
Nie wiem, co bardziej mnie w tej całej sytuacji doprawadza do szału. Fakt, że najstarsze, historyczne i kultowe kino "Femina" przestało istnieć (Pani prezydent - dlaczego?!), by ustąpić powierzchnię umiłowanej przez nasz naród "Biedronce", czy to, że wśród ludzi znajdą się tacy, których decyzja nie dziwi, a może nawet cieszy.
REKLAMA
- Nie opłacało się - usłyszałem od koleżanki w ostatni piątek, gdy o zamknięciu tego kina dyskutowaliśmy w kilkuosobowej grupie. Serio, a od kiedy kultura jest "rentowna"? Co to w ogóle znaczy - rentowna kultura? Przepraszam, ale to jest intelektualny bełkot. Pierwszy raz słyszę, aby jakakolwiek inicjatywa, ośrodek kulturalny miały być dochodowym biznesem. Ja się w takim razie nie dziwię, że kina mające być miejscem odchamiania Polaków - znikają, a potem w tych miejscach powstają dyskonty, gdzie - jak wiemy - kulturę zawodowo rozjeżdża się wózkiem.
Okej, super by się zadziało, gdyby malutkie kino w centrum Warszawy przynosiło zyski, potrafiło zarobić na siebie i jeszcze zarobiło na pensje dla urzędników. Bajka! Ale oprzytomniejmy - kultura nigdy na siebie nie zarabiała, nie zarabia i zarabiać nie będzie. To biedulka polska, którą trzeba wspierać. Nie zamykać.
Podążając za tym tokiem myślenia, że wszystko, co niedochodowe, należy zlikwidować, powinniśmy również zamknąć galerie, nierentowne domy kultury i przestać kształcić młodych ludzi na "nierentownych" kierunkach studiów. Bo to jest inwestycja, która może się nigdy nie zwrócić. Czyli kasa wyrzucona w błoto, bo kto wie, czy z młodej malarki nie wyrośnie złodziejka. Biblioteki zamieńmy na magazyny wojskowe, teatry na burdele. Nie wspierajmy kultury, sama się wykończy. Przy okazji świetny felieton Wojtka Łazarowicza - Wstydzę się jako Polak
Wracając do “Feminy” Dla jasności - to nie tylko miejsce, gdzie wyświetlało się filmy, sprzedawano nachosy i colę. To był symbol Warszawy, jasny punkt na mapie kulturalnej tego miasta. Taki sam, jak Pałac Kultury, Łazienki Królewskie czy Starówka. Femina to kilkaset metrów kwadratowych czystej kultury, której użytkownikami były pokolenia warszawiaków. To było kino, do którego, zanim powstały multiplexy, chodziło się na wszystkie wycieczki szkolne, potem randki i tak dalej. Z tym kinem się dorastało. Femina była wielkim światem. Miejscem budującym ludzi. Kształtującym ich. Naprawdę. Cała Zachodnia Warszawa filmowo stołowała się tutaj. Tu widziało się filmy ważne, jak "Cześć Tereska" (przymusowo z klasą), które otwierały oczy i głowę. Potem chodziło się już nie z przymusu, ale z przyjemności. Bezcenne miejsce! Którego nie można rozliczać w kategoriach "Biznes".
Jestem cholernie zły na całą sytuację, na ludzi, którzy głupio decyzję o zamknięciu kina chcą bronić. Faktycznie - wszystko się bardziej opłaca, niż kultura. Sklep mięsny zamiast Luny, ciucholand w Kinie Kultura a najlepiej i tu i tu Cocomo. Każdy biznes się opłaca, bo jest... biznesem. Kultura nigdy nim nie była. I nigdy nie będzie. Rozumiem, że mamy takie czasy, gdy niemal wszystko na siebie musi zarabiać. Ale trzeba było znaleźć sponsora, jak chociażby - mekka kultury - Teatr Narodowy. Tam spektakle sponsoruje gigant farmaceutyczny. Myślicie, że Narodowy utrzymałby się ze sprzedaży biletów?
Podobnie jest, i to od lat, w przypadku takich wydarzeń jak Festiwal Filmowy w Gdyni. Bez sponsora to by nawet na dyplomy nie wystarczyło. Nie chcesz Biedronki zamiast kultowego kina? Nagraj wideo-wspomnienia!
Podsumowując - moje pokolenie ma swoją historię Feminy i tak jak ci przedwojenni może opowiedzieć swoją. Bo to - było - najdłużej działającego kino w stolicy. Było. I przegrało z Exelem.
Chcesz więcej stylu? Polub nas na Facebooku!
