Podczas poniedziałkowej wizyty w USA Angela Merkel kolejny raz udowodniła, że łatwo zmienia zdanie pod wpływem silniejszych partnerów lub przeciwników.
Podczas poniedziałkowej wizyty w USA Angela Merkel kolejny raz udowodniła, że łatwo zmienia zdanie pod wpływem silniejszych partnerów lub przeciwników. Fot. YouTube.com/The White House

Żelazna kanclerz Europy, spadkobierczyni Margaret Thatcher, najbardziej wpływowy polityk na świecie – wszystkie te określania padają w większości doniesień, których bohaterką jest Angela Merkel. Przywykliśmy patrzeć na kanclerz Niemiec w ten sposób, bo przecież tak przedstawiają ją od lat zarówno jej sojusznicy, jak i najzacieklejsi wrogowie. Gdy jednak przyjrzeć się minionej dekadzie rządów Angeli Merkel na Starym Kontynencie, prawda o jej niezłomności może okazać się zaskakująca...

REKLAMA
"Nie Barack Obama, nie Władimir Putin, lecz niemiecka kanclerz stała się w ostatnich miesiącach najbardziej wpływowym politykiem świata" - pisze we wtorkowym felietonie na łamach "Rzeczpospolitej" Bartosz Węglarczyk. Znakomity znawca polityki amerykańskiej i międzynarodowej jakby nie zauważał jednak, że podczas poniedziałkowej wizyty w Waszyngtonie Angela Merkel kolejny raz udowodniła raczej, że jej rządom daleko do naprawdę żelaznej linii.
Asertywny jak Merkel
Na spotkanie z amerykańskim prezydentem "kanclerz Europy" wchodziła przecież z powtarzanym od wielu dni przekonaniem, iż rosyjską artylerię w Donbasie da się powstrzymać tylko wysiłkami dyplomatycznymi. Waszyngtoński etap tournée po najbardziej wpływowych stolicach zakładał więc przekonanie Amerykanów, by wreszcie przestali myśleć o zbrojeniu Ukraińców walczących z rosyjskim okupantem.
Odbierając im nadzieje na realne wsparcie sojuszników, Kijów łatwiej można byłoby skłonić do idei "tymczasowej kapitulacji" - prawdopodobnego meritum planu niemiecko-francuskiego planu pokojowego, który już w środę ma być negocjowany na szczycie w Mińsku.
logo
Fot. YouTube.com/Ruptly
Przed spotkaniem w amerykańskiej stolicy stanowisko Niemiec opierało się więc o stanowcze "nie dla wsparcia Ukrainy bronią". Taką zapowiedź Angela Merkel złożyła po po raz pierwszy tuż po spotkaniu z Viktorem Orbanem w Budapeszcie, od którego przed tygodniem rozpoczęła międzynarodowe negocjacje w sprawie Ukrainy. Te słowa na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa powtarzał też szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier.
Jednak zaledwie pół godziny wystarczyło Barackowi Obamie, by sprawić, że już na wspólnej konferencji z Angelą Merkel ta tylko pokiwała głową, gdy on mówił, iż amerykańskie dostawy broni dla Ukrainy wciąż wchodzą w grę, bo należy zostawić sobie alternatywne możliwości na wypadek, gdyby starania dyplomatyczne jednak nie przyniosły sukcesu. – Jeśli negocjacje zawiodą, Europa zapewne rozważy dostawy broni na Ukrainę – stwierdził w rozmowie z niemieckimi mediami niedługo później także minister Steinmeier.
Skąd ta fascynacja Polaków?
Tylko niezmiennie zafascynowane niemiecką polityk media znad Wisły mogły nie zauważyć więc, że "Żelazna Kanclerz" po prostu kolejny raz uległa partnerowi, z którym aktualnie musiała się zmierzyć. Fascynacja ta jednak nie może dziwić, bo markę Angeli Merkel buduje się w oczach Polaków dosłownie od prawa do lewa.
Donald Tusk to przecież jeden z najbliższych prawdziwych przyjaciół niemieckiej przywódczyni, w oczach sympatyków Platformy jest ona więc równie popularna, jak on. Nie inaczej jest pod tym względem wśród ludzi związanych z PiS. Mogą oni straszyć Niemcami chcącymi rzekomo wciąż dobrać się do polskiej ziemi, ale jednocześnie wiedzą, jak bardzo opinie Merkel cenił sobie śp. Lech Kaczyński.
logo
Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta
Przecież już kilka lat temu były premier Kazimierz Marcinkiewicz zdradził, że "dla pewności" w najważniejszych sprawach zagranicznych Lech Kaczyński nie wahał się zadzwonić do Angeli Merkel nawet w środku nocy. Liderkę niemieckich chadeków chętnie chwali też Leszek Miller, według którego daje nam ona "lekcje realnej polityki".
