Ekologiczne rękodzieło dla najmłodszych: Eko Miś i syntetyczna czesanka

Magdalena Kata zajmuje się rękodziełem artystycznym. Na zamówienie robi misie z wegańskiej surówki, którą kształtuje specjalną igłą.
Magdalena Kata zajmuje się rękodziełem artystycznym. Na zamówienie robi misie z wegańskiej surówki, którą kształtuje specjalną igłą. fot. Eko Miś
Rękodzieło artystyczne to coś, co powoli staje się pasją coraz większej grupy osób. Jak zrobić estetycznego misia, który będzie jednocześnie przyjazny dla środowiska? O wegańskiej surówce, procesie tworzenia rękodzieła i etycznym traktowaniu zwierząt rozmawiamy z Magdaleną Katą, założycielką fanpage'u Eko Miś.

Od jak dawna robi pani misie?
Wszystko zaczęło się dwa lata temu, kiedy mój synek skończył pierwszy rok życia. Nie mogłam odnaleźć się w stereotypowej roli utrudzonej "matki Polki", która zajmuje się tylko praniem, gotowaniem i opieką nad dzieckiem, chciałam robić coś jeszcze, musiałam w tym wszystkim znaleźć swój azyl. Zawsze miałam artystyczną duszę, uczyłam się rysunku, zawodowo przez 10 lat zajmowałam się fotografią, jako dziecko uwielbiałam też szyć. Wyjęłam więc starą maszynę z szafy i postanowiłam zrobić coś, początkowo w prezencie dla mojego syna.

Zaczęłam szyć misie wykorzystując stare ubrania, które znalazłam w szafie. Mojemu synkowi bardzo się podobały, a że Facebook ma ogromną siłę oddziaływania na ludzką potrzebę ekshibicjonizmu, to zrobiłam im kilka zdjęć i opublikowałam na swoim profilu. Od razu usłyszałam mnóstwo ochów i achów od swoich znajomych, co oczywiście zmotywowało mnie do dalszej pracy. Niebawem zaczęli pisać do mnie, bym uszyła misie również dla nich. Po jakimś czasie postanowiłam założyć fanpage o nazwie Eko Miś, który obecnie śledzi około 1200 osób.

Jak zainteresowała się Pani inną techniką?

Pewnego razu, szukając nowych wzorów krawieckich na misie, trafiłam w internecie na tutorial techniki filcowania za pomocą igły. Od razu bardzo mi się to spodobało, bo widziałam jakie daje możliwości i jak plastyczna potrafi być czesanka. Postanowiłam spróbować, chociaż jedynym źródłem mojej wiedzy był ten krótki tutorial oparty jedynie na kilku zdjęciach.

Uczyłam się więc głównie na własnych błędach. Do techniki używa się zwykle czesanki wełnianej lub syntetycznej. Przypomina wstęgi delikatnego puchu. Specjalną igłą z haczykami, która jest bardzo ostra, zbija się ją w coraz to bardziej zwartą postać, formując w trakcie odpowiednie kształty. Ukłucia nią ogromnie bolą – rzucałam więc przekleństwami na prawo i lewo, raz nawet przebiłam sobie palec na wylot. Teraz już coś takiego mi się nie zdarza, nabrałam nieco wprawy.


Ale obecnie nie używa Pani naturalnej wełny.

Tak, w pewnym momencie mojego życia nastąpił przełom – przeszłam na weganizm i stwierdziłam, że wykorzystywanie naturalnej wełny byłoby hipokryzją. Zostałam weganką z powodów czysto ideowych, więc nie chciałam, żeby moje produkty nawet w pośredni sposób przyczyniały się do sprawiania zwierzętom cierpienia. Zrobiłam kilkumiesięczną przerwę. Brakowało mi filcowania do tego stopnia, że pewnego dnia w akcie desperacji wyczesałam własnego psa, by sprawdzić czy jego sierść może akurat ma podobne właściwości. Złudna była to nadzieja. Śmiałam się sama z siebie.

Po jakimś czasie dowiedziałam się, że w pewnym sklepie w Warszawie pojawiła się syntetyczna czesanka. To była dla mnie prawdziwa rewolucja. Od razu kupiłam po kilka opakowań we wszystkich dostępnych kolorach i z radością wróciłam do pracy. Taka czesanka jest zdecydowanie bardziej ekologiczna.

Ale podczas jej produkcji mogą przedostawać się do wody i ziemi syntetyczne substancje i  związki chemiczne, które trują środowisko. A golenie owiec to przecież bardzo naturalny i – jeżeli mówimy o gospodarstwach ekologicznych – nieinwazyjny proces.

Nie mogę się z tym zgodzić, wiem, że przemysł pozyskiwania wełny jest naprawdę bardzo brutalny. Mija się to dalece z wpojonym nam w dzieciństwie obrazem, na którym farmer podśpiewując piosenkę goli jedną z kilku swoich ukochanych owieczek. W rzeczywistości to wielka machina, w której zwierzę traktowane jest jako produkt. I z pewnością nikt im nie śpiewa. Dla mnie w pierwszej kolejności liczy się ich ochrona przed cierpieniem. Fakt, że nie biorę udziału w przemyśle, w którym zwierzęta są tak traktowane daje mi swego rodzaju spokój wewnętrzny.

Czym są Pani misie – zabawkami, obiektami kolekcjonerskimi?


