Bush i Clinton - dwie rodziny rządzą USA od dwudziestu lat. Jedna z nich niedługo znów wróci do władzy?
Bush i Clinton - dwie rodziny rządzą USA od dwudziestu lat. Jedna z nich niedługo znów wróci do władzy? Fot. natemat.pl

Z jednej strony Hillary Clinton, z drugiej John Ellis "Jeb" Bush. Była pierwsza dama USA zmierzy się w wyborach prezydenckich z człowiekiem, którego najpierw ojciec, a potem brat pełnili urząd prezydenta USA. Te dwie rodziny, z przerwą na Baracka Obamę, „rządzą” Stanami od 20 lat. Ale o ich hegemonii nie może być mowy.

REKLAMA
Wielki ród Bushów
Gdy w 1952 roku Prescott Bush, ojciec George'a W. seniora, zostawał senatorem w Connecticut, zapewne nie podejrzewał, że jego ród zajdzie tak wysoko w hierarchii amerykańskiej władzy i utrzyma się w niej tak długo.
Losy całej rodziny mogły potoczyć się zupełnie inaczej, bo George W. Bush senior jako naftowy potentat dorobił się milionów jeszcze przed 40-tką, ale to mu nie wystarczyło. Miał podobną ambicję, co ojciec – zostać senatorem. GWB senior dał się namówić na kandydowanie w 1970 roku Richardowi Nixonowi – i poniósł wtedy dotkliwą porażkę. Zamiast rzucić politykę w kąt, jak zrobiłoby wiele osób na jego miejscu, postanowił walczyć. Na pocieszenie dostał stanowisko ambasadora USA przy ONZ i z propozycji skorzystał.
Już 11 lat później wylądował na fotelu wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Na dostanie się na sam szczyt i zamieszkanie w Białym Domu nestor rodu Bushów potrzebował raptem kolejnych 8 lat.
logo
Klan Bushów w Białym Domu w pełnej okazałości Fot. White House
Od syna senatora do prezydenta
Z piątki dzieci aż dwóch synów poszło w ślady ojca i zostało politykami: młodszy George junior i starszy od niego John Ellis. Ten pierwszy, choć uważał się za przeciętnego studenta, a na studiach miał problemy z alkoholem, zarobił fortunę – podobnie jak ojciec, choć nie tak imponującą – na pracy w spółkach naftowych. Swoich sił w polityce próbował dość szybko, bo w 1978 roku, zaraz po ukończeniu MBA na Harvardzie, ale od razu poniósł porażkę – w wyborach do Izby Reprezentantów. Sukces odniósł dopiero 17 lat później, gdy udało mu się zostać gubernatorem Teksasu. Od razu po tym wskoczył na fotel prezydenta, i to dwa razy: w 2000 r. i 2004 r.
W czasie, gdy George kończył studia i zabierał się za politykę, młodszy o 5 lat John Ellis przenosił się z kojarzonego z Bushami Teksasu... na Florydę. Tam otworzył „tylko” agencję nieruchomości, co przy spółkach naftowych wydaje się błahe, ale za to w polityce John zaczął odnosić sukcesy wcześniej niż jego starszy brat.
Najpierw jako szef Partii Republikańskiej w swoim hrabstwie w 1984 roku, później jako przewodniczący stanowego Ministerstwa Handlu z nominacji ówczesnego gubernatora Florydy Roberta Martineza. Dzięki temu szybko zdobył popularność w regionie i w 1994 roku próbował swoich sił, bezskutecznie, w wyborach na gubernatora.
logo
John "Jeb" Ellis Bush, młodszy brat George'a W. Busha jr Fot. Gage Skidmore / CC BY-SA 3.0
Na zdobycie tego fotela czekał kolejne 4 lata – teoretycznie więc został gubernatorem później niż George, ale jednocześnie miał nieco większe doświadczenie polityczne. W 2002 wybrano go ponownie i do dzisiaj jest to spory sukces – jako pierwszy i ostatni Republikanin w historii John Bush pełnił funkcję gubernatora Florydy pełne dwie kadencje. Po tym jednak nie pełnił więcej funkcji politycznych. Dopiero w ostatnich latach pojawiły się plotki, jakoby miał zostać kandydatem w wyborach prezydenckich – a teraz plotki te nabierają zupełnie realnego kształtu.
Ród vs para
Z drugiej strony politycznego ringu jest Hillary Clinton, żona byłego prezydenta Billa Clintona. W ich przypadku nie ma mowy o „rodzie”, jest co najwyżej para lub w przyszłości rodzina. Sam Clinton wywodził się z biednego środowiska, nie miał takiego startowego kapitału jak George i John Bushowie. Hillary, choć w dzieciństwie na brak pieniędzy nie narzekała – jej ojciec prowadził z powodzeniem małe przedsiębiorstwo – rodzinnie związków z polityką też nie miała.
