Sklepy z dopalaczami obchodzą prawo. Policja zna problem, ale nic nie może z tym zrobić.
Sklepy z dopalaczami obchodzą prawo. Policja zna problem, ale nic nie może z tym zrobić. Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Walka z wiatrakami trwa w najlepsze. Chociaż dopalacze działają podobnie jak narkotyki, to według prawa nimi nie są. Dlatego policjanci rozkładają ręce i mogą jedynie nakładać kary finansowe i zakazywać ich sprzedaży. Właściciele sklepów z dopalaczami zamykają jeden interes i w tym samym miejscu otwierają następny.

REKLAMA
W swojej ofercie sklepy z dopalaczami mają specyfiki pod niewinnymi nazwami: "odświeżacz do bidetu o zapachu cytrynowym", "amulet kierowcy" czy "proszek do pierdzenia". Kryją się za nimi substancje, które działaniem przypominają narkotyki – pisze "Głos Wielkopolski".
Najczęściej zbierają one swoje żniwo wśród młodzieży. Co miesiąc kilkanaście osób trafia na wielkopolski oddział toksykologii z kołataniem serca, zawrotami głowy, drżeniem rąk, problemami z oddychaniem, halucynacjami i zaburzeniami pamięci. Jak informuje dziennik, zdarzają się również zgony.
Chociaż problem nie jest nowy, to ani służby mundurowe, ani sanepid nie widzą jego rozwiązania. – To jak zabawa w ciuciubabkę – przyznaje w gazecie Cyryla Staszewska z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Poznaniu.
Liczne kontrole w lokalach z dopalaczami są jednak nieskuteczne. Dlaczego? Właściciele takich sklepów maksymalnie wydłużają procesy administracyjne, a gdy widmo zamknięcia lokalu jest już realne, kończą biznes i otwierają nowy o bliźniaczo brzmiącej nazwie.
Policja podkreśla, że nie ucieka od problemu, ale jedyne, co może zrobić to nakładać kary i zakazy, które w praktyce są nieskuteczne.