
Na prawicy wrze. Politycy PiS, Solidarnej Polski i konserwatywne media domagają się od Państwowej Komisji Wyborczej ponownego zweryfikowania 228 tys. głosów nieważnych wietrząc reżimowy spisek. Tymczasem spisek był raczej instagramowy.
Według danych PKW odsetek nieprawidłowo oddanych głosów wyniósł w tych wyborach 3,18 proc. Niby niewiele, ale w sytuacji, gdy PO i PiS dzieliło ostatecznie 0,35 punktu owe 3 procent działa na wyobraźnię.

Prawicowy serwis wPolityce.pl doszukuje się spisku. – 228 005 kretynów? Żądam sprawdzenia wszystkich 228 005 kart głosów uznanych przez PKW za „nieważne” – czytamy w tekście Macieja Pawlickiego.

– Na zdrowy rozum jest to trudne do pojęcia – mówił Artur Zawisza z Ruchu Narodowego w rozmowie z naTemat.

Tymczasem odpowiedź na pytanie skąd tyle nieważnych głosów może być niezwykle banalna. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia jakie młodzi wyborcy wrzucali w niedzielę na Instagrama.

Wyborcy w wielu przypadkach wpisywali nazwiskach fikcyjnych postaci, celebrytów czy dodawali autorskie komentarze na kartach do głosowania. Puste karty bez żadnego krzyżyka to rzadkość. Sam mając okazję pracować w komisjach obwodowych w Warszawie przy okazji wszystkich wyborów krajowych w ostatnich latach, spotykałem się z najróżniejszymi formami wyrażania obywatelskiego sprzeciwu wobec obecnej klasy politycznej.

Wśród najpopularniejszych niby-kandydatów była Madonna, zdarzały się także głosy na Lady Gagę , Adama Małysza czy Hulka Hogana. Widać, że ten trend utrzymywał się także w przypadku eurowyborów. Sympatię wśród głosujących zyskał np. obrońca Realu Madryt Sergio Ramos czy animowana postać króla Juliana z popularnego filmu dla dzieci „Madagaskar”. Nierzadko inwencja twórcza głosujących naprawdę urozmaica komisji liczenie głosów. Karty zdobione są wierszykami, karykaturami oraz większymi obrazkami.
Tytus Hołdys, artysta i syn sławnego muzyka, zrobił zdjęcie swojej karcie przed wrzuceniem jej do urny. Umieścił na niej takie przesłanie: – Polityka w naszym kraju zeszła na strasznie niski poziom. Żadna z partii – a co za tym idzie – żaden z kandydatów nie zasługuje na mój głos.

W rozmowie z redakcją naTemat wyjaśniał, że z jednej strony jest wdzięczny pokoleniu jego rodziców za wywalczenie wolności i dlatego poszedł zagłosować, a z drugiej, że politycy go odstraszają.
– Nasza polityka wygląda jak wygląda. Kampania była żenująca i śmieszna. Jedynie co mogłem zrobić to pójść i oddać nieważny głos – wyjaśnia Hołdys. Przekonuje, że im więcej osób zobaczy, że można w ten sposób pokazać „żółtą kartkę” politykom, tym lepiej. – Nie wiem czy politycy tego nie widzą, czy nie chcą widzieć – dodaje.
Hołdys zaznacza, że wielu jego znajomych w ogóle nie głosowało. – Nikomu nie mówiłem tego, co planuję zrobić i nikogo nie namawiałem – wyjaśnia. Podkreśla, że po opublikowaniu zdjęcia z kartką wyborczą spotkał się z wieloma głosami poparcia. – Wiele ludzi myśli podobnie i nie dziwię się, że zniechęceni walką dwóch partii wyborcy skłaniają się ku politykom pokroju Korwina-Mikke – dodaje Hołdys.
Czasami warto odpuścić?
Kiedy o wyniku wyborów decyduje niewielka liczba głosów, zawsze pojawiają się kontrowersje. Politycy nie zawsze jednak wyruszają na krucjatę na rzecz ponownego liczenia. Najgłośniejszym takim przypadkiem były wybory prezydenckie w USA z 1960 roku, kiedy o Biały Dom walczył John F. Kennedy z Richardem Nixonem. Różnicą zaledwie 100 tys. głosów (0,2 proc.) wygrał JFK. W przypadku ogromnego kraju jakim są Stany Zjednoczone, taka różnica byłą rzeczywiście minimalna. Mimo to, Nixon zrezygnował z ponownego przeliczania głosów argumentując, że nie chciałby, aby oskarżano go o „żale przegranego”, które uniemożliwiłyby mu dalszą karierę. Historia pokazała, ze miał rację – dziewięć lat później został prezydentem USA.
