
Na jednej z popularnych facebookowych stron z ogłoszeniami dotyczącymi wynajmu nieruchomości w Warszawie, pojawił sie ostatnio album ze zdjęciami pewnego mieszkania. Autor opisał w kilku punktach swoją ofertę - wyszczególnił liczbę pokoi, lokalizację, cenę i standard. Przy tym ostatnim zaznaczył, iż jest on "studencki". Prezentowany lokal wyglądał jak melina.
REKLAMA
Mieszkasz w chlewie?
Niekompletne meble, każdy z innej parafii. Paprotki, meblościanki, bałagan totalny. Połamane drzwiczki od szafki, brudna lodówka, zasłonki starsze od babci. Klitka. "Standard studencki"? Słucham? To jakiś żart? Ktoś musiałby być totalnie nie przy zdrowych zmysłach, żeby wynająć coś takiego. Szczególnie, że i cena, zwłaszcza w zestawieniu z jakością lokalu, pozostawiała wiele do życzenia.
Niekompletne meble, każdy z innej parafii. Paprotki, meblościanki, bałagan totalny. Połamane drzwiczki od szafki, brudna lodówka, zasłonki starsze od babci. Klitka. "Standard studencki"? Słucham? To jakiś żart? Ktoś musiałby być totalnie nie przy zdrowych zmysłach, żeby wynająć coś takiego. Szczególnie, że i cena, zwłaszcza w zestawieniu z jakością lokalu, pozostawiała wiele do życzenia.
Autor ogłoszenia szybko został zasypany oburzonymi komentarzami dwudziestoparolatków: "Standard studencki? A co, student to jakiś podgatunek?!". Sama też, jako studentka, poczułam się urażona. Mój kąt może nie przypomina wyglądem pięknych, skandynawskich mieszkań z katalogów, ale w żadnym wypadku nie jest on zasyfiałą komórka pod schodami.
"Gardzę studentami gdziekolwiek jestem"
Przytoczone przeze mnie ogłoszenie otworzyło wśród moich znajomych - nie tylko tych, którzy jeszcze studiują, lecz także ludzi mających już dawno za sobą uczelniane czasy - dość poważną dyskusję. Dyskuję na temat stereotypów, jakim ulegają młodzi ludzie kształcący w dużych miastach.
Przytoczone przeze mnie ogłoszenie otworzyło wśród moich znajomych - nie tylko tych, którzy jeszcze studiują, lecz także ludzi mających już dawno za sobą uczelniane czasy - dość poważną dyskusję. Dyskuję na temat stereotypów, jakim ulegają młodzi ludzie kształcący w dużych miastach.
Otóż student to takie zwierzę, które pije wódkę ze słoików, ma pryszcze oraz namiętnie ogląda demotywatory i inne tego typu strony. Mieszka w akademiku lub najgorszym mieszkaniu w całym bloku. Nie potrafi się wysłowić, ale zna na pamięć wszystkie teksty piosenek Happysadu i Braci Figo Fagot. Imprezuje "za hajs matki". I oczywiście rzuca się na darmowe wszystko - zwłaszcza jedzenie i dyskoteki.
Syf i stara pizza na obiad?
Trochę to zaskakujące, bo gdy pomyślę o moich znajomych z uczelni, to przed oczami rysuje mi się zupełnie inny obraz. Może i mój jest trochę przejaskrawiony, bo pewnie nie wszyscy czytają literaturę współczesną, pracują, chodzą na dobre koncerty i mają szeroki wachlarz zainteresowań. Możliwe, że znajdą się tacy, którzy tę wódkę ze słoików jednak piją. Nie ma przecież tylko opcji A i opcji B.
Trochę to zaskakujące, bo gdy pomyślę o moich znajomych z uczelni, to przed oczami rysuje mi się zupełnie inny obraz. Może i mój jest trochę przejaskrawiony, bo pewnie nie wszyscy czytają literaturę współczesną, pracują, chodzą na dobre koncerty i mają szeroki wachlarz zainteresowań. Możliwe, że znajdą się tacy, którzy tę wódkę ze słoików jednak piją. Nie ma przecież tylko opcji A i opcji B.
Nikt mi jednak nie wmówi, że studenci żyją w syfie i na obiad zjadają przedwczorajszą pizzę. Mieszkania studenckie, które odwiedzam, są zadbane i czyste. Owszem, nie zawsze fundusze pozwalają na wynajęcie czegoś naprawdę ładnego. Ale nie oznacza to, że dwudziestoparolatkowie mieszkają i mają mieszkać w odpadach, których nikt inny nie chciał. W salonie z aneksem kuchennym, mieszkaniu na zupełnym końcu miasta czy w trzyosobowym pokoju.
Czemu pan od ogłoszenia sam nie zamieszkał w swoim mieszkaniu, skoro jest wspaniałe i tak dużo warte?
