
Ewa Kopacz w przededniu odebrania nominacji na premiera na prośbę PiS wycofała z porządku obrad Sejmu debatę o ratyfikacji Konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet. Tym samym rozsierdziła feministki i środowiska prokobiece, dla których wstrzymywanie ratyfikacji konwencji było jednym z największych grzechów Donalda Tuska. – PO reprezentuje to samo co PiS, tylko PiS jest uczciwy i szczerze mówi, że sprzeciwia się konwencji. A Platforma stosuje pewne wybiegi, jak ten – komentuje Anna Dryjańska z Feminoteki.
REKLAMA
Od miłości do nienawiści w 12 godzin
– Jest osobą bardzo zdecydowaną i konkretną. Potrafi zarządzać ludźmi. Sprawdziła się w ministerstwie zdrowia, choć teraz czeka ją zupełnie coś innego. Zagłosuję za rządem Ewy Kopacz – mówiła we wtorek 9 września Wanda Nowicka w Radiu ZET. Posłanka, jak i wiele innych kobiet, pokładała w Kopacz wielkie nadzieje w związku właśnie z konwencją przeciwdziałania przemocy wobec kobiet czy związkami partnerskimi.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem okazało się, że marszałek Sejmu wycofała z środowego porządku obrad dyskusję o ustawie ratyfikującej konwencję. Wanda Nowicka od razu - co specjalnie nie dziwi - zmieniła spojrzenie na Kopacz o 180 stopni.
– Jest osobą bardzo zdecydowaną i konkretną. Potrafi zarządzać ludźmi. Sprawdziła się w ministerstwie zdrowia, choć teraz czeka ją zupełnie coś innego. Zagłosuję za rządem Ewy Kopacz – mówiła we wtorek 9 września Wanda Nowicka w Radiu ZET. Posłanka, jak i wiele innych kobiet, pokładała w Kopacz wielkie nadzieje w związku właśnie z konwencją przeciwdziałania przemocy wobec kobiet czy związkami partnerskimi.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem okazało się, że marszałek Sejmu wycofała z środowego porządku obrad dyskusję o ustawie ratyfikującej konwencję. Wanda Nowicka od razu - co specjalnie nie dziwi - zmieniła spojrzenie na Kopacz o 180 stopni.
– To dla mnie ogromne rozczarowanie. Nie spodziewałam się tego, że marszałkini, czując poparcie środowisk kobiecych, z irracjonalnych powodów zdecydowała się wycofać ten punkt – oświadczyła posłanka Twojego Ruchu. I dodała, że teraz już nie wie jak zagłosuje, gdy Ewa Kopacz poprosi Sejm o wotum zaufania.
"Zwycięstwo PiS-u"
O zdjęcie konwencji z planu obrad poprosiło bowiem... Prawo i Sprawiedliwość. Partia Jarosława Kaczyńskiego wyjaśniała w oficjalnym piśmie, że konwencja godzi w "tradycyjną rodzinę" - czyli powtórzono po raz kolejny ten sam zestaw argumentów, które prawica w tej dyskusji podnosi od dawna.
O zdjęcie konwencji z planu obrad poprosiło bowiem... Prawo i Sprawiedliwość. Partia Jarosława Kaczyńskiego wyjaśniała w oficjalnym piśmie, że konwencja godzi w "tradycyjną rodzinę" - czyli powtórzono po raz kolejny ten sam zestaw argumentów, które prawica w tej dyskusji podnosi od dawna.
Właśnie dlatego decyzja Kopacz wydaje się kompletnie niezrozumiała, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dlaczego marszałek z ramienia Platformy Obywatelskiej spełniła prośbę swojego największego wroga politycznego? Wiceprzewodnicząca SLD Paulina Piechna-Więckiewicz oceniła to Twitterze krótko: "Zwycięstwo PiS".
