FAQ Wojna na Ukrainie. Kiedy to się właściwie zaczęło, o co toczy się ten konflikt i czy przyjdzie do Polski?

Wojna na wschodzi Ukrainy trwa już prawie od roku.
Wojna na wschodzi Ukrainy trwa już prawie od roku. Fot. Denis Kornilov / Shutterstock.com; Twitter.com/Euromaidan; De Visu / Shutterstock.com; photo.ua/Shutterstock.com
Kolejne doniesienia o nowych ofiarach, które giną w wojnie toczącej się za naszą wschodnią granicą, stały się codziennością. Wojna ta trwa już tak długo, że wkrótce doczekamy się pierwszej rocznicy jej wybuchu. To dobra okazja, by przypomnieć, co poróżniło Ukraińców i Rosjan i odpowiedzieć na najczęściej zadawane na ten temat pytania.


Kiedy to się zaczęło?

Dokładną datę rozpoczęcia wojny rosyjsko-ukraińskiej w zasadzie trudno jednoznacznie ustalić. Symboliczną datą wybuchu gwałtownego prorosyjskiego separatyzmu na Krymie i znacznej części wschodnich regionów Ukrainy stał się 22 lutego 2014 roku. Ten sam dzień, w którym uciekł z Kijowa obalony prezydent Wiktor Janukowycz, a Majdan świętował swoje zwycięstwo.


Kilkaset kilometrów na wschód rodziła się tymczasem już inspirowana przez Rosję antymajdanowska rewolucja. Nim naprawdę gorąco zrobiło się jednak w Donbasie, Ukraina łatwo straciła Krym. Już 1 marca 2014 roku Władimir Putin zwrócił się do Rady Federacji z wnioskiem o zgodę na wysłanie wojsk rosyjskich na Ukrainę, a dziesięć dni później tzw. zielone ludziki skutecznie doprowadziły do przyjęcia deklaracji niepodległości Republiki Krymu.


Ta niepodległość trwała krótko, bo po tygodniu odbyło się referendum w sprawie przyłączenia Krymu do Federacji Rosyjskiej, którego frekwencja sięgała... 123 proc. i 21 marca 2014 roku Władimir Putin mógł sygnować już dokument włączający Krym w obszar rządzonego jego twardą ręką kraju.


W tym samym czasie widmo równie skutecznych działań "separatystycznych" unosiło się również nad Donieckiem, Charkowem i Dniepropietrowskiem na wschodzie, a także Odessą, Chersoniem i Zaporożem nad Morzem Czarnym, gdzie do głosu dochodzili przede wszystkim przeciwnicy nowych władz wywodzących się z Majdanu. Już wówczas w regionach tych dochodziło do szturmów na siedziby urzędów i organów ścigania.

Dzięki przekonaniu wpływowych oligarchów z części tych regionów i oddaniu im wpływu na wykonywaną tam władzę, nowej kijowskiej ekipie premiera Arsenija Jaceniuka udało się po kilku tygodniach zdusić bunt w większości tych miast. Nie udało się to jednak w Doniecku i Ługańsku, gdzie już na początku kwietnia tzw. separatyści przejęli pełną władzę i zaczęto przygotowania do powtórzenia scenariusza krymskiego. 13 kwietnia 2014 roku ukraiński rząd postanowił więc o rozpoczęciu "operacji antyterrorystycznej" na wschodzie, co ostatecznie przypieczętowało wybuch otwartego konfliktu z Rosją.

