
Niemieccy biskupi od lat są forpocztą liberalnego katolicyzmu. Teraz to oni najmocniej naciskają, by Kościół dopuścił rozwodników do komunii i otworzył się na homoseksualistów. Muszą, bo grono ich wiernych kurczy się pod ciężarem laicyzacji i podatku kościelnego.
Dlaczego właśnie niemieccy hierarchowie? Niby sąsiedzi, a tak różni od głównego nurtu polskiego Kościoła, który ma twarz arcybiskupa Gądeckiego… Skąd się bierze ta otwartość? Dominikanin ojciec Paweł Gużyński znajduje co najmniej kilka przyczyn.
Powstrzymać apostatów
Ta otwartość niemieckich duchownych nie przekłada się jednak na liczbę wiernych. Przeciwnie, Niemcy przeżywają kryzys wiary. W kraju jest około 24 miliony katolików (na 82 mln mieszkańców) - ponad półtora miliona mniej, niż w 1989 roku. W 2013 roku ze wspólnoty wystąpiło prawie 180 tys. osób, o 30 proc. więcej niż rok wcześniej.
Na niedzielnych nabożeństwach ławki świecą pustkami, konfesjonały już dawno straciły swoją funkcję, a liczne świątynie albo są zamykane, albo przerabiane np. na hale wspinaczkowe” – pisało niedawno
4,2 mld euro – tyle Kościół „zarobił” na tej daninie w 2012 roku. Ta suma pokrywa około 80 proc. wszystkich wydatków, co powoduje, że w teorii wszystkie kościelne „usługi” są darmowe (praktyka często wygląda inaczej).
Czy jest coś, czego polscy katolicy mogą zazdrościć sąsiadom z zachodu? – Tu nie ma wielkiej filozofii. Po prostu potrzeba realnego patrzenia na świat, a nie zamykania się przed nim – odpowiada Adam Krzemiński.
