Zdzisław Zwoliński na tle placu zabaw, który wybudował wspólnie z rodzicami.
Zdzisław Zwoliński na tle placu zabaw, który wybudował wspólnie z rodzicami. Fot. Teodor Klepczyński

Wśród lokalnej społeczności często jest siła i chęć działania. Lider musi być soczewką, która skupia tę energię i potrafi ją właściwie wykorzystać.

REKLAMA
Bohatera tekstu szukałam przez Świętokrzyskie Biuro Rozwoju Regionalnego. Kierowniczka rozesłała mój mail do lokalnych działaczy. Pan Zdzisław Zwoliński zadzwonił jako pierwszy i… jedyny. Pięć minut rozmowy, szybkie umówienie się na konkretny termin, bardzo szczegółowa instrukcja jak dotrzeć na miejsce (za rondem w prawo w kierunku Kielc, przez most, obok jedynej działającej w rejonie kuźni). Jedziemy.
Nowa Słupia, brama Gór Świętokrzyskich, które majaczą spoza mgły na horyzoncie. Zimno jak diabli. Stajemy na kawę. W kawiarni Nina wszystko wygląda tak, jakby zmiany ustrojowe ominęły ten lokal. Do PRL-u nawiązuje wszystko od menu, przez wystrój, właścicielkę lokalu i jednego klienta, który o 10 rano z namaszczeniem pije piwo.
Jednak już po drugiej stronie rynku dumnie prezentuje się nowoczesna piekarnia. Za wielką szybą kuszą wieloziarniste chleby, tarty ze szpinakiem oraz quiche lorraine. My jedziemy kilkanaście kilometrów dalej, do Łagowa, miejscowości położonej w centrum gminy, obszaru działania naszego lidera.
logo
Szkoła w Łagowie została wybudowana w 2007 roku. Fot. Teodor Klepczyński
Z panem Zdzisławem umówiliśmy się pod szkołą, jest tam nauczycielem. Nie potrzebujemy wskazówek, budynek widać już z drogi. Gigantyczny kompleks z własnym orlikiem i placem zabaw. Pan Zdzisław zadbał, żeby przyrządy były wyjątkowe. Jest tu np. jedyna w okolicy zjeżdzalnia tzw. tyrolka.
– Marzył mi się jeszcze kocioł czarownicy, ze względu na lokalne wierzenia, ale jeszcze nie udało się –tłumaczy.
To jednak jedna z niewielu rzeczy, która się panu Zdzisławowi nie udała. Szkoła powstała m.in. dzięki jego staraniom w 2007 roku. Niejedna warszawska podstawówka mogłaby łagowskiej placówce pozazdrościć.
Radość i płacz
Pan Zdzisław ma plan. Bez pytania ładuje nas do swojego samochodu i wiezie na objazdówkę po miejscowości. Każdy mieszkaniec, którego mijamy macha do naszego samochodu, pan Zdzisław odmachuje. Mieszka w Łagowie od dzieciństwa. Dlaczego nie zdecydował się wyjechać do większego miasta? Bo mu tu dobrze i lubi działać. A angażuje się w działania prospołeczne od kiedy pamięta.

Jak ja sobie przypomnę początek mojej pracy w samorządzie, to poza Ochotniczą Strażą Pożarną nie było żadnego stowarzyszenia. My, przy okazji opracowania lokalnej strategii rozwoju, założyliśmy pierwsze stowarzyszenie, którego prezesem jestem do dzisiaj. To było w 1999 i skupialiśmy wówczas wszystkie aktywne osoby, od kół gospodyń wiejskich, poprzez sportowców i właścicieli gospodarstw agroturystycznych. Dopiero potem zaczęły powstawać stowarzyszenia tematyczne.

Jedziemy przez rondo w centrum miejscowości. – Zanim zbudowano to rondo, było tu bardzo niebezpieczne skrzyżowanie. Od dawna apelowaliśmy do władz, by wprowadzili tu chociaż sygnalizację świetlną, zrobiono cokolwiek dopiero, gdy zginęły tu dzieci ambasadora RP w Kanadzie. Samochód osobowy został całkowicie zmiażdżony przez TIR-a – wspomina pan Zdzisław.
