Patologie na uczelniach zniechęcają młodych naukowców. Nepotyzm i pomiatanie doktorantami to akademicka codzienność

Na polskich uczelniach nepotyzm i wykorzystywanie doktorantów to codzienność
Na polskich uczelniach nepotyzm i wykorzystywanie doktorantów to codzienność Fot. Marcin Tomalka / AG
Chociaż nie wszystkie polskie uczelnie trawione są patologami, to w różnych ośrodkach i na różnych kierunkach studiów powtarzają się te same niepokojące mechanizmy. Zniechęcają młodych naukowców do kontynuowania badań i rozwijania polskiej nauki. To powoduje, że jako państwo możemy zwiększać wydatki na naukę, ale nic to nie da, jeżeli jednocześnie nie uda się zatrzymać młodych ludzi na uczelniach.


Doktorant haruje, a wynagrodzenie pobiera profesor
Mój pierwszy rozmówca to świeżo upieczony doktor. Pracuje na uczelni na pół etatu. Na więcej uczelni nie stać. Mówi mi, że sam ma świetnego szefa, ale widzi co się dzieje z jego koleżankami i kolegami.


- Słyszałem o kilku przypadkach, w których doktorant został oddelegowany do poprowadzenia zajęć za profesora, ale potem to profesor dostał za nie wynagrodzenie, a nie doktorant. Znam też przypadek, w którym młody doktor zorganizował i poprowadził szkolenie, za które miał dostać pieniądze, ale nie zobaczył ani grosza, ponieważ wszystko poszło do wydziałowej kasy - opowiada mój rozmówca.

Doktor zauważa też, że na polskich uczelniach panuje niepokojąca praktyka przymykania oka na słabe lub wręcz nierzetelne prace naukowe profesorów. Jeśli doktor lub doktorant pracuje nad jakąś pracą naukową i zbiera do niej artykuły od swoich kolegów, to nie może odrzucić tekstu nadesłanego od profesora. Nie jest to nigdzie napisane wprost, ale każdy wie, że próba nie skorzystania z takiego artykułu to uczelniane samobójstwo. Na drugim biegunie są z kolei takie sytuacje jak prezesa BCC Marka Goliszewskiego, którego doktorat - oględnie mówiąc, niezbyt udany - został bez mrugnięcia okiem zaakceptowany przez uczelnię.


Częstą praktyką jest też po prostu wykorzystywanie pracy doktorantów. Teoretycznie dostają oni od uczelni pół etatu lub jedną czwartą, ale profesorowie wymagają, aby byli w pełni dyspozycyjni. Przez to nie mogą znaleźć innego zatrudnienia, a za uczelniane pół czy ćwierć etatu ciężko jest się utrzymać, nawet jeśli nie ma się rodziny.

Zielona doniczka
Wykorzystywanie doktorantów odbywa się na wiele różnych sposobów. Moja druga rozmówczyni wspomina jak w niedzielę o 21.00 zadzwoniła do niej jej promotorka - pani profesor i kierownik instytutu - i zażądała, żeby w jej gabinecie w poniedziałek rano znalazła się zielona doniczka, w odpowiednim odcieniu.

- Kiedy w instytucie odbywał się remont okazało się, że doktoranci są świetną, bo tanią siłą roboczą. Sprzątanie, malowanie, zrywanie tapet należało do naszych akademickich obowiązków. Jak widać, cały uczelniany personel administracyjny jest zbędny - ironizuje moja rozmówczyni.

Podkreśla też, że pisanie artykułów naukowych przez doktorantów i późniejsza ich publikacja pod nazwiskami profesorów to norma, na którą wszyscy się godzą. Tak już się przyjęło. Profesorowie wymagają od doktorantów serwilizmu, a ci się na to godzą.

Sitwa
Inną powszechną na polskich uczelniach patologią jest nepotyzm. Doktorantka, z którą rozmawiam, nie dostała jednej czwartej etatu na swoim wydziale, bo usłyszała, że uczelni na to nie stać. Dwa tygodnie później okazało się, że dobry znajomy jej promotora został nowym wykładowcą zatrudnionym na pełen etat.

