Protesty przeciwko umowie ACTA w 2012 roku były jednym z niewielu okresów, w których Polacy liczniej stawiali się na ulicznych protestach.
Protesty przeciwko umowie ACTA w 2012 roku były jednym z niewielu okresów, w których Polacy liczniej stawiali się na ulicznych protestach. Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta

Patrząc na statystyki aktywności Polaków w protestach, trudno uwierzyć, że to naród, który stworzył niegdyś ruch społeczny zdolny do obalenia żelaznej kurtyny. Szczególnie w porównaniu ze znacznie bogatszymi i lepiej rozwiniętymi narodami decydujemy się na masowe protesty znacznie rzadziej i uczestniczy w nich zaledwie garstka z nas. Czy rację mają więc ci, którzy przekonują, że stanowczo zbyt rzadko walczymy o swoje na ulicach i jesteśmy tak bierni ze zwykłego strachu i lenistwa?

REKLAMA
Bierny jak Polak?
Na europejskich ulicach wrze nieprzerwanie od lat. Niezależnie od tego, czy mieliśmy na Starym Kontynencie czas prosperity czy walczyliśmy z globalnym kryzysem, niezależnie od nasilenia sporów ideologicznych i światopoglądowych, w krajach takich jak Francja, Hiszpania i Włochy debata publiczna o najgorętszych kwestiach trwa podczas licznych manifestacji, demonstracji i strajków. Bierze w nich udział tam aż około 10 proc. społeczeństwa.
Charakterystyczne dla gorących głów południowców? Dane z European Social Survey pokazują, że podobnie jest w poukładanych demokracjach Niemiec, Danii, Belgii, Norwegii, a nawet Luksemburga. Unijne raporty na temat strajków pokazują natomiast, że to właśnie tam najczęściej przerywa się pracę w proteście przeciwko nadużyciom pracodawców, czy niekorzystnym decyzjom państwa. O wiele rzadziej niż nad Wisłą, gdzie godziny pracy stracone przez strajki to kilkakrotnie mniejsza liczba. W Polsce co roku na ulice wychodzi lub strajkuje tymczasem tylko około 1 proc. społeczeństwa. Jesteśmy pod tym względem w zasadzie najbardziej biernym społeczeństwem w Europie.
Na ulicach tylko partie, a nie obywatele
Dodatkowo większość masowych protestów w naszym kraju to nie tyle inicjatywy obywatelskie, co wydarzenia organizowane przez partie polityczne i wpisane w kalendarz wyborczy. Przykładem choćby ostatni "Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów", który służył partykularnym interesom Prawa i Sprawiedliwości. Uczestnikom tej inicjatywy chciało się jednak powalczyć chociaż o interesy swojej ulubionej partii.
Goszcząc w poniedziałkowym programie "Tomasz Lis na żywo" Tomasz Terlikowski komentował ten sobotni marsz przekonując, iż to inicjatywa dobra nawet w rocznicę wybuchu stanu wojennego, bo "Polacy za mało manifestują, za mało strajkują". A bierność to przecież jeden z najcięższych grzechów każdego społeczeństwa. Tym bardziej takiego, które chyba już na całym świecie znane jest z ciągłego niezadowolenia z sytuacji w swoim życiu i kraju.
Wystarczy się podpisać i zlajkować?
Wbrew wszelkim pozorom, bierność ta nie jest jednak cechą obecnego pokolenia. Przed rokiem Senat zlecił CBOS przeprowadzenie badania na temat tego, ile osób aktywnie działało w PRL przeciwko komunistycznemu reżimowi. W najlepszych latach "Solidarności" ruch ten miał 10 mln członków. Tylu się zapisało, ale badanie wykazało, że na udział choćby w manifestacjach decydowało się już tylko 800 tys. Polaków. Nawet w najgorętszym okresie protestów w Polsce brało więc w nich udział zaledwie kilka procent obywateli.
To zamiłowanie do protestu na poziomie deklaracji dzięki nowym technologiom tylko eskalowało. - Gdy organizuję demonstracje - ostatnimi czasy zwykle pod ambasadą Azerbejdżanu, jestem niezwykle mocno zaskoczony tym, ile osób potwierdza swoją obecność na Facebooku, a ilu z nich się potem naprawdę pojawia w umówionym miejscu. Mamy do czynienia z zastanawiającą kulturą jedynie lajkowania tego, o co chciałoby się walczyć - mówi Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Adam Bodnar
Helsińska Fundacja Praw Człowieka

Problem jest szczególnie z protestami ideowymi, na udział w których Polacy nie chcą się decydować nie tylko ze względu na ogólny trend skłaniający do wycofywania się z życia społecznego. Niektórzy być może obawiają się, że zostaną sfotografowani i ktoś skojarzy ich twarz z jakimś określonym poglądem, co im mocno zaszkodzi, na przykład w pracy.

- Nie protestujemy tyle, co ostatnio na Zachodzie, bo globalny kryzys obszedł się z Polską naprawdę bardzo łagodnie. Od dawna ulice tam są też pełne ludzi protestujących przeciwko słabej asymilacji imigrantów. My tego problemu zachodnich społeczeństw nie doświadczamy, bo jesteśmy niezwykle homogeniczną społecznością. Nawet napływający teraz emigranci z Ukrainy są do nas bardzo podobni i nie mamy z nimi problemów - komentuje prof. Janusz Czapiński, autor "Diagnozy Społecznej".
Polak jak Fin, na protesty nie ma czasu?
Nie jest jednak i tak, że brak protestów nad Wisłą oznacza nasze powszechne zadowolenie i przyzwolenie na wszystko, co dzieje się w kraju i świecie. Przecież zeszłoroczne Ogólnopolskie Dni Protestu, podczas których sprzeciwiano się między innymi wydłużeniu wieku emerytalnego i wysokiemu bezrobociu wśród młodych, w badaniu CBOS poparła aż połowa Polaków! Na ulicach największych miast demonstrowało jednak około... 100 tys. osób.
prof. Janusz Czapiński
psycholog społeczny

Gdyby na Zachodzie nagle podniesiono ludziom wiek emerytalny aż do 67. roku życia, nikt nie siedziałby tam spokojnie. W Polsce nawet tak kontrowersyjne kwestie nie stały się tymczasem dla nas powodem do wyjścia na ulice...

I podkreśla, że niechęć do aktywnego protestowania przeciwko temu, na co w głębi duszy nie ma naszej zgody wynika z ogólnie głębokiej bierności polskiego społeczeństwa pod wieloma innymi względami. - Jesteśmy wciąż mało zainteresowani sprawami, które wykraczają poza opłotki naszego domu... - ubolewa profesor.
A może jednak najlepiej podsumował to zjawisko już kilka lat temu Władysław Frasyniuk, który dosadnie stwierdził przecież, że "znacząca część Polaków nie wychodzi na ulicę, bo zapierd...", a ci którzy protestują to "ludzie z innej planety, którzy nie radzą sobie w gospodarce rynkowej"? To nasze ciągłe zapracowanie i samodzielność tłumaczyłyby, dlaczego obok Polaków równie rzadko do protestowania garną się tylko Finowie.
- Tam również niewiele jest tych samych powodów, które do stanowczego protestu mają w innych częściach Europy. Właściwie jesteśmy państwami i narodami pod wieloma względami podobnymi. I to podobieństwo ostatecznie jest raczej dobrą informacją dla Polaków, niż złą dla fińskiego społeczeństwa - podsumowuje prof. Czapiński.