A Tiry w Łagowie są sporym problemem.
– Jesteśmy niewielką miejscowością typowo rolniczą. Mieszka nas tu około 2 tys. Od dziesięciu lat w naszej okolicy lawinowo powstają kopalnie – opowiada Zwoliński. Mieszkańcy podobno cieszą się i płaczą. Bo kopalnie przełożyły się na wzrost zatrudnienia mieszkańców Łagowa, ale równocześnie bardzo nasilił się ruch TIR-ów, które nie tylko rozjeżdżają drogi, lecz także potrafią być dla mieszkańców śmiertelnym niebezpieczeństwem.
logo
Kopalnie w Łagowie zniszczyły krajobraz. Fot. Teodor Klepczyński
W okolicach Łagowa wydobywa się dolomit i bardzo twardy wapień. Jest to kruszywo służące do budowy dróg. A że tych buduje się w Polsce ostatnimi czasy bardzo dużo, to i proces wydobycia jest tu bardzo intensywny. – Proszę sobie wyobrazić, że na dobę kopalnie opuszcza około 3 tys. pojazdów – zaznacza pan Zdzisław.
Mieszkańcy doceniają to, że dzięki kopalniom okolica ma szansę na rozwój, a ludzie na pracę. Jednak pojawienie się dużych firm wpłynęło na zatrudnienie nie do końca tak, jakby sobie tego mieszkańcy życzyli.
– Kopalnie niszczą nasz krajobraz, tiry rozjeżdżają drogi, a my nie możemy przyciągnąć tylu turystów, ilu byśmy chcieli – tłumaczy pan Zdzisław.
– Dlatego uważam, że te firmy powinny zatrudniać przede wszystkim ludzi z naszej gminy oraz wspierać finansowo nasze działania – dodaje.
Trzeba jednak zaznaczyć, że niektóre kopalnie pomagają w organizacji różnych przedsięwzięć. – Z niektórymi pracuje nam się bardzo dobrze, z innymi gorzej. W sumie kopalni jest siedem. Z największą mieliśmy znakomite stosunki, kiedy sami je układaliśmy. Teraz stosunki z kopalniami przez działania władzy są gorsze, a poszkodowana zostaje lokalna społeczność – opowiada pan Zdzisław.
Jak się organizują?
Mimo wsparcia od kopalni oraz prywatnych przedsiębiorstw na terenie gminy, pan Zdzisław zaznacza, że jego podstawowe narzędzia pracy jako lidera to dwa słowa: proszę i dziękuję.– Społeczność jest bardzo podzielona. Mieszka tu sporo fajnych osób, które aktywizują się i działają.
Pierwszym krokiem do stworzenia organizacji aktywizującej społeczność było rozpoczęcie współpracy z Fundacją Rozwoju Demokracji Lokalnej w Kielcach. Ludzie z Łagowa poszli na szkolenia. Uczyli się jak organizować imprezy, zebrać grupę, zorganizować jej działania. Aktywiści z Łagowa korzystali z grantów, uczyli się liderowania, zgłębiali tajniki aspektów prawnych.
Jako stowarzyszenie robią wiele imprez w ciągu roku. Pan Zdzisław z dumą wypowiada się o konkursie szopek noworocznych, Mikołaju, Dniu Dziecka. – To są inicjatywy, które potrafią zjednoczyć ludzi. Rodzice budują dzieciom plac zabaw z zakupionych materiałów, robią miasteczko linowe, są zajęcia i ogniska, na które kiełbaski dostajemy od właściciela lokalnego zakładu mięsnego Józefa Kamińskiego – opowiada.
Bardzo dużą pomocą jest Ochotnicza Straż Pożarna, to ważna instytucja. Pomagają i zabezpieczają biegi, ostatnio na 11 listopada. Pan Zdzisław sam zapisał się do OSP, zaledwie wczoraj był na interwencji.
