
Londyn 2011, Ateny 2012, Bruksela 2014, Stambuł 2013 – takie przypadki krwawych burd i zamieszek krążą po internecie, na dowód tezy, że wydarzenia z 11 listopada to nic nadzwyczajnego. Fałszywej tezy, bo w żadnym z wymienionych miejsc tłem rozruchów nie było narodowe święto. Polska jest ewenementem.
REKLAMA
W Europie się biją
Z jednej strony głosy, że Polacy powinni się wstydzić, bo u nas Marsz Niepodległości zawsze przyciąga chuliganów, a inni potrafią świętować. Z drugiej, że tak naprawdę nie ma co się przejmować, bo wiele europejskich stolic widziało podobne sceny. Taka dyskusja trwa po obchodach Święta Niepodległości, które - jak w poprzednich latach - nieco popsuli zadymiarze.
Z jednej strony głosy, że Polacy powinni się wstydzić, bo u nas Marsz Niepodległości zawsze przyciąga chuliganów, a inni potrafią świętować. Z drugiej, że tak naprawdę nie ma co się przejmować, bo wiele europejskich stolic widziało podobne sceny. Taka dyskusja trwa po obchodach Święta Niepodległości, które - jak w poprzednich latach - nieco popsuli zadymiarze.
Argumentem tych drugich jest wyliczanka miast, gdzie w ostatnich latach dochodziło do podobnych, a czasem gorszych w skutkach burd. I tak na przykład w 2011 roku Wielkiej Brytanii przydarzyła się seria rozruchów i grabieży, w wyniku których kilka osób zginęło, kilkadziesiąt zostało rannych, a prawie 3,5 tys. trafiło za kratki. W 2012 roku w ogniu stanęły Ateny - młodzi rzucali w policjantów koktajlami Mołotowa i kamieniami, użyto gazu łzawiącego.
W 2013 roku w Rzymie z funkcjonariuszami starli się uczestnicy lewicowych manifestacji, którzy atakowali policyjne kordony, rzucając w nie butelkami i jajkami. Z kolei ledwie kilka dni temu w burdę zamienił się pokojowy marsz ulicami Brukseli. Demonstranci starli się z policją, przewracali zaparkowane samochody. Komentatorzy szczególnie chętnie odwołują się do tego ostatniego przypadku.
Rozróba rozróbie nierówna
Tylko czy słusznie? Faktem jest, że gdzie indziej też biją, niszczą i podpalają, ale nie o to przecież chodzi. U nas zamieszki już tradycyjnie towarzyszą jednej imprezie, którą w dniu narodowego święta organizują środowiska narodowe. Mają zupełnie inne podłoże, a poza tym, w przeciwieństwie do wydarzeń z innych państw, trudno powiedzieć, by były konsekwencją jakiegoś „protestu”
Tylko czy słusznie? Faktem jest, że gdzie indziej też biją, niszczą i podpalają, ale nie o to przecież chodzi. U nas zamieszki już tradycyjnie towarzyszą jednej imprezie, którą w dniu narodowego święta organizują środowiska narodowe. Mają zupełnie inne podłoże, a poza tym, w przeciwieństwie do wydarzeń z innych państw, trudno powiedzieć, by były konsekwencją jakiegoś „protestu”
Wielka Brytania – śmierć czarnoskórego mieszkańca Londynu zastrzelonego podczas próby zatrzymania. Ateny – rządowy plan oszczędnościowy. Bruksela - również oszczędności, a także m.in. podniesienie wieku emerytalnego.
Jedyne, co łączy te zamieszki z polskimi, to przemoc. I nikt nie twierdzi, że tak nie jest. Sęk w tym, że trudno znaleźć w regionie podobne wydarzenia, gdzie w tle byłoby narodowe święto. Jeśli są rozróby, to np. w związku z budzącymi społeczne emocje decyzjami. U nas chuligańska przemoc stała się znakiem rozpoznawczym dnia, w którym upamiętniamy odzyskanie niepodległości (dla co trzeciego Polaka to najważniejsze święto III RP). W największym stopniu w Warszawie, bo na niej skupia się cała uwaga, marginalnie w innych miastach (w Krakowie zatrzymano wczoraj sześć osób, a we Wrocławiu osiem).
Kiedy święto staje się pretekstem
Są jednak takie miejsca w Europie, gdzie święta, jak np. Dzień Niepodległości, stają się paliwem, który wznieca ogień społecznego niezadowolenia. W tym sensie są przynajmniej trochę podobne do Warszawy z 11 listopada.
Są jednak takie miejsca w Europie, gdzie święta, jak np. Dzień Niepodległości, stają się paliwem, który wznieca ogień społecznego niezadowolenia. W tym sensie są przynajmniej trochę podobne do Warszawy z 11 listopada.
Dobrym przykładem jest Dzień Bastylii, francuskie święto narodowe obchodzone 14 lipca, które właściwie co roku staje się pretekstem do manifestacji i protestów. Najgłośniej było o zamieszkach z 2009 roku, kiedy młodzi ludzie, w większości imigranci, podpalili ponad 300 samochodów i ranili 13 funkcjonariuszy policji. Przyczyną tej agresji była śmierć młodego chłopaka na komisariacie.
Święto mobilizuje też Węgrów. Oni na ulice wychodzą 15 marca, w dzień upamiętniający wybuch rewolucji lat 1848 i 1849. W ostatnich latach jest spokojnie, ale przed objęciem władzy przez Orbana co roku demonstracje przeradzały się w manifestacje wrogości wobec rządzących socjalistów. Na przykład w 2007 roku w marszu w Budapeszcie uczestniczyło ponad 100 tys. osób – skończyło się zamieszkami wywołanymi przez skrajną prawicę, policja użyła armatek wodnych i gazu.
Optymistyczne dla Polski jest to, że krwawych rozruchów z reformami czy problemami społecznymi nie doświadczamy. Przykre, że akurat to, co dzieje się w Święto Niepodległości, tak bardzo nas w Europie wyróżnia.