Przede wszystkim obiektami kolekcjonerskimi. Wielokrotnie robię je na zamówienie konkretnych osób, które chcą je podarować komuś bliskiemu. Ale z drugiej strony wiem, że pewne osoby zamawiają je dla dzieci. Zawsze sugeruję, by były to raczej starsze dzieci, ponieważ moje misie są dość delikatne i kruche w swej naturze. Mogę pochwalić się tym, ze moje prace są już na całym świecie: w Europie, Stanach, Afryce a nawet Australii. Robię bardzo wiele rzeczy na indywidualne zamówienie, czasami bardzo nietuzinkowe: pamiętam, że raz zrobiłam nawet borsuka na desce surfingowej.

Skąd czerpie Pani inspiracje?


Przede wszystkim ze stron internetowych, na których znajduję grupy wielu kobiet, zajmujących się rękodziełem. Bardzo ciekawe rzeczy robią Rosjanki, one są niesamowicie uzdolnione! Widziałam bardzo ciekawe rzeczy z czesanki wełnianej z Chile, USA i Japonii. Inspiruję się też rzeczami wykonanymi w innych technikach, które potem przekładam na czesankę.

To chyba rzemiosło, którym zajmują się głównie kobiety. Spotkała Pani kiedyś mężczyznę, który byłby zainteresowany takim rodzajem rękodzieła?


Nie, dwa lata nie spotkałam ani jednego mężczyzny który by się tym zajmował, ale z pewnością jest to przez mężczyzn doceniane. Wielokrotnie dostaję od nich maile z komplementami i informacje, że chcieliby podarować jednego z moich misiów swojej narzeczonej, robiłam kiedyś nawet prezent ślubny.
Myślę, że to bardzo drobiazgowa praca, która wymaga ogromnej cierpliwości i precyzji, a kobiety po prostu mają to w palcach.

Robi Pani bardzo różnorodne rzeczy. Od czego to zależy?


Głównie od osób, które zamawiają u mnie misia. Każdemu podoba się co innego, a ja lubię, jak w moich pracach jest coś żywego, dlatego też między innymi zawsze zwracam uwagę na oczy. Każdą formę robię oddzielnie – najpierw tułów, potem główkę, uszy, na samym końcu doklejam oczy, rzęsy, dorabiam sukienkę, teczkę, fartuszek. Właśnie te detale, które są dla mnie bardzo ważne, nadają im dodatkowego uroku. Jak dotychczas zrobiłam 120 różnych modeli misiów.


Jak rodzina i przyjaciele odnoszą się do Pani pasji?

Dostaję masę pochwał od znajomych, wszystkim bardzo podoba się to, co robię. Mój partner jest głównym krytykiem moich prac, ale gdyby nie on, to pewnie nigdy nie wyszłabym poza pierwszego misia, jakiego zrobiłam. Zawsze mówi mi, co jest nie tak i dzięki temu łączę ze sobą wszystkie fragmenty, by niczego im nie brakowało. Jego obiektywne oko jest dla mnie bardzo ważne. Zawsze pytam go o zdanie po wykonaniu, czasem powie: Cóż Madzia, bywały lepsze. I cenię to, bo nikt poza nim mi tego nie powie.

Czy nie spotkała się Pani z opinią, że Pani prace są nieco kiczowate? To trudna technika, łatwo z czymś przesadzić.


Nie, nigdy. Nawet najbardziej szczerzy znajomi, tacy, którzy nie muszą niczego ukrywać, chwalą to co robię. Poza tym uwielbiam filcowanie i sprawia mi to naprawdę ogromną przyjemność, więc z pewnością to doskonale widać w samych pracach.

Czy wystawia Pani swoje prace na jakiś targach?

Bywałam w Bemowskim Centrum Kultury, panuje tam świetna atmosfera podczas kiermaszy. W tym roku niestety nie miałam czasu. Ale przekazuję czasem swoje misie na aukcje, z których dochód trafia na rzecz potrzebujących zwierząt, np. w Pruszkowskim Domu Tymczasowym czy Schronisku w Korabiewicach. Jednego z moich misiów przekazałam także dla poważnie chorej kilkuletniej Klary, później jej mama opublikowała zdjęcie uśmiechniętej Klary z moim misiem w rączkach. I to mi wystarczyło. Było mi dobrze.

Co robiła Pani przed urodzeniem syna?

Skończyłam szkołę fotograficzną i studia dziennikarskie, zawodowo związana byłam przede wszystkim z fotografią i grafiką, choć chętnie spróbowałabym swoich sił w dziennikarstwie. Jednym z moich życzeń jest niewątpliwie posada fotoedytora w gazecie. Byłam zawsze bardzo aktywna, a macierzyństwo to był dla mnie okres, w którym musiałam podporządkować swoje życie zupełnie innemu rytmowi.

Nie myślała Pani, żeby do tego wrócić?


Teraz jestem trochę rozdarta pomiędzy moimi misiami a powrotem do pracy. Chciałabym robić i jedno, i drugie. Mam stały kontakt z fotografią, czasem wykonuję sesje zdjęciowe, zaś na co dzień fotografuję mojego synka. Zdjęć jest tak wiele, że nawet nie nadążam z wywoływaniem. Robię również zdjęcia moich misiów na fanpage – ta część jest dla mnie równie ważna jak samo ich tworzenie. Ale może wydarzy się coś, co pomoże mi podjąć decyzję?
Trwa ładowanie komentarzy...