
Prezydent Bronisław Komorowski będzie musiał podjąć decyzję w sprawie ratyfikacji konwencji Rady Europy ws. przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Niezależnie od tego, czy podpisze ją, zawetuje, czy też wyśle do Trybunału Konstytucyjnego, podpadnie liberałom albo konserwatystom. A tego chce uniknąć, bo “idąc środkiem polskiej drogi” chce zbierać poparcie z obu stron. I to pomimo że sam jest żarliwym katolikiem.
REKLAMA
Były premier zostawił swoją następczynię i Bronisława Komorowskiego z problemem, którego nie da się już odsunąć "na później". Donald Tusk przez kilka lat podchodził do niewygodnych światopoglądowych tematów jak pies do jeża. Najpierw pojawiała się deklaracja, że sprawa in vitro zostanie wreszcie uregulowana, że związki partnerskie będą możliwe, a konwencja antyprzemocowa zostanie ratyfikowana. Później, po krytyce środowisk konserwatywnych (także tych wewnątrz partii) wycofywał się i odkładał sprawę na wieczne “później”.
Spadek po Tusku
Przy tym Tusk cały czas deklarował poparcie dla tych kwestii, a bierność w tej sprawie tłumaczył brakiem większości. Ewa Kopacz wykazała więcej determinacji i doprowadziła do przeforsowania zgody na ratyfikację konwencji Rady Europy dotyczącej zapobiegania i zwalczania przemocy w rodzinie. Nie obyło się bez awantury, a to i tak dziecięce igraszki w porównaniu z tym, co działoby się przed głosowaniem ustawy o związkach partnerskich.
Przy tym Tusk cały czas deklarował poparcie dla tych kwestii, a bierność w tej sprawie tłumaczył brakiem większości. Ewa Kopacz wykazała więcej determinacji i doprowadziła do przeforsowania zgody na ratyfikację konwencji Rady Europy dotyczącej zapobiegania i zwalczania przemocy w rodzinie. Nie obyło się bez awantury, a to i tak dziecięce igraszki w porównaniu z tym, co działoby się przed głosowaniem ustawy o związkach partnerskich.
Dlatego Ewa Kopacz - wzorem Tuska - odpuszcza temat. Podobną taktykę może obrać Bronisław Komorowski, który jak ognia unikał jasnej deklaracji w sprawie ratyfikowania konwencji antyprzemocowej. W piątkowej rozmowie z Katarzyną Kolendą-Zaleską ocierał się wręcz o śmieszność, przekonując, że ustawa nie trafiła na jego biurko, więc jej nie zna.
Otóż sam ustawa to dwa zdania, które informują, że Sejm wyraża zgodę na ratyfikację konwencji. Tyle. Nie ma się w co wczytywać. Samą konwencję Komorowski także mógł poznać, bo dokument powstał prawie cztery lata temu. Takie chowanie głowy w piasek nie potrwa jednak długo, wiele zależy od tempa prac w Senacie (tam teraz trafi ustawa) i ewentualnych poprawek zgłoszonych w izbie refleksji.
Bomba w środku kampanii
Senatorowie mają na to 30 dni od przekazania im ustawy przez Marszałka Sejmu. Jeśli nie będą mieli zastrzeżeń (a nie będą mieli, bo PO ma większość), ustawa trafi do prezydenta, który ma 21 dni na zastanowienie. Nijak nie składa się to na więcej dni, niż zostało do końca kampanii. Komorowski będzie więc musiał podjąć decyzję. W jego interesie jest, by stało się to jak najszybciej, by mieć jak najwięcej czasu na udobruchanie tej części elektoratu, której konwencja nie odpowiada.
Senatorowie mają na to 30 dni od przekazania im ustawy przez Marszałka Sejmu. Jeśli nie będą mieli zastrzeżeń (a nie będą mieli, bo PO ma większość), ustawa trafi do prezydenta, który ma 21 dni na zastanowienie. Nijak nie składa się to na więcej dni, niż zostało do końca kampanii. Komorowski będzie więc musiał podjąć decyzję. W jego interesie jest, by stało się to jak najszybciej, by mieć jak najwięcej czasu na udobruchanie tej części elektoratu, której konwencja nie odpowiada.
Im dłużej będzie zwlekał, tym żywsze będą wspomnienia "wpuszczenia do Polski dżendera". Bo trudno sobie wyobrazić, by Komorowski konwencji nie ratyfikował. Zapewne jednak będzie mocno celebrował swoją rolę w procesie ustawodawczym, zapraszając na konsultacje prawników, może nawet siły polityczne. Nie bez przyczyny wspomina też zastrzeżenia prof. Zolla do dokumentu. Dzięki temu będzie mógł powiedzieć konserwatywnym wyborcom, że wszystko przeanalizował i żadnego zagrożenia nie ma.