W gminie robili też razem ligę piłki nożnej. Było sporo napięcia i rywalizacji. To był samograj, stowarzyszenie tylko zapewniało nagrody, a ludzie organizowali się już sami. Kosili trawę, wytyczali linie, załatwiali sobie stroje.
W tym roku postanowili też zrobić kwestę na lokalnym cmentarzu. Jest tam sporo pięknych starych nagrobków, które należałoby odrestaurować. Na razie udało im się z jednym. – Poszliśmy do kamieniarza i poprosiliśmy o wycenę. Zaśpiewał nam ponad 8 tys. złotych, a my mieliśmy tylko 3,4 tys. Wspólnie ustaliliśmy, że w takim razie on nam tylko przygotuje płyty, a my już je zamontujemy. Zmieściliśmy się w budżecie – cieszy się pan Zdzisław.
Nowe spojrzenie na agroturystykę
Z kamienia, który jest wydobywany w Łagowie robiono wapno. W okolicy zachowało się jeszcze kilka starych wapienników. Poza tym okolica ta jest znana ze znakomitej jakości glin. Kiedyś był tu prężny ośrodek garncarski. Z czasem zaczęło wszystko umierać, rudy ołowiu były trudne do wydobycia i nikt się nie zdecydował, żeby to robić metodą przemysłową. Praca ludzka przestała być opłacalna.
Panu Zdzisławowi marzy się stworzenie nowej agroturystycznej oferty, która będzie kusiła turystów właśnie m.in. lokalnymi glinami. – Wśród mieszkańców cały czas pokutuje przeświadczenie, że agroturystyka to dom z sypialniami. W ten sposób nigdzie nie zajdziemy – tłumaczy. – Trzeba dać ludziom coś ekstra.
Okolica ma naprawdę wiele do zaoferowania, piękne górskie szlaki (z Łagowa jeden prowadzi na Święty Krzyż), wąwozy i jaskinie. Do jednej z nich wdrapujemy się z panem Zdzisławem. To jaskinia Madeja, lokalnego zbója, który łupił kupców, przemierzających szlaki, a skarby chował w swojej kryjówce. Ponoć pod koniec życia się nawrócił i wszystkie swoje bogactwa rozdał biednym.
logo
Jaskinia zbója Madeja. Fot. Teodor Klepczyński
Wobec tego miejsca były huczne plany. – Był przygotowany wielki projekt za 4,5 mln zł. Złożyliśmy go nawet i miał zagwarantowane dofinansowanie. Do jaskini miały być doprowadzone media, postawione stanowiska dla handlarzy, amfiteatr, chciano przenieść tu jeden z zachowanych wapienników. Niestety, przy zmianie władzy ten projekt gdzieś przepadł.
Walka o swoje
Ponieważ w okolicy jest wielu rolników lokalny targ w Woli Łagowskiej jest bardzo ważnym miejscem dla wszystkich mieszkańców. Ale handluje się tu nie tylko płodami rolnymi. – Mamy w okolicy wieś, która się specjalizuje w handlu bydłem. Skupują zwierzęta z całej Polski, a wożą do zakładów w Tarnowie. Mieszkańcy Piotrowa bardzo dobrze z tego żyją, jest tam dużo małych firm, które świetnie funkcjonują, zatrudniają po trzy, cztery osoby i to jest taka nasza mała potęga – opowiada lider.
Rolnicy mają tu swój targ. Przywilej targowania nadała miastu Elżbieta Łokietkówna, więc Łagowianie mogą się targować od początku założenia miasta. Kiedyś handel odbywał się na rynku, dziś targowiska znajdują się w Woli Łagowskiej i na ulicy Iwańskiej. Niebawem będą wodnawiane ze środków unijnych. Wciąż sporo ludzi przyjeżdża na targ, żeby zrobić zakupy lub sprzedać własne produkty.
