
Reklama.
O tym, jaki był sejmowy wykład ks. Oko, najlepiej świadczy kilka cytatów z jego wystąpienia: "Tam, gdzie zamykają kościoły i przedszkola, tam otwierają burdele", "Seks gejowski to jest tak, jakby tłok silnika, zamiast w cylindrze silnika, poruszał się w rurze wydechowej". "Ludzie, którzy promują gender, zasadniczo są ateistami", "Dla niektórych, szczególnie niewierzących, seks może stać się zbyt ważny i wtedy mogą stać się maniakami seksualnymi". I na tym właściwie wypada zakończyć jego ocenę, bo te komentarze są tak paranoiczne, absurdalne i oderwane od rzeczywistości, że mówią same za siebie.
To, co najbardziej mnie po tym wykładzie zaskakuje, to nie krytyka i obśmiewanie sejmowych podbojów samozwańczego eksperta od gender, ale odbieranie mu prawa do plecenia głupot w gmachu parlamentu. Jacek Żakowski mówił dziś rano w TOK FM, że księdza trzeba wręcz traktować jak człowieka, który zwariował: – Ludzi w takim stanie umysłu nie należy eksploatować publicznie, trzeba im po prostu dać spokojnie, dyskretnie tę swoją przypadłość rozwijać. Kiedy się ogląda takie wystąpienia, przypomina się dowcip: czym różni się Sejm od cyrku? Tym, że cyrk jest kwadratowy – stwierdził.
W tym samym tonie komentuje wielu internautów. Czytając komentarze można odnieść wrażenie, jakby wizyta ks. Oko w Sejmie poważnie nadszarpnęła autorytet tej instytucji. Jakby odebrała jej powagę, a nawet – i takie głosy też się pojawiają – była aktem symbolicznego zawłaszczenia tego fragmentu przestrzeni publicznej przez kościelną narrację o strasznym "dżenderze".
Specjalista od homoherezji w Polskim Sejmie. Kto go tam wpuścił?
To dość znaczna przesada w ocenie jej znaczenia. To było tylko połączone posiedzenie kilku z kilkudziesięciu zespołów parlamentarnych, i to tych, w których zasiadają prawie wyłącznie posłowie PiS, którzy na "obronie Kościoła" zbijają kapitał polityczny (patrz: zespół ds. przeciwdziałania ateizacji). To był tylko ksiądz Oko, od którego o gender usłyszeliśmy tyle, że chyba nie jest już w stanie zaskoczyć.
No i w końcu można przypuszczać, że większość wyborców parlamentarzystów, którzy przysłuchiwali się wystąpieniu duchownego, podziela jego poglądy na gender. Dlaczego w Sejmie, którzy jest także ich Sejmem, nie mieliby oglądać swoich autorytetów?
Generalna zasada jest taka, że każdy poseł może zaprosić na Wiejską dowolnego gościa. Swobodę w doborze ekspertów i konsultantów mają też zespoły parlamentarne, z czego zresztą chętnie korzystają. Na przykład taki zespół Macierewicza... Chociaż słynne konferencje z udziałem profesorów Biniendy czy Cieszewskiego chluby Sejmowi nie przynoszą, nikt nie wpadł na pomysł, by w jakikolwiek sposób je cenzurować, a nazwiska "ekspertów" umieszczać na czarnej liście.
Z drugiej strony z gościnności Sejmu korzystały też przedstawicieli środowisk feministycznych, których działalność prawica ocenia jako szkodliwą: Kazimiera Szczuka czy prof. Magdalena Środa. Nikt nie protestował, dlatego też nie ma powodu, by księdza Oko traktować inaczej.
Rację ma też Andrzej Dera z "Solidarnej Polski", który przypomina, że sejmowe mury słyszały bardziej drastyczne wypowiedzi niż te księdza. Padają zresztą codziennie, i to z ust posłów wszystkich opcji. Nie tylko w sprawie gender. Na kneblu pod tytułem "zakaz opowiadania bzdur" ucierpieliby więc najbardziej oni sami.