"Jak zwykle wszystko puszczone luzem"
Naprawdę realną oceną polityki uprawianej przez Angelę Merkel trudno jednak wystawić pomijając czasownik "ulegać". Żelazne poglądy prezentuje ona bowiem zwykle wówczas, gdy sytuacja jest relatywnie opanowana i idzie po jej myśli. Kiedy po drugiej stronie negocjacyjnego stołu zaczynają się usztywniać, z tego wizerunku pani kanclerz nie zostaje zbyt wiele.
Co wyjątkowo często wypominają jej w ostatnich latach w ojczyźnie. "Angela Merkel znowu wszystko puściła luzem i pozwoliła debacie rozwinąć się tak dalece, że rzeczy stanęły na ostrzu noża" – pisał swego czasu o jej negocjacyjnych talentach "Mannheimer Morgen". "Uwidoczniła się strukturalna słabość Merkel. Joachim Gauck rezyduje w Pałacu Prezydenckim, bo Merkel uległa szantażowi FDP" – mogliśmy przeczytać na łamach "Sueddeutsche Zeitung".
Za Odrą na notoryczną wręcz uległość Angeli Merkel zaczęto zresztą skarżyć się głośno już przed pięcioma laty. I to przede wszystkim ustami działaczy jej Christlich Demokratische Union (Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej). Przełom 2009 i 2010 roku był bowiem okresem, gdy Merkel pozwoliła bardzo mocno przejąć kontrolę nad polityką rządu koalicjantom z Freie Demokratische Partei (FDP).
Ówczesny wicekanclerz i minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle rozgrywał Angelę Merkel korzystając z faktu, iż jego ugrupowanie notowało akurat rekordowo wysokie poparcie. Tak bardzo, że jego ustami Berlin zaproponował nawet Turcji wsparcie w staraniach o pełne członkostwo w UE, co ostatecznie rozsierdziło chadeków i zmusiło wreszcie kanclerz do przejęcia inicjatywy, oraz zaprzestania opowiadania czego innego na partyjnych kongresach, a czego innego w rozmowach z koalicjantem.
Wystarczy z nią trochę ostrzej...
Bo Angela Merkel zdaje się po prostu twardo prowadzić tę politykę, którą narzuci jej silniejszy partner lub przeciwnik. O takich nie trudno i to nie tylko na światowych szczytach. Swoich sił w tej kwestii niedawno spróbował przecież nawet tabloid "Bild". Mówi się, że to przede wszystkim opublikowanemu na jego łamach felietonowi prezesa spółki medialnej Axel Springer Mathiasa Döpfnera stanowisko zawdzięcza obecny szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Przez wiele tygodni Angela Merkel niezbyt chętnie popierała tę kandydaturę i skutecznie blokowała zapędy Luksemburczyka do obwołania się oficjalnym kandydatem na szefa KE. Zdanie zmieniła jednak w ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin po tym, gdy Döpfner napisał na łamach "Bild": "Europejczycy chcą Junckera". W innym dzienniku poparł go jeszcze legendarny filozof Juergen Habermas i kanclerz wręcz entuzjastycznie zaczęła Junckera popierać.
logo
Mario Monti jako jeden z niewielu europejskich przywódców pomyślał o tym, by sprzeciwić się pomysłom narzucanym przez Angelę Merkel. YouTube.com/direttaitalia
Podobnie bywa na światowych szczytach, gdzie z rzekomo żelazną polityką Angeli Merkel wygrywają po prostu twardsi gracze. Przed dwoma laty, gdy negocjowano pomoc dla pogrążonych w długach krajów południa, okazało się, że do tego grona należy nawet nieznany szerzej na arenie międzynarodowej technokrata Mario Monti.
Ówczesny premier Włoch wywalczył dla swojego kraju i Hiszpanii praktycznie bezwarunkową pomoc metodą, o której większość starych znajomych Merkel z unijnych salonów nigdy nawet nie myślała. "Nikt nie przewidywał, że Mario Monti postawi się tak bardzo, dawno nikt tego wobec kanclerz Merkel nie zrobił" - czytaliśmy relacjach z Brukseli.
Pozostaje nam więc tylko liczyć, że podczas środowego szczytu w sprawie planu pokojowego dla Ukrainy żaden z jego uczestników nie wpadnie na pomysł, by zrobić to samo...