Janusz Śniadek z PiS przekonuje, że każda manifestacja niesie za sobą ryzyko "incydentów i prowokacji"
Janusz Śniadek z PiS przekonuje, że każda manifestacja niesie za sobą ryzyko "incydentów i prowokacji" Fot. Grzegorz Celejewski / AG

13 grudnia PiS organizuje w stolicy manifestację, która ma być wyrazem sprzeciwu wobec "fałszowania wyborów". – Życie pokazuje, że nawet najlepiej zorganizowane przedsięwzięcia nie gwarantują, że incydentów czy prowokacji nie będzie – mówi w "Bez autoryzacji" parlamentarzysta PiS Janusz Śniadek.

REKLAMA
Prof. Staniszkis mówi, że popełniacie błąd krzycząc: “wybory sfałszowano”. Że to “powrót do paranoicznego stylu”. Co pan na to?
Ja rozumiem, że może być jakieś wyobrażenie o polityce jako o sztuce udawania, ale są jakieś granice. Moim zdaniem zderzenie sugestii pani profesor z rzeczywistością nie wytrzymuje próby. Wobec skandaliczności tego wszystkiego, co się przy okazji wyborów stało, możliwości opozycji nie są duże i bez presji i aktywności społecznej jesteśmy właściwie bezradni. Ale to nie znaczy, że nie powinniśmy reagować. Udawanie, tak w stylu prezydenta Komorowskiego, że “Polacy, nic się nie stało”, jest postawą wołającą o pomstę do nieba. Więc tutaj się z prof. Staniszkis nie zgadzam. Musieliśmy zareagować.
Ale spójrzmy na to politologicznie. Taka retoryka wam szkodzi czy pomaga?
Wie pan, ja wzdragam się przed cyniczną kalkulacją, mimo wszystko odwołuję się do najbardziej ludzkich emocji, zwyczajnego poczucia przyzwoitości. Uważam, że wobec takiego skandalu, nie można poprzestać na kalkulacji. I w mówieniu, że wybory zostały sfałszowane, takiej kalkulacji nie ma.
Jednak zmianę retoryki widać. Prezes Kaczyński mówi o premier Kopacz: “Urban w spódnicy”. Nie za ostro? Podpisuje się pan pod tym?
Ja akurat o premier Kopacz od lat mam podobne zdanie. Pamiętam, co wygadywała jako minister zdrowia, choćby podczas “białego protestu”. Później historia tylko potwierdzała, że jest zdolna do wszystkiego. Przypomnę tylko słowa o przekopywaniu ziemi w Smoleńsku. Natomiast to, że ostro oceniam premier Kopacz, nie znaczy, że muszę takie oceny nieustannie wypowiadać. Powstrzymuję się przed tym.

13 grudnia organizujecie manifestację “w obronie demokracji”. Czy pan, były szef "Solidarności", uważa, że powinni wziąć w niej udział także związkowcy?
Ta manifestacja zawsze miała dość powszechny charakter, zawsze były obecne różne środowiska, co niekoniecznie musi być akcentowane w szczególny sposób. Związkowcy oczywiście będą, bo jest między nami pewna tożsamość. Bardzo wielu członków "S" należy do PiS i bardzo wielu członków PiS należy do "S". Z pewnością będą z nami maszerować.
Niektórzy obawiają się zamieszek. A pan?
Każda manifestacja niesie za sobą takie niebezpieczeństwo. Ale to nie znaczy, że musi zostać odwołana. Organizatorzy oczywiście powinni zdawać sobie sprawę z ryzyka, tym bardziej, że emocje są niemałe. To jest też kwestia potencjału możliwości służb porządkowych. Tyle że życie pokazuje też, iż nawet najlepiej zorganizowane przedsięwzięcia nie gwarantują, że incydentów czy prowokacji nie będzie. W tym sensie zamieszki są możliwe.
Chciałby pan, jak pański kolega, europoseł Ryszard Legutko, "polskiego Majdanu"?
Ja się z takimi oczekiwaniami spotykam od lat, przede wszystkim wśród związkowców, którzy mówią o konieczności powtórki Sierpnia. Natomiast po to, żeby powtórzył się Sierpień, musielibyśmy odtworzyć PRL. Dziś to jest niemożliwe, bo realia są inne. Dla ludzi miejsca pracy są ogromną wartością, wręcz dobrem najwyższym. Z kolei ukraiński Majdan był reakcją na dramatyczne ograniczenie swobód obywatelskich, był gestem rozpaczy zniewolonego społeczeństwa. W Polsce, mimo różnych analogii, jesteśmy bardzo odlegli od determinacji tamtego narodu. Dlatego odniesienie do Majdanu uznaję tylko za figurę retoryczną.