Kopacz jest kobietą, ale PO to PO
Nieco mniej radykalny był Robert Biedroń, który rzucił tylko, że to „typowe dla Ewy Kopacz zachowawcze działanie” i „smutny koniec marszałkowania”. Poseł Twojego Ruchu wskazał aspekt najważniejszy w całej sprawie – czyli fakt, że przecież Kopacz nie została nagle rzeczniczką praw kobiet, a stanowiska premiera nie otrzymuje jako samodzielny polityk, po uzyskaniu niesamowitego wyniku w wyborach.
Nieco mniej radykalny był Robert Biedroń, który rzucił tylko, że to „typowe dla Ewy Kopacz zachowawcze działanie” i „smutny koniec marszałkowania”. Poseł Twojego Ruchu wskazał aspekt najważniejszy w całej sprawie – czyli fakt, że przecież Kopacz nie została nagle rzeczniczką praw kobiet, a stanowiska premiera nie otrzymuje jako samodzielny polityk, po uzyskaniu niesamowitego wyniku w wyborach.
Kopacz została powołana przez partię i ma prowadzić rząd tejże partii. A warto pamiętać, że Platforma Obywatelska wcale nie była jednoznacznie za przyjęciem Konwencji. Najpierw, jako minister sprawiedliwości, bombardował ją Jarosław Gowin. Po jego odejściu pałeczkę pierwszego hamulcowego przejął wiceminister sprawiedliwości Michał Królikowski, znany z prawicowych poglądów i bliskich kontaktów z Kościołem.
Gowina i Królikowskiego wspierali inni konserwatywni politycy PO, tacy jak Jan Filip Libicki, który wprost zapowiadał, że Konwencji nie poprze. – Dla mnie i wielu kolegów jest oczywiste, że zagłosujemy o 180 stopni inaczej niż Agnieszka Kozłowska-Rajewicz – mówił wówczas Libicki w "Rzeczpospolitej".
To właśnie ówczesna minister ds. równego traktowania była największą orędowniczką ratyfikacji konwencji. Politolodzy przewidywali wtedy, że jeśli wewnątrz PO nie dojdzie do konsensusu między Kozłowską-Rajewicz i konserwatystami, sprawa utknie w martwym punkcie. I tak też się stało: do porozumienia nie doszło, a Agnieszka Kozłowska-Rajewicz przeszła do Parlamentu Europejskiego – i tym samym w rządzie zabrakło najsilniejszej zwolenniczki Konwencji.
Kopacz tylko kontynuuje politykę
A skoro w rządzie nie ma już osoby, której głos był najlepiej słyszalny w sprawie Konwencji, to po co w ogóle kruszyć kopię? Dalsze działanie na rzecz ratyfikacji dokumentu groziło zapewne awanturą w klubie parlamentarnym PO, może nawet odejściem kolejnych konserwatywnych posłów lub nawet rozłamu. Na to Platforma nie mogłaby sobie pozwolić, bo groziłoby to utraceniem parlamentarnej większości.
A skoro w rządzie nie ma już osoby, której głos był najlepiej słyszalny w sprawie Konwencji, to po co w ogóle kruszyć kopię? Dalsze działanie na rzecz ratyfikacji dokumentu groziło zapewne awanturą w klubie parlamentarnym PO, może nawet odejściem kolejnych konserwatywnych posłów lub nawet rozłamu. Na to Platforma nie mogłaby sobie pozwolić, bo groziłoby to utraceniem parlamentarnej większości.
Wątpliwe, by Ewa Kopacz chciała zaczynać szefowanie partii od afer i podziałów – byłoby to fatalne nie tylko od strony zarządzania, ale też wizerunku PO przed wyborami. Oznaczałoby bowiem, że to właśnie były premier trzymał wszystko żelazną ręką i w ten sposób spinał partię, a Platforma bez Tuska jest po prostu słaba i niezorganizowana, tym samym zaś - niezdolna do rządzenia. Gorszego sygnału wyborcom nie można by wysłać na dwa miesiące przed wyborami.
