
Na prawicy wrze. Politycy PiS, Solidarnej Polski i konserwatywne media domagają się od Państwowej Komisji Wyborczej ponownego zweryfikowania 228 tys. głosów nieważnych wietrząc reżimowy spisek. Tymczasem spisek był raczej instagramowy.
Czasami warto odpuścić?
Kiedy o wyniku wyborów decyduje niewielka liczba głosów, zawsze pojawiają się kontrowersje. Politycy nie zawsze jednak wyruszają na krucjatę na rzecz ponownego liczenia. Najgłośniejszym takim przypadkiem były wybory prezydenckie w USA z 1960 roku, kiedy o Biały Dom walczył John F. Kennedy z Richardem Nixonem. Różnicą zaledwie 100 tys. głosów (0,2 proc.) wygrał JFK. W przypadku ogromnego kraju jakim są Stany Zjednoczone, taka różnica byłą rzeczywiście minimalna. Mimo to, Nixon zrezygnował z ponownego przeliczania głosów argumentując, że nie chciałby, aby oskarżano go o „żale przegranego”, które uniemożliwiłyby mu dalszą karierę. Historia pokazała, ze miał rację – dziewięć lat później został prezydentem USA.
