
Patrząc na statystyki aktywności Polaków w protestach, trudno uwierzyć, że to naród, który stworzył niegdyś ruch społeczny zdolny do obalenia żelaznej kurtyny. Szczególnie w porównaniu ze znacznie bogatszymi i lepiej rozwiniętymi narodami decydujemy się na masowe protesty znacznie rzadziej i uczestniczy w nich zaledwie garstka z nas. Czy rację mają więc ci, którzy przekonują, że stanowczo zbyt rzadko walczymy o swoje na ulicach i jesteśmy tak bierni ze zwykłego strachu i lenistwa?
Na europejskich ulicach wrze nieprzerwanie od lat. Niezależnie od tego, czy mieliśmy na Starym Kontynencie czas prosperity czy walczyliśmy z globalnym kryzysem, niezależnie od nasilenia sporów ideologicznych i światopoglądowych, w krajach takich jak Francja, Hiszpania i Włochy debata publiczna o najgorętszych kwestiach trwa podczas licznych manifestacji, demonstracji i strajków. Bierze w nich udział tam aż około 10 proc. społeczeństwa.
Dodatkowo większość masowych protestów w naszym kraju to nie tyle inicjatywy obywatelskie, co wydarzenia organizowane przez partie polityczne i wpisane w kalendarz wyborczy. Przykładem choćby ostatni "Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów", który służył partykularnym interesom Prawa i Sprawiedliwości. Uczestnikom tej inicjatywy chciało się jednak powalczyć chociaż o interesy swojej ulubionej partii.
Wbrew wszelkim pozorom, bierność ta nie jest jednak cechą obecnego pokolenia. Przed rokiem Senat zlecił CBOS przeprowadzenie badania na temat tego, ile osób aktywnie działało w PRL przeciwko komunistycznemu reżimowi. W najlepszych latach "Solidarności" ruch ten miał 10 mln członków. Tylu się zapisało, ale badanie wykazało, że na udział choćby w manifestacjach decydowało się już tylko 800 tys. Polaków. Nawet w najgorętszym okresie protestów w Polsce brało więc w nich udział zaledwie kilka procent obywateli.
Problem jest szczególnie z protestami ideowymi, na udział w których Polacy nie chcą się decydować nie tylko ze względu na ogólny trend skłaniający do wycofywania się z życia społecznego. Niektórzy być może obawiają się, że zostaną sfotografowani i ktoś skojarzy ich twarz z jakimś określonym poglądem, co im mocno zaszkodzi, na przykład w pracy.
Nie jest jednak i tak, że brak protestów nad Wisłą oznacza nasze powszechne zadowolenie i przyzwolenie na wszystko, co dzieje się w kraju i świecie. Przecież zeszłoroczne Ogólnopolskie Dni Protestu, podczas których sprzeciwiano się między innymi wydłużeniu wieku emerytalnego i wysokiemu bezrobociu wśród młodych, w badaniu CBOS poparła aż połowa Polaków! Na ulicach największych miast demonstrowało jednak około... 100 tys. osób.
Gdyby na Zachodzie nagle podniesiono ludziom wiek emerytalny aż do 67. roku życia, nikt nie siedziałby tam spokojnie. W Polsce nawet tak kontrowersyjne kwestie nie stały się tymczasem dla nas powodem do wyjścia na ulice...
