
Bieganie było kiedyś moim sportem. Biegaliśmy czasem co drugi dzień, czasem codziennie. To był rok, w którym przygotowywaliśmy się do półmaratonu. Zaczęło się jesienią od wyzwania rzuconego przez kolegę z pracy - może wiosną kolejnego roku przebiegniemy 21 km w Kopenhadze? Wyzwanie podjęliśmy.
REKLAMA
Różnie się to skończyło. Z tamtej pięcioosobowej grupy Piotr biega teraz po górach kilkudziesięciokilometrowe biegi na "pełnym weganie" i pisze o tym bloga. Trzy osoby nic nie wiem, aby miały z bieganiem jakiś związek. Ja poszedłem w inne sportowe strony - squasha i cross fit.
Ani wcześniej, ani później takiej koncentracji na jednym sportowym celu już jednak nie miałem. Nikt z nas nie miał trenera, nikt nie miał żadnego biegowego doświadczenia. Byliśmy w gorszej sytuacji niż dziś nasza Drużyna PZU. Nie tylko zero doświadczenia, ale też zero wsparcia z zewnątrz. Łączyły nas raczej marna kondycja na początku programu i upływający czas na przygotowanie. Z tym że mieliśmy go mniej, bo tylko osiem miesięcy. Drużyna PZU ma czas od wiosny tego roku aż do jesieni przyszłego, czyli do terminu PZU Maratonu Warszawskiego.
Rozmawiałem niedawno z człowiekiem, który od podstawówki sportem żyje. Jest dziś prezesem dużej firmy, ale codziennie znajduje czas na trening. Powiedział mi, że przez 30 lat życia jego bieganie polegało na tym, że zakładał trampki, wychodził z domu i biegał. Kilka lat temu spotkał na swojej drodze trenera, który powiedział mu, że są lepsze niż bieganie sposoby przygotowania się do biegu. To znaczy musisz biegać. Ale nie po prostu biegać, nie zawsze im dłużej tym lepiej, nie zawsze jednym tempem tym lepiej i nie zawsze po prostym to lepiej. Odkrył inny świat. Wcześniej był w świecie amatorów. Teraz wszedł do świata amatorów - sportowców. Tacy odróżniają trening od wyjścia z domu w sportowych butach.
My wtedy nie odróżnialiśmy. Zimą nie mieliśmy gdzie biegać więc przez trzy miesiące z żoną przełaziliśmy przez płot (zwykle było już ciemno) na bieżnię na stadionie na AWF w Warszawie. Zaczynaliśmy od marszobiegów po 2-3 kilometry. Pod koniec przygotowań biegaliśmy po kilkanaście kilometrów niezależnie od pogody. Dobrze to szło. Radość z widocznych postępów to jedna z silniejszych sportowych motywacji. Co jakiś czas mieliśmy wspólny grupowy trening. Ponieważ jednak brakowało nam trenera, to wspólny trening oznaczał głównie pogawędki, okazję do zdjęć i trochę wspólnego pobiegania.
I wtedy - krótko przed terminem półmaratonu - moja żona złapała kontuzję. Coś zaczęło boleć w biodrze, nie przechodziło. USG było niekonkluzywne. Lekarz nie miał wiele do powiedzenia. Ja półmaraton przebiegłem (1h58min), ona nie. Bieg był po słynnym moście łączącym Danię i Szwecję.
Tak się zakończyła nasza biegowa przygoda. Potem co jakiś czas wychodziliśmy pobiegać, ale myślę że zabrakło motywacji wynikającej z grupowego nakręcania się. Wstaliśmy przed pracą raz, wybiegliśmy po pracy drugi raz, ale w kolejnym dniu już nam się nie chciało. Już z pracy wyszliśmy za późno, albo pogoda była taka sobie i nie chciało się wstawać. Bieganie jest indywidualne, ale łatwiej się zebrać, gdy członkowie grupy mailują z pytaniem: Będziesz dziś? Łatwiej przyspieszyć, gdy podczas treningu widzisz oddalające się od Ciebie plecy. Przynajmniej mi.
Pamiętam to z naszych treningów. Ale poczułem ponownie podczas treningu z Drużyną PZU. Doceniłem i program rozgrzewkowy i opiekę fizjoterapeuty, która filmuje biegających i potem wspólnie z trenerem analizuje wyniki. Zawsze się zastanawiałem, czy biegam we właściwy sposób. Podczas półmaratonu nogi miałem tak sztywne i zmęczone, że ostatnie 2 kilometry były naprawdę trudne. Wiem, że pełnego maratonu nie dałbym rady przebiec tamtego dnia. I chyba nie potrzebowałem więcej treningu. Potrzebowałem natomiast mądrzejszego treningu. Tutaj jest to fajnie zorganizowane - z indywidualnymi planami treningowymi, stałym kontaktem i opieką. Ten zespół - dziennikarzy naTemat, blogerów i pracowników PZU - przebiegnie maraton. Jeśli oczywiście nie przestanie im się chcieć. Ja byłem na treningu godzinę i już dowiedziałem się, że źle pracuję rękami i źle rozciągam mięśnie po biegu. Trochę żałuję, że do Drużyny się nie zapisałem. Ale nie połączyłbym rygoru treningowego ze sportami, w które już się wkręciłem.
Byłem gościem na treningu naszej drużyny i dokładnie tak się czułem. Jak osoba z zewnątrz. W drużynie biegowej już po dwóch miesiącach powstała ta szczególna więź drużyny sportowej. Polegająca na wspólnym doświadczeniu wielkiego fizycznego wysiłku, na regularnym przekraczaniu siebie, na jednym celu, którego realizacja wydaje się skrajnie trudna. Na treningu Drużyny PZU biegaliśmy cztery razy po siedem minut. Jesienią 2015 roku zespół ma być przygotowany nie kilkanaście okrążeń na bieżni Agrykoli, ale na mniej więcej dwadzieścia razy więcej na ulicach Warszawy.
Podziwiam ich, bo przed nimi ciężka praca. Także zazdroszę im. Ja w squashu medalu nie zdobędę. Oni natomiast będą całować zasłużone medale na mecie PZU Półmaratonu i PZU Maratonu w Warszawie.
