Anatomia fałszerstwa. Kto i jak miał "skręcić" wyniki wyborów samorządowych

"Wybory sfałszowano" – krzyczy m.in. PiS. Ale co to właściwie oznacza?
"Wybory sfałszowano" – krzyczy m.in. PiS. Ale co to właściwie oznacza? Fot. Adam Stępień / AG
"Nieprawidłowości", "przekręty", "szwindle" – takich określeń używają zwolennicy teorii o sfałszowaniu wyborów samorządowych. Ale co one właściwie oznaczają? Czy do manipulacji wynikami miało dojść już w PKW, czy na poziomie obwodowych komisji? A jeśli to drugie, to czy możliwe jest oszustwo w skali ponad 123 tys. obwodów, przy obecności tzw. mężów zaufania? Odpowiadamy na pytania, których "wyznawcy fałszerstwa" wolą nie stawiać.


Strategia śnieżnej kuli
Celowo używam sformułowania "wyznawcy fałszerstwa", by oddzielić tych, którzy mają zastrzeżenia do przebiegu wyborów i całego systemu, od tych, dla których sprawa jest przesądzona – ktoś, najprawdopodobniej z inspiracji PSL lub PO, umyśłnie sfałszował wyniki. Tej opcji przewodzi PiS, a wtórują mu politycy tacy jak np. Jarosław Gowin, który stwierdził, że sondaż exit poll podał wyniki prawdziwe, a PKW "takie, jakie miały być".


To, co charakterystyczne dla "wyznawców", to retoryka, która sprowadza się do tego, by na podstawie szczegółu wyciągać ogólne wnioski. "Szczegółami" są incydenty w wielu lokalach wyborczych, wybrane przypadki błędów w protokołach czy przyciągające uwagę obrazki z komisji (argumentem stało się chociażby zdjęcie, na którym widać kosz na śmieci, który wykorzystano jako urnę). W eter rzucane są kolejne przykłady, które napędzają śnieżką kulę z napisem "fałszerstwo".

Nikt nie zastanawia się, czy było ich znacznie więcej niż przy poprzednich wyborach (PKW twierdzi, że skala, liczba i przedmiot incydentów są porównywalne z wyborami 2010), ale wszyscy wiedzą jedno – do nieprawidłowości dochodziło "masowo", a skoro exit poll i wyniki tak bardzo się różnią - i to na korzyść rządzącej koalicji - znaczy, że musiały być zaplanowane.

Grubą kreską trzeba oddzielić w tym miejscu sprawy zaniedbań PKW, awarii systemu informatycznego i "książeczki wyborczej". Konstytucjonaliści zgodnie podkreślają, że żadna z nich nie jest dowodem na fałszerstwo i nie może być podstawą do unieważnienia wyborów.


Fałsz bez fałszerzy
Podstawowy problem z "wyznawcami" jest taki, że trudno wyciągnąć od nich konkrety. Fałszerstwo opisane jest w teorii, ale juz praktyka sprawia dużo więcej problemów. Słowem – krzyczeć o przekrętach jest łatwo, wyjaśnić "na chłopski rozum", jak miałoby do nich dochodzić, już nie.

"Moja opinia jest taka, że nie doszło do fałszerstw na poziomie PKW i kraju (tam jedynie doszło do katastrofy administracyjo-organizacyjnej). Doszło natomiast do fałszerstw na poziomie lokalnym, i na korzyść PSL" – napisał na blogu w serwisie 300polityka politolog i były europoseł Marek Migalski.
Marek Migalski

Wydaje się bowiem, że to właśnie w procesie liczenia głosów w komisjach obwodowych doszło do manipulacji. Wszystko wskazuje na to, że część mniejszych komisji, w których nie było mężów zaufania, unieważniała głosy konkurentów PSL. Czytaj więcej

Z kolei Rafał Ziemkiewicz z "Do Rzeczy" na potwierdzenie tezy, że sfałszowano wybory do sejmików, przekonuje, że "komisje obwodowe złożone są głównie z lokalnych urzędników i miejskiej budżetówki" oraz "pozostają pod wpływem lokalnych kacyków".

Gdyby przyznać komentatorom rację, trzeba by założyć, że PSL przy okazji tych wyborów kontrolowało większość z 123 359 obwodowych komisji wyborczych i że na jakimś partyjnym szczeblu zapadłą decyzja: "skręcamy" te wybory na swoją korzyść. Trzeba by też założyć, że w tysiącach komisji członkowie mianowani przez inne partie byli głupcami albo przymykali oko na dostawiane krzyżyki czy ewidentne pomyłki w liczeniu.
Instrukcja PKW

W skład obwodowej komisji wyborczej powołuje się od 6 do 8 osób spośród kandydatów zgłoszonych przez pełnomocników wyborczych lub upoważnione przez nich osoby oraz jedną osobę wskazaną przez wójta (burmistrza, prezydenta miasta) spośród pracowników samorządowych gminy lub gminnych jednostek organizacyjnych.

– Skoordynowana akcja? Absolutnie nie. Chociaż… cholera wie. Ja bym nie postawiła pięciu orzechów przeciwko dolarom, że to nie była skoordynowana akcja – mówi w rozmowie z naTemat posłanka PiS Anna Sikora, szefowa partyjnego zespołu ds. monitorowania wyborów. Jej wypowiedź, z której przebija sprzeczność, dobrze obrazuje, jaką trudność mają "wyznawcy" z odpowiedzią na pytania: kto, jak i gdzie sfałszował te wybory.

– Ja przypuszczam, że członkowie komisji wyborczych nie mają tu nic do rzeczy. Chodzi o urzędników wyborczych delegowanych przez wójtów, prezydentów... Oni odbierają głosy. Widzieliśmy też na przykład obrazki, gdzie dzieci chodziły po kartach wyborczych. To jest takie dziadostwo... Chaos, jaki panował, sprawia, że te wyniki są kompletnie niewiarygodne – dodaje parlamentarzystka. Nie precyzuje już jednak, czy urzędnicy mieli dostawiać krzyżyki, zabierać karty, czy robili coś innego.

Krzyk rozpaczy
Chaos, dziadostwo – pod tymi określeniami można się podpisać. Tyle że zwolennicy spiskowej teorii idą krok dalej i jako że nie mogą sobie tego zamieszania wytłumaczyć, od razu wskazują, że ktoś musiał zza kulis pociągać za sznurki. To mechanizm znany od lat, przetestowany np. przy Smoleńsku. W całym krzyku o fałszerstwie najważniejszy jest sam krzyk, a nie jego treść. Dlatego od krzykaczy nie dowiemy się, na czym konkretnie miałyby polegać przekręty i jak miałoby wyglądać fałszerstwo na dużą skalę.

– Będziemy w sądzie domagać się unieważnienia wyborów w konkretnych miejscach – zapowiada tylko posłanka Sikora. Musi jeszcze pamiętać, że ciężar udowodnienia przestępstwa przeciwko wyborom spoczywa na skarżącym. Tu już nie wystarczy krzyk.