Mimo to udało jej się dostać na prestiżowy uniwersytet Yale, gdzie poznała przyszłego męża, który studiował tam prawo. Po ukończeniu studiów Bill, urodzony w tym samym okresie co John i George jr Bushowie, został skromnym profesorem prawa, ale i tak próbował swoich sił w polityce. Na sukces pracował bardzo ciężko i już w 1978 roku został gubernatorem Arkansas i z małą przerwą utrzymał się na tym stanowisku aż do 1992 roku.
logo
Hillary Clinton w 1996 roku. Wówczas nie była zbyt popularna, a jej fryzura często była obiektem kpin Fot. S. Kamiński / Agencja Gazeta
To dało mu podstawę do startu w wyborach prezydenckich, w których dwukrotnie Clinton tryumfował. Zawsze towarzyszyła mu wiernie żona, o której najgłośniej zrobiło się przy okazji afery z Moniką Lewiński. Aż do tamtej pory niezbyt lubiana, po zdradzie zmieniła się nie do poznania. Zaczęła budzić współczucie, sympatię i błyskawicznie wykorzystała ten kapitał: niemal od razu po zakończeniu kadencji męża w 2001 roku została senatorem.
Żona prezydenta chce zostać prezydentem
Powrót do Białego Domu, ale już jako prezydent, Hillary planowała już w 2007 roku. Miała pieniądze, doświadczenie, uznanie wyborców. Do tego była kobietą, co w przypadku Demokratów działało na jej korzyść. Wówczas jednak na jej drodze stanął obecny prezydent USA Barack Obama, który podbił serca obywateli w niespotykanym dotąd tempie i... był reprezentantem gigantycznej i szybko rosnącej grupy społecznej: mniejszości rasowych. Partia szybko wówczas zdecydowała kto ma kandydować – jak widać z perspektywy czasu, słusznie, przynajmniej w kwestii wyniki wyborów.
Hillary, choć w partyjnych prawyborach walczyła do ostatniej kropli krwi, po przegranej nie mściła się na Obamie ani tym bardziej partii. Pokornie przyjęła stanowisko sekretarza stanu i nie próbowała przyćmić prezydenta, jeszcze jej niedawnego konkurenta. W 2010 roku wyprzedziła Obamę w sondażach poparcia, wbijając się na ponad 60 proc. poziom poparcia, a od tamtej pory wynik tylko poprawiła. W styczniu 2014 chciało na nią głosować aż 74 proc. Amerykanów.
Bardzo prawdopodobne więc jest, że Hillary powtórzy sukces swojego męża Billa.
Rodzinny kapitał wyborczy
W 2016 roku, jeśli wszystko wydarzy się zgodnie z przewidywaniami, naprzeciwko siebie w wyborach prezydenckich stanie więc nie tylko dwóch kandydatów, ale dwie rodziny, jedne z najbardziej wpływowych w polityce USA. Z jednej strony prawdziwa dynastia, z wielopokoleniową tradycją polityczną, z drugiej – „tylko” para, ale za to niesamowicie wpływowa.
Na ile „rodzinna tradycja” może wpłynąć na ewentualny wynik wyborów? Jak wyjaśnia amerykanista prof. Bohdan Szklarski, może to działać w dwojaki sposób, na dwóch poziomach: prawyborów w partii i w powszechnych wyborach. W tym pierwszym przypadku kapitał rodziny nie działa przeciwko kandydatowi, a czasem na jego korzyść. W prawyborach bowiem liczą się, między innymi, wpływy kandydata – jego kontakty z ludźmi posiadającymi pieniądze, znaczącymi w swoich społecznościach.
logo
Prof. Bohdan Szklarski Fot. YouTube/TVP Info http://youtu.be/X7AUDNztitE
– Oczywiście to pomaga, jeśli takie kontakty ma małżonek, ojciec czy brat kandydata – dodaje prof. Szklarski. Jak zaznacza, w wyborach powszechnych wpływ ten trudno ocenić, bo zarówno Bushowie jak i Clintonowie na przestrzeni lat stworzyli sobie spore grupy poparcia, ale i duże grupy elektoratu negatywnego, z którymi będą musieli się zmierzyć. Patrząc jednak na słupki poparcia trudno nie odnieść wrażenia, że to John Bush byłby bardziej obarczony sławą brata, niż Hillary Clinton słynną „aferą rozporkową”.
Jednocześnie w świadomości Amerykanów za Bushem może przejawiać pewien „rodzinny” argument. – On zawsze miał reputację tego mądrzejszego z braci. Amerykanie więc, skoro mieli już George'a, a a John był uważany za lepszego, to nie będą widzieć w tym przeszkody – wyjaśnia prof. Szklarski.
Czarny koń może wysadzić wpływowe rodziny
Obywatelom USA popierającym i Clintona i Busha można się jednak dziwić – w Stanach bowiem ostatnie sondaże pokazywały, że obywatele są zmęczeni władzą i tym, że kolejni kandydaci i politycy to zawsze te same osoby, te same nazwiska i twarze.
Jakim cudem więc największe szanse na wprowadzenie się do Białego Domu ma dwójka politycznych weteranów? Jak tłumaczy prof. Szklarski, w Ameryce na to stanowisko zawsze wybiera się sprawdzonego człowieka.
Prof. Bohdan Szklarski