- Jeśli syn profesora studiuje to samo co ojciec to wiadomo, że bez problemu dostanie się na studia doktoranckie, a potem znajdzie się dla niego jakieś miejsce na uczelnianej liście płac. No i będzie wynagrodzenie dostawał w terminie. Ja czekałam na pieniądze po trzy-cztery miesiące - opowiada rozczarowana była doktorantka.

Sytuacja przerosła moją rozmówczynie, więc rzuciła studia doktoranckie, prawie skończoną rozprawę odłożyła ad acta i poszła pracować do banku. Nie wyklucza jednak, że kiedyś wróci na uczelnię, ale najpierw musiałaby mieć pewność, że nie będzie musiała z tym wszystkim użerać.

- To co dzieje się na uniwersytetach to rozwój nauki czy kolesiostwo? - pyta, ale nie oczekuje odpowiedzi.

Doktorancie radź sobie sam
Moja kolejna rozmówczyni to doktorantka, która wciąż chce pracować na uczelni, ale musiała zrobić sobie przerwę ze względu na rodzinę. Ma dwoje wspaniałych dzieci i męża, który dobrze zarabia, więc może sobie pozwolić na odpoczynek od pracy i studiów.

Jest jednak załamana tym, co widziała na uczelni. Jak relacjonuje, kiedy szła na studia wiedziała, czego chce, co ją interesuje i miała nadzieję, że jeżeli wykaże się zaangażowaniem i ambicją to zostanie to docenione.

Przez pierwsze cztery lata studiów wychodziła z inicjatywą organizowania rożnych konferencji naukowych. Sama zajmowała się całą papierkową robotą i zdobywaniem funduszy. Ale pochwały za świetne konferencje zbierali profesorowie. Nie odzywała się, bo liczyła, że się odwdzięczą.

Kiedy na piątym roku powiedziała promotorowi, że po magisterium chce się doktoryzować i poprosiła o pomoc usłyszała, że musi radzić sobie sama. Profesor dodał też, że organizacja konferencji to jedno, a doktorat to drugie i on nie wie czy studentka sobie poradzi. Dziewczyna zmieniła promotora i dostała się na studia doktoranckie bez większego problemu.

Moja rozmówczyni ma jednak świadomość, że jeżeli chciałaby wrócić na uczelnię to nie będzie to łatwe. Rozmawia z koleżankami i kolegami z roku, więc wie co dzieje się na jej wydziale. Z kilkunastu osób, które zaczynały studia doktoranckie razem z nią, tylko jeden z mężczyzn dostał 1/8 etatu na uczelni, ale był "największym lizusem".

- Mam świadomość, że bez protekcji nie ma czego szukać na uczelni. A wolne miejsca na wydziale pojawiają się wtedy, kiedy jakiś stary profesor odejdzie na emeryturę. Ale to nie dzieje się tak szybko - mówi moja rozmówczyni.

Czy da się coś z tym zrobić?
Temat patologii na polskich uczelniach powrócił po tym, jak anonimowy doktorant opisał jak po powrocie z zagranicznego stypendium usłyszał od swojego promotora, że musi zapłacić haracz za swój wyjazd. Przecież na pewno się na nim dorobił i stać go na to, żeby przez rok pracować darmo.

Tę sprawę na Twitterze skomentowała minister nauki Lena Kolarska-Bobińska. Podkreśliła, że to "bulwersująca sytuacja". Zaznaczyła jednak, że "minister nie może ograniczyć autonomii uczelni".

To wyraźny sygnał - polskimi uczelniami rządzą profesorowi i ministerstwo ma tutaj mało do gadania. Jak twierdzi minister nauki, takie sytuacje trzeba nagłaśniać i krytykować profesorów pozwalających na patologie. Ale wiele więcej zrobić nie można.

W nauce niezależność jest bardzo ważna. Jednakże, jeżeli z uczelni nie znikną nepotyzm i wykorzystywanie doktorantów, to raczej nie możemy spodziewać się, że będzie przybywać młodych naukowców. Wręcz przeciwnie.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...