– Nie wiem jak długo to jeszcze potrwa. Od trzech lat walczymy z wielkopowierzchniowym marketem, który miał tu powstać. Udało nam się wygrać walkę, ale chodziło o lokalizację blisko rynku. Inwestor podobno znalazł działkę gdzieś w okolicy i tak czy siak będzie się budował. Zobaczymy, czy ludzie skuszeni promocjami w supermarkecie nadal będą chętni, by kupować lokalnie. A to przecież bardzo ważne.
Więcej kultury!
Jeśli chodzi transport, to nie jest tu najgorzej. Miejscowość jest położona w samym centrum gminy, na przecięciu wszystkich szlaków. Dwa miesiące temu ruszyła linia transportu lokalnego, otworzono też linię MPK do Kielc. Mieszkańcy mają jednak inny problem, brak domu kultury.
– W samym Łagowie jest grupa ludzi starszych, dla których nie ma oferty. Od dwóch lat władza stara się bezskutecznie uruchomić dom kultury – opowiada pan Zdzisław. W ciągu ostatnich trzech lat za to bardzo zaktywizowały się kobiety w kołach gospodyń wiejskich. Panie proponują zabawy i imprezy w poszczególnych sołectwach. Dostały z samorządu stroje i doposażenie. Jednak to wciąż nie jest działanie wspólnotowe. Kiedy w gminie organizowane są dożynki, jedna wieś konkuruje z drugą. Kto ma lepsze stoisko, ładniejsze stroje, smaczniejsze ciasta.
– A to nie do końca o to chodzi – tłumaczy lider. W samym Łagowie takiego koła nie ma. – Zamiast domu kultury mamy wyremontowane pomieszczenie w remizie strażackiej, ale w tej chwili trwa konflikt o własność remizy. Obecna wójt wypowiedziała siedzibę straży, która nie chce oddać kluczy, a jak nie odda kluczy, to nie można tam wejść. To trwa od ponad roku i nie można tego przeskoczyć – zżyma się pan Zdzisław.
Działacze często odbijają się od ściany, zwykle są to konflikty personalne. - Nie chodzi o zdrowy rozsądek czy ideę – opowiada.
Ostatnio Zdzisław Zwoliński poczuł jakby ktoś mu wbił nóż w plecy. Obecna wójt postanowiła nagrodzić pieniężnie ludzi, którzy zaangażowali się w zbiórkę żywności dla biednych. – Przecież to jest zaprzeczenie jakiejkolwiek idei wolontariatu. Działania na rzecz innych. Niektórzy dostali nawet po 3 tys. złotych. I jak ja mam teraz namówić kogokolwiek do działania, jeśli jedyne, co mogę zaoferować to grzeczne podziękowanie?
Odpływ młodych
Społeczność potrzebuje wykształconej młodzieży, która wspomogłaby działania aktywistów. Wieś w ogóle potrzebuje młodych. Z tego powodu otwarto w Łagowie szkołę zawodową, stworzono też fundusz stypendialny dla najzdolniejszych licealistów.
– Mamy fundusz stypendialny. W województwie Świętokrzyskim jest raptem sześć miejsc, gdzie są takie fundusze. Zwykle funkcjonują one w dużo większych miastach, u nas jednak udaje się to zrobić. Na wsparcie dla młodych zbieramy od osób prywatnych i przedsiębiorstw.
Samorząd nas nie wspiera a wręcz zrobił konkurencje fundując swoje stypendia.
Sporym problemem jest też zjawisko eurosieroctwa. – Wiele małżeństw wyjechało stąd do pracy za granicę. Jako nauczyciel czasami nie mam z kim porozmawiać w sprawie dziecka, bo zostało tylko ze schorowaną babcią, która nie ma siły przyjść do szkoły.
Aktywiści dbają nie tylko o starszych, ale i o najmłodszych. Pani Jola założyła w Łagowie publiczne przedszkole. Jest też strażaczką, prowadzi Młodzieżową Drużynę Pożarniczą.