Presja czasu
Przez całą kampanię Komorowski będzie poddawany silnym naciskom środowisk liberalnych, które są jego podstawowym rezerwuarem głosów. Pójście na rękę konserwatystom byłoby samobójstwem. Tym bardziej, że wkrótce rząd przyjmie projekt ustawy regulującej kwestie in vitro. Ewie Kopacz będzie się spieszyło, by przepisy jak najszybciej weszły w życie. Po pierwsze w 2013 roku Polska została pozwana przez Komisję Europejską za to, że nie wdrożyła w życie czterech dyrektyw regulujących in vitro.
Przez całą kampanię Komorowski będzie poddawany silnym naciskom środowisk liberalnych, które są jego podstawowym rezerwuarem głosów. Pójście na rękę konserwatystom byłoby samobójstwem. Tym bardziej, że wkrótce rząd przyjmie projekt ustawy regulującej kwestie in vitro. Ewie Kopacz będzie się spieszyło, by przepisy jak najszybciej weszły w życie. Po pierwsze w 2013 roku Polska została pozwana przez Komisję Europejską za to, że nie wdrożyła w życie czterech dyrektyw regulujących in vitro.
Poza tym brak regulacji zwiększa prawdopodobieństwo kolejnych skandali jak ten ze Szczecina, gdzie zamieniono komórki jajowe. Poza tym tak jak dla konserwatystów powodem do krytyki rządu będzie uchwalenie ustawy, tak dla liberałów jest nim brak regulacji. Dlatego czeka nas ogromna debata o sposobie uregulowania in vitro w samym środku kampanii.
Bogu świeczkę, a diabłu ogarek
Nie ma możliwości, by Bronisław Komorowski mógł nie zająć w tej sprawie stanowiska. Kiedyś zresztą już to zrobił i niemądra wypowiedź ciągnie się za nim do dzisiaj. Padła w czasie debaty z Radosławem Sikorskim, którą zorganizowano jako element prawyborów prezydenckich w PO.
Nie ma możliwości, by Bronisław Komorowski mógł nie zająć w tej sprawie stanowiska. Kiedyś zresztą już to zrobił i niemądra wypowiedź ciągnie się za nim do dzisiaj. Padła w czasie debaty z Radosławem Sikorskim, którą zorganizowano jako element prawyborów prezydenckich w PO.
Na pewno nie w stosunku do wszystkich, tylko w stosunku do tych, gdzie jest szansa na to, że się urodzą dzieci zdrowe i będą dobrze wychowane. Czytaj więcej
Wypowiedź z 21 marca 2010 r.
Komorowski, chyba trochę niechcący, ujawnił swoje konserwatywne poglądy. Później wielokrotnie musiał się tłumaczyć z tej opinii, dlatego unikał wyraźnych sądów na tematy światopoglądowe. W wywiadach przekonuje, że trzeba godzić środowiska liberalne i konserwatywne, że trzeba dać Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.
W ostatecznym rozrachunku opowiadał się za utrzymaniem status quo, bo prawo w Polsce jest nadal konserwatywne. Wpisuje się więc w poglądy Komorowskiego, który jest gorliwym katolikiem, w niedzielę można go spotkać w kościele św. Anny przy Placu Zamkowym lub innych stołecznych świątyniach. Przychodzi z niewielką ochroną i staje na tyłach w tłumie wiernych.
Konserwatywny jak Komorowski
Dlatego jego stosunek do Kościoła jest daleki od tego, czego oczekują liberalne elity, mieszkańcy wielkich miast promujący światopoglądowy liberalizm. – Niezależność i odrębność państwa od Kościoła może być różnie realizowana. Rozdział Kościoła od państwa może być wrogi, tak jak w czasach komunistycznych, a może być przyjazny, jakim jest dzisiaj. To oznacza zdolność do współdziałania, ale wzajemny szacunek – wyjaśniał Komorowski w kwietniu 2014 r.
Dlatego jego stosunek do Kościoła jest daleki od tego, czego oczekują liberalne elity, mieszkańcy wielkich miast promujący światopoglądowy liberalizm. – Niezależność i odrębność państwa od Kościoła może być różnie realizowana. Rozdział Kościoła od państwa może być wrogi, tak jak w czasach komunistycznych, a może być przyjazny, jakim jest dzisiaj. To oznacza zdolność do współdziałania, ale wzajemny szacunek – wyjaśniał Komorowski w kwietniu 2014 r.
Jednak sondaże wskazują, że Komorowski będzie musiał schować do kieszeni poglądy, poprzeć liberalne zmiany i po wyborach pójść się wyspowiadać. Bo przeważająca większość Polaków popiera prawo do in vitro i nie zmienia się to od lat. Dlatego Komorowski musi pójść na ustępstwa wobec liberalnych wyborców i spróbować udobruchać konserwatystów. Stawką jest druga kadencja.
