
Szczytu klimatycznego w Brukseli nie można uznać za wielki sukces Ewy Kopacz, ale też daleko od porażki. Polskie firmy dostaną darmowe prawa do emisji CO2, a te, które będą chciały się unowocześnić skorzystają z wartego 7,5 mld zł funduszu modernizacyjnego. Duża część pieniędzy trafi za granicę, ale skorzystają też polskie firmy, które coraz odważniej poczynają sobie na rynku zielonej energii.
REKLAMA
Gospodarki krajów Unii Europejskiej będą musiały wydać miliardy euro na zredukowanie o 20 proc. emisji CO2. Taki cel na 2030 rok postawili przywódcy, którzy w czwartek i piątek obradowali w Brukseli. Dla Ewy Kopacz i Polski to nie tragedia, chociaż nie będzie łatwo. O znaczeniu brukselskich decyzji pisaliśmy w FAQ. Aby ambitne cele polityki klimatycznej nie przygniotły polskiej gospodarki dostaniemy 7,5 mld zł na obniżenie emisyjności.
Kasa, ale dla wielkich
Część trafi do wielkich spółek energetycznych, które muszą zmodernizować swoje instalacje – wiele elektrowni ma ponad 40 lat. Ale spory kawałek tortu przypadnie na ekologiczną energię. Odnawialne źródła energii mają w 2030 r. stanowić co najmniej 27 proc. całego zużycia. To szansa na rozwój polskich producentów ogniw fotowoltaicznych (produkujących prąd) i kolektorów słonecznych (produkujących ciepło).
Część trafi do wielkich spółek energetycznych, które muszą zmodernizować swoje instalacje – wiele elektrowni ma ponad 40 lat. Ale spory kawałek tortu przypadnie na ekologiczną energię. Odnawialne źródła energii mają w 2030 r. stanowić co najmniej 27 proc. całego zużycia. To szansa na rozwój polskich producentów ogniw fotowoltaicznych (produkujących prąd) i kolektorów słonecznych (produkujących ciepło).
– Te pieniądze trafią na energetykę niskoemisyjną, a nie odnawialną – przestrzega Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energii Odnawialnej. – Więc skończy się tym, że rząd będzie dokarmiał koncerny węglowe. Dotychczas nasz rząd prowadził sprawy pakietu klimatycznego tak, jakby świat miał się skończyć w 2020 roku – dodaje.
"Tutaj potrzebna jest miłość"
– Przyjęcie nowego pakietu pokazuje fiasko doraźnego i krótkoterminowego myślenia. Tego nie da się zrobić na zasadzie szybkiego seksu, tutaj potrzebna jest miłość – obrazowo wyjaśnia Wiśniewski. Ale zwiększanie się powierzchni kolektorów i ogniw słonecznych jest nieuniknione. – Trzeba przyjrzeć się jakie mamy zasoby naturalne i w jakim stopniu one są wykorzystane – mówi prezes Instytutu Energii Odnawialnej.
– Przyjęcie nowego pakietu pokazuje fiasko doraźnego i krótkoterminowego myślenia. Tego nie da się zrobić na zasadzie szybkiego seksu, tutaj potrzebna jest miłość – obrazowo wyjaśnia Wiśniewski. Ale zwiększanie się powierzchni kolektorów i ogniw słonecznych jest nieuniknione. – Trzeba przyjrzeć się jakie mamy zasoby naturalne i w jakim stopniu one są wykorzystane – mówi prezes Instytutu Energii Odnawialnej.
Z listy wykreśla energetykę wodną i pozyskiwanie prądu z biomasy, które osiągnęły już granice możliwości rozwoju. – Zostają trzy zasoby, które są wykorzystane tylko w ułamku procenta: wiatr, słońce i geotermia – dodaje. Zaznacza jednak, że niezbędne jest równoważenie tych trzech źródeł, nie można postawić tylko na jednym. – Totalnie zmarnowaliśmy ten pakiet. Chcieliśmy po prostu przetrwać do końca. Dlatego teraz trzeba popatrzyć, co może stać się naszą specjalnością i rozwijać tę część – mówi Grzegorz Wiśniewski.
Jest potencjał
– Niestety przez niestabilność prawa żaden producent nie chce inwestować w próby ekspansji zagranicznej, bo musi oprzeć na rynku wewnętrznym – dodaje ekspert. – Naszą szansą jest energetyka prosumencka, przydomowe elektrownie, mikroprodukcja. To jeszcze mało rozwinięty rynek, niezdominowany przez wielkie zagraniczne firmy. Ale trzeba się za to brać już teraz – zaznacza.
– Niestety przez niestabilność prawa żaden producent nie chce inwestować w próby ekspansji zagranicznej, bo musi oprzeć na rynku wewnętrznym – dodaje ekspert. – Naszą szansą jest energetyka prosumencka, przydomowe elektrownie, mikroprodukcja. To jeszcze mało rozwinięty rynek, niezdominowany przez wielkie zagraniczne firmy. Ale trzeba się za to brać już teraz – zaznacza.
Kto może się tym zająć? Firmy, które prężnie funkcjonują na rynku paneli słonecznych. – Ich sprzedaż przekracza kilkaset milionów złotych rocznie. To kilkadziesiąt firm, ale rynki w Europie czy na świecie są zapchane, wchodzimy na nie za późno – zauważa.
Potentat ze Śląska
Są jednak polskie firmy, które w tych trudnych warunkach dobrze sobie radzą. W Sosnowcu działa trzecia pod względem powierzchni fabryka ogniw na świecie. Firma Watt powstała w 1998 roku, dzisiaj jest w światowej czołówce – jej technologia pozwala na przejęcie z promieni 85 proc. energii, więc stanowi silną konkurencję dla najbardziej zaawansowanych w tej dziedzinie Niemców.
