Plakat w całej okazałości
Plakat w całej okazałości mat. własne

Mieszcząca się na placu Defilad strefa kibica rośnie w oczach. Robotnicy uwijają się, wygradzając teren i budując hale, w których będą pokazywane mecze. Od kilku dni ich pracy towarzyszy gigantyczny plakat, zawieszony na wschodniej ścianie PKiN. Plakat o tyle nietypowy, że z błędem. Cóż, dobrze, że tylko jeden. Szkoda tylko, że tak wielki, że nie da się go przeoczyć.

REKLAMA
Od kilku dni mieszkańcy stolicy mogą podziwiać olbrzymi plakat, który zawisł na Pałacu Kultury od strony Marszałkowskiej. Jadący autobusem czy spacerujący ulicą na pewno go nie przegapią. Wzrok przyciąga intensywny, niebieski kolor plakatu, ale też znajdujący się na nim napis: „Warszawa powitaj puchar”. Hasło jest absurdalne: w formie, w jakiej zostało napisane, nie ma absolutnie żadnego sensu. Trudno dowiedzieć się z niego kto kogo wita i dlaczego.
– Oczywiście w zdaniu "Warszawa powitaj puchar" jest błąd – w funkcji wołacza użyto mianownika – tłumaczy Katarzyna Kłosińska, językoznawca. – Poprawna forma to "Warszawo", co wiemy choćby z tekstu "Warszawianki", w której się śpiewa: "Naprzód, Warszawo...". Wołacz często jest wypierany przez mianownik – słyszymy np. "Magda! Olga!" zamiast "Magdo! Olgo!", co jeszcze można zaakceptować. Jednak w takich nazwach jak "Warszawa" czy "Polska" wołacz musi mieć swą tradycyjną postać.
Błąd, jak widać, niewybaczalny. A jak tłumaczą się urzędnicy, którzy wymyślili to absurdalne hasło? Pani z Urzędu Miasta, odpowiadająca za promocję Euro, nie zauważa błędu. Kiedy pokazuję jej źle odmieniony wyraz, wygląda na zaskoczoną. Na obronę pokazuje plakat z Pomorza, który brzmi „Gdańsk wita puchar”. Ot, zawiłości polskiej gramatyki, która sprawia problemy niezależnie od urzędniczego stopnia. Oczywiście nie można całą winą obarczać Urzędu Miasta – w końcu oni zajmują się tylko rozwieszaniem plakatów. Autorem hasła są urzędnicy UEFA. Niestety dodzwonienie się do rzecznika prasowego tej instytucji graniczy z cudem. W całym biurze nikt nie chce się przyznać, kto za hasłem stoi. Ja jednak mam cichą teorię, że sprawcą całego zamieszania jest kreator błędów, czyli tłumacz Google. Zapewne chodzący na skróty urzędnicy swobodnie przetłumaczyli sobie angielskie hasło. Języków obcych nie trzeba znać, ale polski by wypadało.
Ostatnio pisaliśmy o akcji, finansowanej przez Ministerstwo Kultury, zachęcającej do używania poprawnej polszczyzny. Dobrze, że powstają takie akcje, szkoda tylko, że z tych samych pieniędzy się edukuje i miesza w głowie. Zamiast więc wymyślać kolejne spoty reklamowe i inwestować w aplikacje, trzeba najpierw zadbać o wygląd naszej ulicy. Tym bardziej, w dobie upadku czytelnictwa. Książek i gazet może nie czytamy, ale hasła reklamowe, chcąc nie chcąc, zawsze.