
Z jednej strony Hillary Clinton, z drugiej John Ellis "Jeb" Bush. Była pierwsza dama USA zmierzy się w wyborach prezydenckich z człowiekiem, którego najpierw ojciec, a potem brat pełnili urząd prezydenta USA. Te dwie rodziny, z przerwą na Baracka Obamę, „rządzą” Stanami od 20 lat. Ale o ich hegemonii nie może być mowy.
Gdy w 1952 roku Prescott Bush, ojciec George'a W. seniora, zostawał senatorem w Connecticut, zapewne nie podejrzewał, że jego ród zajdzie tak wysoko w hierarchii amerykańskiej władzy i utrzyma się w niej tak długo.
Z piątki dzieci aż dwóch synów poszło w ślady ojca i zostało politykami: młodszy George junior i starszy od niego John Ellis. Ten pierwszy, choć uważał się za przeciętnego studenta, a na studiach miał problemy z alkoholem, zarobił fortunę – podobnie jak ojciec, choć nie tak imponującą – na pracy w spółkach naftowych. Swoich sił w polityce próbował dość szybko, bo w 1978 roku, zaraz po ukończeniu MBA na Harvardzie, ale od razu poniósł porażkę – w wyborach do Izby Reprezentantów. Sukces odniósł dopiero 17 lat później, gdy udało mu się zostać gubernatorem Teksasu. Od razu po tym wskoczył na fotel prezydenta, i to dwa razy: w 2000 r. i 2004 r.
Z drugiej strony politycznego ringu jest Hillary Clinton, żona byłego prezydenta Billa Clintona. W ich przypadku nie ma mowy o „rodzie”, jest co najwyżej para lub w przyszłości rodzina. Sam Clinton wywodził się z biednego środowiska, nie miał takiego startowego kapitału jak George i John Bushowie. Hillary, choć w dzieciństwie na brak pieniędzy nie narzekała – jej ojciec prowadził z powodzeniem małe przedsiębiorstwo – rodzinnie związków z polityką też nie miała.
Powrót do Białego Domu, ale już jako prezydent, Hillary planowała już w 2007 roku. Miała pieniądze, doświadczenie, uznanie wyborców. Do tego była kobietą, co w przypadku Demokratów działało na jej korzyść. Wówczas jednak na jej drodze stanął obecny prezydent USA Barack Obama, który podbił serca obywateli w niespotykanym dotąd tempie i... był reprezentantem gigantycznej i szybko rosnącej grupy społecznej: mniejszości rasowych. Partia szybko wówczas zdecydowała kto ma kandydować – jak widać z perspektywy czasu, słusznie, przynajmniej w kwestii wyniki wyborów.
W 2016 roku, jeśli wszystko wydarzy się zgodnie z przewidywaniami, naprzeciwko siebie w wyborach prezydenckich stanie więc nie tylko dwóch kandydatów, ale dwie rodziny, jedne z najbardziej wpływowych w polityce USA. Z jednej strony prawdziwa dynastia, z wielopokoleniową tradycją polityczną, z drugiej – „tylko” para, ale za to niesamowicie wpływowa.
Obywatelom USA popierającym i Clintona i Busha można się jednak dziwić – w Stanach bowiem ostatnie sondaże pokazywały, że obywatele są zmęczeni władzą i tym, że kolejni kandydaci i politycy to zawsze te same osoby, te same nazwiska i twarze.
Jakim cudem więc największe szanse na wprowadzenie się do Białego Domu ma dwójka politycznych weteranów? Jak tłumaczy prof. Szklarski, w Ameryce na to stanowisko zawsze wybiera się sprawdzonego człowieka.
Burmistrzem miasta może zostać ktoś z zewnątrz, taki jak np. Bloomberg. Ale prezydentem nie zostanie, chociaż zdobył nawet 19 proc. głosów. Głową państwa może zostać tylko sprawdzony polityk, musi najpierw dowieść, że zasługuje na Biały Dom, najczęściej jest to gubernator albo senator. Ich niskie notowania w żaden sposób nie przekładają się na wybory prezydenckie. Jestem w 100 proc. przekonany, że kolejnym prezydentem USA także będzie senator lub gubernator.
Podobnie było z Obamą, którego poparcie przed wyborami plasowało się na poziomie 3 proc. Był tylko jednym z wielu wymienianych. To kolejna cecha amerykańskiej polityki: partyjna nominacja wędruje w ręce tego, kto jest najsprawniejszy w kampanii, kto będzie miał głos zbieżny z oczekiwaniami ludzi. Dzisiaj nie wiemy, kto to będzie i przypomina to wróżenie z fusów.