Są jednak polskie firmy, które w tych trudnych warunkach dobrze sobie radzą. W Sosnowcu działa trzecia pod względem powierzchni fabryka ogniw na świecie. Firma Watt powstała w 1998 roku, dzisiaj jest w światowej czołówce – jej technologia pozwala na przejęcie z promieni 85 proc. energii, więc stanowi silną konkurencję dla najbardziej zaawansowanych w tej dziedzinie Niemców.
– Rzeczywiście nasza działalność jest związana z decyzjami podejmowanymi na kolejnych szczytach klimatycznych, ale nie przekłada się bezpośrednio na sprzedaż – wyjaśnia Paulina Michalska-Zielonka z firmy Watt. Wskazuje, że o stanie branży decydują regulacje w Polsce, które mają realizować ogólne cele wyznaczone w Brukseli. – Największym problemem w naszym kraju jest brak wsparcia dla klienta końcowego – dodaje.
Rząd nie wspiera
Pół roku temu skończył się system dofinansowań prowadzony przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska. – Według nieoficjalnych informacji nowy program ma się pojawić dopiero jesienią przyszłego roku – narzeka. – My promujmy rozwiązania energooszczędne, zieloną energię, ale to tylko od klienta zależy, czy chce pomóc Europie w redukcji emisji gazów cieplarnianych. Tymczasem ten klient zostaje bez wsparcia – wyjaśnia Michalska-Zielonka.
Pół roku temu skończył się system dofinansowań prowadzony przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska. – Według nieoficjalnych informacji nowy program ma się pojawić dopiero jesienią przyszłego roku – narzeka. – My promujmy rozwiązania energooszczędne, zieloną energię, ale to tylko od klienta zależy, czy chce pomóc Europie w redukcji emisji gazów cieplarnianych. Tymczasem ten klient zostaje bez wsparcia – wyjaśnia Michalska-Zielonka.
Warto przy tym zaznaczyć, że w swojej strategii polityki energetycznej do 2050 roku rząd nie przewiduje żadnych mechanizmów wsparcia dla energii odnawialnej po 2030 roku. To powoduje, że firmy nie wiedzą, czy opłaci im się inwestować.
Jednocześnie dla polskich producentów to rynek krajowy jest podstawą działania. – Udział eksportu jest u nas duży, ale nigdy nie przekroczył sprzedaży krajowej. Dlatego tak ważne dla nas jest prawo w Polsce – wyjaśnia przedstawicielka firmy Watt. A jego brak wyrządza większe szkody niż import urządzeń z Chin. – To zagrożenie było duże kilka lat temu, wtedy rynek nasycił się produktami z Chin. Ale dzisiaj ludzie zalewają ich reklamacjami. Kupując u nas pytają, czy to na pewno nie „chińszczyzna” – dodaje.
Zalew chińszczyzny
Potwierdzają to też mniejsi przedsiębiorcy zajmujący się tym sektorem. – W Polsce sprzedaje się głównie panele z Chin, my sprzedajemy niemiecko-japońskie – mówi Karol Pruski z firmy SPR Polska, która zajmuje się projektowaniem i montażem instalacji fotowoltaicznych.
Potwierdzają to też mniejsi przedsiębiorcy zajmujący się tym sektorem. – W Polsce sprzedaje się głównie panele z Chin, my sprzedajemy niemiecko-japońskie – mówi Karol Pruski z firmy SPR Polska, która zajmuje się projektowaniem i montażem instalacji fotowoltaicznych.
– Jest kilka rodzimych firm, które produkują od podstaw, ale mają zaledwie kilkuletnie doświadczenie, jednocześnie dając gwarancję na 25 lat. Nie wiemy więc czego się po nich spodziewać. Poza tym ich panele są w tej samej cenie, albo nawet droższe, co produkowane przez zagraniczne firmy z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem – zauważa.
Urzędnicy muszą się zmienić
– Samo złożenie wniosku i uzyskanie dofinansowania jest stosunkowo łatwe, ale urzędnicy narzucają swoje normy i z ich wypełnieniem jest sporo kłopotów – wyjaśnia Pruski. – Przede wszystkim aby dostać dofinansowanie w programie „PROSUMENT” trzeba wziąć kredyt, a nie każdy chce to robić, bo to dodatkowe koszty. Poza tym trzeba mieć projekt od projektanta lub założyć piorunochron, choć prawo tego nie wymaga, a to też generuje koszta. Można więc powiedzieć, że to co dostanie się w ramach dofinansowania, trzeba wydać na spełnienie wymagań urzędników – dodaje.
– Samo złożenie wniosku i uzyskanie dofinansowania jest stosunkowo łatwe, ale urzędnicy narzucają swoje normy i z ich wypełnieniem jest sporo kłopotów – wyjaśnia Pruski. – Przede wszystkim aby dostać dofinansowanie w programie „PROSUMENT” trzeba wziąć kredyt, a nie każdy chce to robić, bo to dodatkowe koszty. Poza tym trzeba mieć projekt od projektanta lub założyć piorunochron, choć prawo tego nie wymaga, a to też generuje koszta. Można więc powiedzieć, że to co dostanie się w ramach dofinansowania, trzeba wydać na spełnienie wymagań urzędników – dodaje.
I dopóki urzędnicy nie zejdą na ziemię, nie ma szans na szybki rozwój firm zajmujących się zieloną energią. Nie zmienią tego żadne pieniądze z Unii.