Nie należy się więc dziwić, że mając do wyboru: podpaść partii albo podpaść feministkom, Ewa Kopacz wybrała to drugie. I teraz z konsekwencjami swojej decyzji będzie musiała się uporać, choć jak wskazuje Anna Dryjańska z Feminoteki, dla części środowisk feministycznych decyzja marszałkini nie była „gromem z jasnego nieba”.
”To przykre, bo jest kobietą”
– Nikt nie spodziewał się, że ona będzie wyłamywała się z linii partyjnej. A linia ta, mimo wielu sensownych osób w PO, jest asekurancka i zbliżona do PiS. PO jako partia reprezentuje to samo, tylko PiS jest uczciwy i szczerze mówi, że sprzeciwia się konwencji. A Platforma stosuje pewne wybiegi, takie jak wrzucanie projektów do sejmowej zamrażarki – wyjaśnia Dryjańska.
– Nikt nie spodziewał się, że ona będzie wyłamywała się z linii partyjnej. A linia ta, mimo wielu sensownych osób w PO, jest asekurancka i zbliżona do PiS. PO jako partia reprezentuje to samo, tylko PiS jest uczciwy i szczerze mówi, że sprzeciwia się konwencji. A Platforma stosuje pewne wybiegi, takie jak wrzucanie projektów do sejmowej zamrażarki – wyjaśnia Dryjańska.
Nasza rozmówczyni dodaje, że wbrew pozorom środowiska lewicowe, feministyczne czy po prostu prokobiece nie wiązały z Kopacz żadnych wielkich nadziei. Właśnie m.in. dlatego, że wiadomo było, iż nowa premier musi kontynuować dotychczasową politykę partii – a więc nie było to w pełni samodzielne postanowienie – ale też ze względu na wcześniejsze zachowania przyszłej premier.
– To ona chciała rejestru kobiet w ciąży, bardzo krytykowanego przez feministki. Pamiętam też wypowiedź pani Kopacz sprzed kilku lat, kiedy mówiła, że poród to fizjologia i pewne rzeczy powinny odbywać się siłami natury. Chodziło wtedy o to brak możliwości zapewnienia znieczulenia przy porodach. Do tego już w 2005 roku głosowała przeciwko ustawie o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – wspomina Dryjańska.
Jak dodaje, oburzenie wywołane wyrzuceniem Konwencji z obrad jest tak silne nie dlatego, że obudziły się jakieś wielkie nadzieje wobec Ewy Kopacz, a dlatego, że jest ona kobietą – i powinna rozumieć jak ważny jest to dokument dla innych kobiet.
Kopacz podpada, ale szoku nie ma
Członkini Feminoteki przypomina jednak, że od dawna już wiadomo, iż bycie kobietą nie oznacza prokobiecej polityki. Dowodzi tego nie tylko Kopacz i wyrzucenie Konwencji z porządku obrad, ale też np. działania pierwszej kobiety-premiera Hanny Suchockiej. Ta, jak przypomina Dryjańska, podpisała konkordat i „odebrała kobietom prawo do aborcji”.
Członkini Feminoteki przypomina jednak, że od dawna już wiadomo, iż bycie kobietą nie oznacza prokobiecej polityki. Dowodzi tego nie tylko Kopacz i wyrzucenie Konwencji z porządku obrad, ale też np. działania pierwszej kobiety-premiera Hanny Suchockiej. Ta, jak przypomina Dryjańska, podpisała konkordat i „odebrała kobietom prawo do aborcji”.
Jednocześnie feministka przyznaje, że wobec Ewy Kopacz mogło powstać pewne oczekiwania ze strony kobiet – chociażby takie, że nie trzeba jej będzie intensywnie wszystkiego tłumaczyć. – Ale takich oczekiwań, jako środowisko, powinniśmy się wyzbyć. Być może pani Kopacz po prostu nie pamięta o tym, że co roku na tle przemocy domowej i seksualnej mordowanych jest 150 kobiet – podsumowuje Dryjańska.
