
Kiedy równo dwa lata temu ogłaszano powstanie Ruchu Narodowego, liderzy nowego ugrupowania mówili, że kilka procent poparcia to minimum, a pewnie będzie więcej. Z tych zapowiedzi nie zostało nic – okrągłe sondażowe zero. Gdyby Roman Dmowski zmartwychwstał, prawdopodobnie umarłby ze śmiechu.
Plan był prosty. Zgarnąć pod swoje skrzydła całą radykalną prawicę – od Młodzieży Wszechpolskiej i ONR, po elektorat LPR, a nawet Solidarnych 2010 – przekształcić się w partię i w 2015 roku wejść do polskiego parlamentu. A w dłuższej perspektywie "obalić republikę Okrągłego Stołu".
Dziś o tych nadziejach i obietnicach ani on, ani inni liderzy RN, chyba nie chcą pamiętać. Kolejny Marsz Niepodległości przypomina, jak bardzo się pomylili i jak wielką porażkę ponieśli. Barierą nie do przekroczenia jest dla nich poziom 2 proc. poparcia (taki wynik zanotowali w październiku), a kilka miesięcy w jednym z badań zdarzyło się, że nikt ich nie poparł.
Mamy dwóch bardzo silnych rywali na scenie. Jeden to PiS, który jest partią bardziej katolicką i patriotyczną niż zwykła partia centroprawicy w dzisiejszej Europie. PiS wypycha narodowców z należnego im miejsca. Z drugiej strony jest Janusz Korwin-Mikke, którego poparła znaczna część młodego pokolenia i który został nagrodzony za ćwierć wieku nieprzerwanej aktywności politycznej.
Tryumfować mogą ci, którzy twierdzili, że "siła" narodowców od początku była skazana na porażkę. Jak przekonuje naTemat dr Wojciech Jabłoński, specjalista ds. marketingu politycznego, RN powstał bez jakiejkolwiek strategii, która pozwalałaby mieć nadzieję na sukces. – Najpierw trzeba wybadać ewentualne grupy docelowe, a dopiero potem tworzyć partię. Ruch Narodowy najpierw strzelił, a później rysował tarczę. Dziś znany jest głównie z kontrowersyjnych i gwałtownych metod politycznych. To taka radosna działalność – ocenia.
