
Szczęsny, Fabiański, do niedawna Kuszczak - trudno wyobrazić sobie, by jakiś inny zawodnik, może poza eksportowym tercetem z Dortmundu, mógł trafić do Premier League i z powodzeniem grać w niej na innej pozycji niż bramka. Nie udało się Saganowskiemu, Frankowskiemu, Abbottowi. Można by tak te nazwiska chwilę wyliczać.. Wciąż nie udaje się grającemu na zapleczu ekstraklasy Majewskiemu. I oto nagle cień szansy pojawia się przed Tomaszem Cywką. Niestety, jak zwykle, idzie z tym w parze jakieś "ale". Bo choć Reading FC właśnie uzyskało promocję do najwyższej ligi, Polakowi znacznie bliżej do pakowania walizek i szukania nowych wyzwań gdzieś indziej.
W wieku 18 lat trafiłem do klubu Premiership. Na początku byłem na testach, trenowałem dwa tygodnie, ale pokazałem się na tyle dobrze, że po dwóch treningach zaoferowali mi kontrakt. Super, że mogłem codziennie ćwiczyć z zawodnikami z najwyższej klasy rozgrywek. Jeździłem na mecze, czasem byłem na ławce i dużo się nauczyłem, choć największy ból, że nie dostałem szansy.
Powoli szedł śladem Tomasza Kupisza, który skapitulował i uznał, że czas wracać do kraju. Zimą Cywka był już po decydujących rozmowach ze Śląskiem Wrocław, kiedy nagle odebrał telefon… „Możesz pójść do Reading. Są poważnie zainteresowani” – usłyszał w słuchawce i temat gry we Wrocławiu prysnął w sekundzie. – Gdy dowiedziałem się, że istnieje taka oferta, decyzję podjąłem bez chwili zastanowienia – przyznał później.
Reading solidnie punktowało przez całą rundę wiosenną, pewnie zmierzając do ekstraklasy, ale pozycja Cywki pozostawiała i nadal pozostawia do życzenia bardzo wiele. Na początku dał dwie niezłe zmiany, wchodząc na boisko w końcówkach, ale z czasem w ogóle przestał pojawiać się w składzie. Ostatecznie tylko raz wystąpił od pierwszej minuty, gdy kontuzji nabawił się inny zawodnik i jeśli robił sobie nadzieje, że tym razem przypomni ludziom o sobie, to średnio mu się powiodło.
