
Wszyscy czytamy plotki, bo każdy ma duszę plotkarza. Jak świat światem ludzie obgadywali innych – żeby poczuć się lepiej, bo drugiemu jest gorzej. –– Świat zmierza w dziwną, ale ciekawą stronę – powiedziała kilka miesięcy temu pisząca o modzie blogerka Jessica Mercedes, komentując sposób, w jaki zarabia na życie. Rzeczywiście dziwna to strona. Teraz celebryci obgadują się publicznie. To, co celebrytów wkurza, internautów raduje.
I tak to się kręci, i koło się zamyka, a plotkarskie portale podkręcają temperaturę. Zamknięte koło wygląda tak – im więcej piszą, tym lepiej dla celebryty – nawet jak źle piszą. Nieżyczliwie. Prześmiewczo. Im celebryta większy, im więcej osób klika i czyta, tym lepiej dla portalu. Friends with benefits. A że czasem sobie robi się nieprzyjemnie? Ot, show biznes.
Większość tych polskich celebrytów nie ma fanpejdża, albo nie ma Instagrama albo go dopiero założyli i mają 500 obserwatorów, co jest mega kichą, bo ja mam 120 tysięcy. (...) Czuję, że za 10 lat wszyscy znikną, którzy są po znajomości w mediach, i mają swoje posady dzięki temu, że ktoś tam był ojcem, a ktoś tam kogoś wcisnął. I ja na przykład cieszę się, że ja wszystko zawdzięczam sobie. Mnie się nie łączy z nikim, tylko ja to zrobiłam, i koniec!
I dodaje: Ludzie internetu nie są pompowani przez media tak jak celebryci. Wybierają ich inni ludzie. I to za Dawidem Kwiatkowskim biegają dzisiaj fanki, a nie za aktorami z "M jak Miłość".
Doczekaliśmy takich czasów, że ci, co stoją na ściankach, nic nie osiągnęli(...)Pocieszające jest to, że nie żyjemy w czasach płonących stosów, bo już dawno ja i Karolina Korwin Piotrowska zostałybyśmy spalone żywcem". "Wasza piaskownica jest gdzie indziej.
Znani z tego, że są znani, w roli autorytetów
Afera pewnie za chwilę przycichnie, ale niesmak pozostanie. To, że na ściankach stają ludzie, którzy niewiele osiągnęli i na niczym się nie znają, to nic nowego. Tacy celebryci, według definicji Daniela J. Boorstina, są znani z tego, że są znani – i dobrze im z tym. Gorzej, kiedy urastają do rangi autorytetów – wtedy zaczyna się robić niebezpiecznie. Dr Małgorzata Molęda-Zdziech, autorka książki "Czas celebrytów. Mediatyzacja życia publicznego w Polsce", uważa, że "żyjemy w czasach, w których istnieje obawa, że może mieć miejsce dyktatura celebrytów".
To, co mnie niepokoi, to fakt, że celebryci zaczynają przejmować role tradycyjnie przypisane kiedyś autorytetom. Regułom zachowania celebrytów, czyli nacisku na bycie medialnym za wszelką cenę, tak zwany "lans", zaczynają się podporządkowywać politycy, eksperci, a nawet niektórzy naukowcy występujący w mediach. Robią tak dlatego, że "fast thinking", "myślenie komunałami", o których pisał Pierre Bourdieu, to bezpieczna strategia, która gwarantuje im bycie w polu medialnym. Często zamiast wiedzy prezentują jedynie emocje. Wychodzą wtedy ze swojej roli naukowca. To jest niebezpieczne, bowiem upraszcza i spłyca debatę publiczną, tabloidyzuje ją. CZYTAJ WIĘCEJ
Zachwyt za wagon plastikowych butów
Podobnego zdania jest Ewa Kosz, która od lat zajmuje się polską modą, a zawodowo – branżą reklamową i social media. – Moim zdaniem cała branża jest odpowiedzialna za tę sytuację. Wywindowała do roli autorytetu dziewczyny, które tymi autorytetami nigdy nie były i nie będą, bo ich zachwyt i ekscytację można było kupić wagonem plastikowych butów z Chin. Nikt nie jest bez winy – uważa.
Dobitnie wyraził to pierwszy redaktor naczelny Super Expressu Grzegorz Lindenberg w "Testamencie Prezesa", w których sformułował zasady tego, jak pisać do tabloidu. To, co pisał wiele lat temu o gazecie, dziś odnosi się do internetu i odbiorców jego treści. Pisał o tym, że największym grzechem w gazecie jest nuda, a teksty powinny wywoływać u czytelników emocje – rozbawienie, złość, zaciekawienie czy współczucie. Strach – rzadko.
Dobrze podsumował to bloger kulinarny Żorż Ponimirski: "Ja tam lubię hejterów, te biedne duszki nie zdają sobie sprawy, że np. dzięki ich hejterskiemu zaangażowaniu w komentarzach pod wywiadem ze mną, jaki ukazał się w 'Wyborczej', artykuł ciągle jest w czołówce najczęściej czytanych, a mnie przybywa czytelników. A że pisali w większości nieudacznicy, którym nic w życiu nie wyszło, są zakompleksieni i jedyna forma, żeby zostali zauważeni, a nawet zebrali jakiś ułamek poparcia u innych, to pisanie hejtów, to już inna sprawa."

