
"Ma odwagę mówić, że w wyniku zamachu smoleńskiego władzę w Polsce objęli ludzie pod kontrolą Moskwy. Jest naszą Joanną d’Arc" – brzmiał fragment laudacji, którą wygłoszono dwa lata temu, gdy Ewa Stankiewicz odbierała nagrodę za "wysokie etyczno-moralne standardy". Wtedy była na fali, przewodziła smoleńskiemu ludowi. Dziś jej wywody o Smoleńsku tracą popularność, więc brnie w inne teorie spiskowe. "Zabłądziła we mgle" – przyznają nawet jej koledzy.
Chyba tylko najbardziej zagorzali wyznawcy teorii o zamachu z 10 kwietnia 2010 roku będą bronić ostatniej wypowiedzi Stankiewicz o tym, że za wybuch gazu w kamienicy w Katowicach, w którym zginęła rodzina dziennikarzy, może odpowiadać "agentura rosyjska". Dziennikarka co prawda zaznaczyła, że "tylko pyta" i dzieli się "wyłącznie swoją intuicją", ale w zgodnej opinii komentatorów po prostu się skompromitowała.
Chciałabym mieć przekonanie, że Andrzej T. - więzień korzystający z pomocy księdza - nie był narzędziem odpowiednich służb. Bo przecież można powiedzieć, że mamy już tradycję bicia i mordowania niepokornych księży w ludowej Polsce.
Nie zawsze taka była. Jeszcze kilka lat temu, na długo przed Smoleńskiem, o Stankiewicz mówiło się niemal wyłącznie jako o utalentowanej i ambitnej reżyserce. Jej filmy nagradzano - w 2003 roku jej obraz "Dotknij mnie" zdobył nagrodę główną w Konkursie Polskiego Filmu Niezależnego na festiwalu w Gdyni. Nic nie wskazywało na to, że miałaby się zaangażować politycznie czy ideologicznie.
Czy wypowiedź o katastrofie w Katowicach przerwie błyskotliwą karierę Stankiewicz w "drugim obiegu"? Na to pytanie trudno odpowiedzieć, bo jej współpracownicy raczej niechętnie odnoszą się do hipotezy o "ruskiej agenturze". Komentarza odmówił Tomasz Terlikowski, redaktor naczelny TV Republika (Stankiewicz pełni tam funkcję dyrektora artystycznego). Redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz nie odebrał telefonu.
