
„To niemoralne, nieetyczne tyle zarabiać” - tak część Czytelników oburzała się na fakt, że prezes Comarchu prof. Janusz Filipiak zarabia 32 tysiące złotych dziennie. „Za ciężką pracę można zarobić 2-3 tysiące dziennie, ale nie tyle” – grzmią komentujący. Tylko co w zarabianiu dużych pieniędzy za bardzo ciężką pracę jest niemoralne?
„Super, od razu lepiej się poczułem wiedząc, że są w Polsce ludzie, którzy dziennie zarabiają więcej niż ja przez rok... i oczywiście jest to bardzo moralne i etyczne, prawda?” - oburza się Paweł. Podobnych głosów pod tekstem o Januszu Filipiaku nie brakuje.
Wielu ludzi pracuje po kilkanaście godzin dziennie i zarabiają o wiele mniej przez cały rok niż ten pan przez dzień. Kto ma odwagę powiedzieć że to jest sprawiedliwość?
Za ciężką pracę można zarobić nawet 2-3 tys. dziennie, ale 32??? To nie jest moralne! Jak się do tego mają zarobki innych ludzi, którzy też ciężko pracują np. robiąc operacje na sercu płodu?! No jak to porównać?
Pytacie dlaczego profesor Janusz Filipiak zarabia 400-500 razy więcej niż kasjer, czy urzędnik. To bardzo proste: jest 400 razy wydajniejszy, 400 razy więcej pracuje oraz - co najważniejsze - jest 400 razy bardziej inteligentny niż kasjer. A Wy zazdrościcie.
400 razy wydajniejszy? Nie, to firma swietnie zarabia, ale jej kapital tworza ludzie ktorzy tam pracuja, lacznie z szeregowymi pracownikami, to oni wykonuja ogromna czesc tej pracy i to oni powinni byc godnie wynagradzani. Takie zarobki to patologia, zwlaszcza ze zwykli pracownicy dostaja grosze w porownaniu z prezesem.
Na krytykujących tak wysokie zarobki nie podziałały argumenty, że przecież by założyć firmę i odnieść taki sukces, trzeba poświęcić na to lata życia. Uczyć się, ciężko pracować, a nawet gdy majątek liczy się w milionach, praca zajmuje większą część dnia. Prezes Comarchu ma 62 lata, ale w ciągu dnia roboczego – trwającego od 6 do 22 – robi więcej niż niejeden dwudziestolatek.
Rozpoczynam pracę koło 6:00 rano i kończę wieczorem, koło 22:00. Odpoczynek mam wmontowany w program dnia. Pracuję nad dokumentami od rana do 10:00. Potem „zbieram się”, aby jechać do biura lub na spotkania, co jest dla mnie formą odpoczynku. Ten okres dnia mam zaplanowany jako czas, w którym zwalniam mózg od intensywnej pracy, „luzuję się”. Od 11:30 do 16:30 mam spotkania, potem wracam do domu. W domu pracuję wieczorem jeszcze około dwóch godzin. Załatwiam wtedy głównie e-maile i sprawy niewymagające dużego wysiłku intelektualnego. Ważne jest wyciszenie się przed snem i odpowiednia jego ilość. Czytaj więcej
Dla wielu socjalistów-lewicowców to jednak za mało, by „moralnie” i „etycznie” cieszyć się zarobkami rzędu 32 tys. złotych dziennie. Skąd tak wielu Polaków ma skłonności do ostrego krytykowania bogatych? Według psycholog biznesu i autorki programu w TOK FM „Strefa szefa” dr Marzeny Mazur, jest to kwestia zakorzenionej w nas PRL-owsko-religijnej mentalności. Jak tłumaczyła w rozmowie z naTemat, jest to jedna z różnic między Wschodem i Zachodem, tradycyjnie reprezentowanymi przez katolicyzm na wschodzie i protestantyzm na zachodzie.
W Polsce bycie bogatym jest nieetyczne, niemoralne, często uważa się, że duże pieniądze można zarobić tylko nieuczciwie. Na Zachodzie protestanci w swoich domach, jeśli odniosą sukces, to to świętują. W Polsce sukces przez lata się ukrywało, bo był powodem raczej do wstydu i podejrzeń, niż dumy. To, co liczy się w katolicyzmie, to: bądź skromny, nie wychylaj się, nie afiszuj. Miejsce w szeregu raczej równane jest w dół. W Polsce większość pracowników ma syndrom kopciuszka. Nawet jeśli dobrze wykonują swoją pracę, to siedzą cicho i liczą, że przyjdzie w końcu jakiś książę, doceni ich i da im awans. Czytaj więcej
Zdaniem publicysty Piotra Szumlewicza, zadeklarowanego lewicowca, rzecz nie rozbija się jednak o mentalność, a skalę rozwarstwienia. – Jestem zbulwersowany tymi niewyobrażalnymi dochodami. To, że pan Filipiak pracuje 16h dziennie, mnie nie wzrusza. Ochroniarze pracują tyle samo, ale zarabiają 5 złotych za godzinę, ludzie na ulicy walczą o 3 tysiące miesięcznie – komentuje Szumlewicz.
Szumlewicz wyjaśnia bowiem, że przecież nie o pieniądze rzecz się rozbija, a o społeczeństwo. – Warto byłoby, żyjąc w jednym kraju, żyć w podobnych światach. Jeśli ktoś zarabia od swojej sekretarki 100 razy więcej, to nie żyją w tym samym świecie. Gdy nasze dochody się tak nie różnią, bardziej sobie ufamy, lepiej współpracujemy – przekonuje Szumlewicz. I przywołuje swoją propozycję stworzoną dla OPZZ, by wprowadzić regulację zgodnie z którą najlepiej zarabiająca osoba w firmie dostaje maksymalnie ośmiokrotność tego, co najgorzej zarabiający.
I o ile w argumentach Szumlewicza logiki i sensu nie brakuje, to jeśli przyjrzeć się temu bliżej, można sobie zadać pytanie: skoro dzisiaj nie chcemy dać komuś milionów, to czemu nie zabrać mu wszystkiego? Nasz rozmówca wskazuje dopuszczalną granicę rozwarstwienia jako ośmiokrotność zarobków. Ale gdy zaczniemy zabierać bogatym do ośmiokrotności, zawsze potem sobie zadamy pytanie: dlaczego ma mieć osiem razy więcej, a nie np. tylko cztery? Stamtąd zaś już niedaleko jest do „równości” i komunizmu, gdzie każdy ma mieć po tyle samo, chociaż wiadomo, że to niespełnialna utopia.
Ale to dotyczy bogatych społeczeństw! Czy pan naprawdę nie rozumie, że Polska wciąż jest na dorobku Doganiamy! A jak ktoś dogania, to musi biec. Ten wyścig szczurów jest nam potrzebny, żeby coś osiągnąć. Związane z tym rozwarstwienie dochodów też temu służy. Najpierw zapracujmy, a potem będzie co dzielić. Byłbym złym i nieodpowiedzialnym prezesem, gdybym prowadził rozdawnictwo pieniędzy. Pensje trzeba płacić rynkowe. Inaczej się psuje gospodarkę. Ja płacę pensję według wzorca "rynek plus". Trochę lepiej płacę, bo mnie stać, ale bez przesady. I wtedy jest porządek w społeczeństwie. Nie ja ten porządek społeczny wymyśliłem.
