lubują się w etanolu, albo poloniści, nakazujący wrzucenie książek Sienkiewicza pod tramwaj - skarbem czy przekleństwem?
Równa babka?
M., która uczęszczała do Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia w Warszawie, o Katarzynie Bratkowskiej mówi per Kasia, bo w jej szkole zwracanie się do nauczycieli po imieniu było absolutnie normalne. WLH to specyficzna placówka, która rządzi się swoimi zasadami, o czym wie większość Warszawiaków. – Moje liceum było bardzo luzackie. Wiesz o czym mówię, idea wolnościowej szkoły... Do nauczycieli mówiło się po imieniu i paliło z nimi papierosy pod szkołą, przeklinało i tak dalej – mówi M.
– Kasia była moją wychowawczynią. W tej roli super się sprawdziła, bo jest niesamowicie mądrą babką, a do tego bardzo zabawą i pomocną. Z każdym problemem można było do niej przyjść – M. chwali Katarzynę Bratkowską, po czym jednak zmienia ton wypowiedzi – Jej styl ubierania specyficzny. Kiedy przyszłam do liceum, to miała warkoczyki do pasa i różne dziwaczne części garderoby na sobie. Czasami spóźniała się na lekcję pół godziny i widać było, że dopiero co wstała, ale nas to bawiło.
A jaką była polonistką? – Słabą – twierdzi znajoma. – Realizowała swój własny program, mając gdzieś to, że musimy napisać maturę. Mówiła, że „Pan Tadeusz” to gówno, a „Potop” jest ch*jowy. Stwierdziła, że nie musimy czytać „Kordiana”, a mnie poleciła olać rozszerzenie. W trzeciej klasie ciągle leciałam na korepetycjach, bez tego nie dałoby się zdać matury. Pod koniec liceum mieliśmy już dość takiego stanu rzeczy i zorganizowała nam wyjazd, na którym mieliśmy się uczyć do matury. Siedzieliśmy na trawie i się obijaliśmy. Tak bardzo, że wymyśliłam sobie jakąś chorobę i zabrałam się do domu, bo nie chciało mi się aż tak marnować czasu.
Pan czarujący na wygnaniu
Dagmara z Gdańska zapytana o to, czy miała w liceum „szkolnego Keatinga”, bez wahania odpowiada, że tak. – Facet od historii, po czterdziestce, ale wciąż bardzo przystojny, pracujący w szkole razem ze swoją żoną, która uczyła chemii. Był wspaniałym nauczycielem. Kolegował się z nami, a lekcje prowadził z takim zapałem, że mogliśmy się dać pokroić, żeby powiedział nam coś jeszcze o Insurekcji Kościuszkowskiej. Pół klasy nagle zechciało studiować historię. Na dodatkowych lekcjach przygotowujących do matury, atmosfera była luźniejsza i stawał się nam jeszcze bliższy. Wiesz co mam na myśli... - mówiła Dagmara, uśmiechając się lekko. - Z każdymi zajęciami coraz chętniej korzystał z tego, że patrzymy w niego jak w obrazek. Pozwalał sobie na komplementy, jakieś niewinne dotykanie ramienia, albo dłoni. Nikomu to nie przeszkadzało.
Finał tej historii nie był najszczęśliwszy. Pewnego zimowego dnia, po pierwszym dzwonku, cała szkoła Dagmary aż huczała, bo okazało się, że jedna z dziewczyn ze starszej klasy jest w ciąży historykiem. Wszyscy mówili tylko o tym, a gdy plotka dotarła do dyrekcji, nauczyciel został w mgnieniu oka zwolniony. – Kiedy zabierał swoje rzeczy z pokoju nauczycielskiego został odprowadzony do drzwi przez żonę, która rzucała w niego kluczami i wszystkim innym, co znalazła po drodze – opowiadała Dagmara. – Krzyczała tak głośno, że nawet nauczyciele wyszyli z klas, a my razem z nimi, żeby na chwilę na to widowisko popatrzeć.
Zapomnij o dobrych studiach
Basia, która rok temu skończyła naukę w liceum na południu Polski, nie bez powodu do dziś bardzo intensywnie wspomina swojego polonistę. – Młody, energiczny, ze specyficznym stylem bycia, a do tego szalenie inteligentny – opisuje Baśka. – Byliśmy jego pierwszym rocznikiem. Wszyscy go kochali, bo mówił, że lektury to kompletne dno i można je wszystkie wywalić pod tramwaj. Przyklaskiwaliśmy mu z zachwytem. Jednak kiedy nagle pojawiła się matura, miny nam zrzedły.
– Mimo że byliśmy najlepszym liceum w mieście, ledwie zdaliśmy egzamin, a kilka osób całkowicie poległo – mówi ze smutkiem Basia, której marne 46% punktów z polskiego uniemożliwiło studia na sensownej uczelni. – Przed takim losem uratowali się tylko ci, którzy go nie lubili, bo uważali, że gwiazdorzy na siłę. Systematycznie czytali lektury i starali się go zmusić do porządnego omawiania ich na lekcjach. Polonista gardził tą grupką. Miał ich za konformistycznych kujonków, którzy nie myślą samodzielnie. Jednak to oni ostatecznie wygrali i mogą nam pokazać „faka” z okien UW albo UJ. Za to my, zaślepieni naszym czarującym panem od literatury możemy sobie tylko powspominać, jak chodziliśmy z nim na piwo po lekcjach i razem śmialiśmy się z dyrektorki.