– To są dzieciaki z podstawówki, z którymi organizuję różne rzeczy. Wyjazdy, spotkania, ogniska. Teraz zrobiliśmy im szkolenie z pierwszej pomocy. Pomysł się wziął stąd, żeby odciągnąć dzieci od komputera. Bo to jest problem także na wsi. Dzieciaki trzeba kusić czymś szczególnym. W zeszłym roku przez całe wakacje jeździliśmy na basen. Weszliśmy w układ też z kolegą Zdzicha, ratownikiem i wyjeżdżaliśmy nad zalew – opowiada pani Jola.
logo
Pani Jola prowadzi przedszkole i Młodzieżową Straż Pożarną. Fot. Teodor Klepczyński
Dodaje też, że niestety rzadko ich praca jest w jakikolwiek sposób doceniana. – My poświęcamy swój własny czas. Nikt nam za to nie płaci. Niestety, ludzie uważają, że jeśli ktoś działa, to musi mieć z tego zysk. I to jest potężny problem, bo dopóki ktoś nie zrozumie, że my robimy coś naprawdę za darmo, dopóty sam nie będzie chciał tego zrobić.
– W organizowanym przez stowarzyszenie Mikołaju biorą udział wszystkie dzieci z gminy, ale nikt się nie zastanowił, kto to zrobił, skąd wzięły się pieniądze na te paczki. Zawsze chcemy też jakoś te dzieciaki zainteresować. W tym roku było siedem szatni, a każdą z nich udekorowaliśmy jak inną bajkę. Dzieci w każdym pomieszczeniu musiały coś zrobić. Bo my jesteśmy złośliwi pod tym względem. To nie jest tak, że dostaje się paczkę, trzeba na nią zapracować.
Co jest największym problemem lokalnej społeczności? Zdaniem pani Joli, fakt, że niewielu osobom chce się wyjść z domu. Szukają człowieka, do którego mogą się zgłosić ze swoim pomysłem, niech ona wszystko zorganizuje. I oczywiście, to jest zadanie lidera. Tylko że, jak już załatwi sprawę, to ludzie są święcie przekonani, że dostał za to pieniądze.

Gminy mają możliwości, żeby pewne rzeczy zrobić. Tylko że one nie dają ludziom szansy zorganizowania się sami, robią to za ludzi. A to jest niepotrzebne, ludzie potrafią się zorganizować, tylko im się nie chce.

Żeby chciało się chcieć
Dlatego najważniejszym zadaniem liderów jest sprawienie, że ich funkcja przestanie być potrzebna. – Chcemy pokazać, że na wszystko trzeba zapracować. Nic nie dzieje się od tak. Załatwiamy dzieciakom stypendia, ale tylko takim, które są zdolne i aktywne. Co więcej, muszą potem w działaniach społecznych to stypendium odpracować – opowiada pani Jola.
Niektórzy po odpracowaniu zawijają się z powrotem na studia i słuch po nich ginie. – Ale na przykład doszło do mnie ostatnio, że nasz stypendysta, który studiuje budownictwo, pomógł odremontować sąsiadowi dom zniszczony w trakcie powodzi. To jest bardzo budujące – mówi pan Zdzisław.
– A ja działam z najmłodszymi. Już widzę, że rośnie nam pokolenie ludzi, którzy nie potrafią niczego zorganizować. Co więcej, nie potrafią niczego chcieć. Miałam z dzieciakami spotkanie, w trakcie którego to one miały napisać co chcą robić w wakacje. Byłam otwarta na wszelkie propozycje, ale postawiłam warunek. Chcesz gdzieś pojechać? Dowiedz się, jak, czym, za ile itd. I to było dla nich trudne. One nie mają potrzeby szukania. Słyszałam: jak pani zdecyduje, to my pójdziemy. Nie! Tam, gdzie wy chcecie, to ja pójdę. To społeczeństwo, które jest naszykowane na to, że wszystko dostają. Oni nie muszą myśleć, oni nawet nie muszą chcieć. Ktoś przyjdzie, to im da. My zawsze robimy trudności, ale wszystko po to, by ostatecznie wszystkim było lepiej.