Burmistrzem miasta może zostać ktoś z zewnątrz, taki jak np. Bloomberg. Ale prezydentem nie zostanie, chociaż zdobył nawet 19 proc. głosów. Głową państwa może zostać tylko sprawdzony polityk, musi najpierw dowieść, że zasługuje na Biały Dom, najczęściej jest to gubernator albo senator. Ich niskie notowania w żaden sposób nie przekładają się na wybory prezydenckie. Jestem w 100 proc. przekonany, że kolejnym prezydentem USA także będzie senator lub gubernator.

Jednocześnie prof. Szklarski przypomina, że do wyborów zostały jeszcze niecałe 2 lata, zaś do prawyborów – rok. W tym czasie może pojawić się czarny koń w partii, osoba dotąd szerzej nieznana, i to ona zostanie oficjalnym kandydatem na prezydenta.
Prof. Bohdan Szklarski

Podobnie było z Obamą, którego poparcie przed wyborami plasowało się na poziomie 3 proc. Był tylko jednym z wielu wymienianych. To kolejna cecha amerykańskiej polityki: partyjna nominacja wędruje w ręce tego, kto jest najsprawniejszy w kampanii, kto będzie miał głos zbieżny z oczekiwaniami ludzi. Dzisiaj nie wiemy, kto to będzie i przypomina to wróżenie z fusów.

Te mechanizmy powodują, że chociaż w tej chwili wydawać się może, że o fotel prezydencki w USA powalczą dwie polityczne rodziny, to nie może być mowy o hegemonii czy dominacji tych rodzin w polityce.
- W USA nie ma się co martwić o dynastyczność władzy, dopóki nominacja wewnątrz partii, w prawyborach, jest demokratyczna. Gdyby była ona z nadania elit partyjnych, to w przypadku hegemonii jakiejś frakcji w partii mogłoby dojść do kontynuacji władzy: ojciec, syn. Ale USA to nie grozi, właśnie dzięki otwartemu systemowi nominacji w prawyborach - podkreśla prof. Szklarski.