Dlaczego Ukraińcy przegrywają?

gen. Stanisław Koziej
szef BBN

Pamiętajmy, że Ukraina jest osamotniona w obliczu Rosji. Ona prowadziła cały czas politykę pozablokowości, nie ma żadnych sojuszy, żadnych podpisanych porozumień. W związku z tym w regularnej wojnie z potęgą nie ma żadnych szans i musi szukać różnych sposobów, aby uniknąć czołowego zderzenia „malucha” z TIR-em... Czytaj więcej

Tak szef BBN oceniał sytuację Ukrainy już wiosną ubiegłego roku. I wskazywał na zasadniczy problem ukraińskiej armii, którym był fakt, iż wielu jej żołnierzy czuło się... Rosjanami. W ukraińskich koszarach do ubiegłego roku dominującym językiem był rosyjski także dlatego, że z Rosji pochodziła spora część kadry dowódczej. I to tej najwyższego szczebla. Nowy, proeuropejski rząd w Kijowie nie mógł więc polegać na tym, iż wojsko będzie mu w stu procentach posłuszne w konflikcie z Rosją. Tłumaczył to w rozmowie z naTemat jesienią badacz Ukrainy Bartosz Chromik.
Bartosz Chromik
badacz Ukrainy

Janukowycz właściwie zdemontował państwo. Armia była niedofinansowana, szefem resortu był obywatel Rosji, a służby specjalne miały prawdziwych dowódców w rosyjskim FSB. Dla większości ludzi to więc jasne, że na dowództwie regularnego wojska nie można dziś polegać.

To główny powód, dla którego od samego początku o utrzymanie Donbasu w granicach Ukrainy walczą przede wszystkim ochotnicy pochodzący z najbardziej proeuropejskich regionów zachodniej Ukrainy. – To w dużej mierze głównie chłopcy z karpackich wiosek muszą ginąć za ojczyznę – podkreślał Chromik.

W czyje wojenne doniesienia wierzyć?

Wojna na Ukrainie to nowoczesna wojna hybrydowa, której elementem jest nie tylko nieregularny sposób prowadzenia działań wojennych i rezygnacja z otwartego konfrontowania się pod określoną flagą. Ważną część związanych z nią działań stanowi walka psychologiczna.

Przybierająca w starciu rosyjsko-ukraińskim zwykle formę najprostszej w świecie propagandy. Łatwość z jaką obu stronom konfliktu przychodzi manipulowanie faktami wynika stąd, iż zarówno Ukraińcy, jak i Rosjanie to społeczeństwa od pokoleń głęboko indoktrynowane przez speców od socjotechniki. Byli jej ofiarami w czasach sowieckich, a następnie te same metody zarządzania społeczeństwem przyjęto w niepodległej Ukrainie i przechrzczonymna Federację Rosyjską byłym ZSRR.

Dodatkową siłę obecnej wojennej propagandy, która przydaje się do manipulowania odbiorcami na całym świecie, stanowi natomiast popularność i szybkość działania mediów społecznościowych. Nie bez powodu Ukraińcy powołali kilka specjalnych komórek medialnych odpowiedzialnych za relacjonowanie najnowszych wydarzeń na Facebooku, Twitterze, Instagramie, czy popularnym wśród posługujących się cyrylicą VK.com.

Identycznie działają Rosjanie, którzy swoją wersję wydarzeń sprzedają światu na fan page'ach i w memach stworzonych rzekomo przez separatystów. Czasem tak bezczelnie, jak przed kilkoma dniami, gdy puścili w sieć mema ze wzruszającą historią pięknej Sashy Serovej, która miała dzielnie pomagać separatystom jako sanitariusza, a niedawno została "schwytana przez kijowską juntę" i brutalnie zamordowana.

Tworzący tę propagandową wrzutkę Rosjanin zasugerował też, że Ukraińcy mieli przed zamordowaniem Sashy wykorzystać ją seksualnie i chyba nieco zbyt mocno obrazy ostrego seksu stanęły mu przed oczami, bo twarz dla fikcyjnej sanitariuszki z Donbasu ukradł... byłej gwieździe porno Sashy Grey.
Miał być międzynarodowy sukces tej historii, a tymczasem wyszło wręcz przeciwnie, bo aktorka szybko dowiedziała się o manipulacji z jej udziałem. – Kocham moich rosyjskich fanów, ale ta propaganda to już zbyt wiele – stwierdziła na Twitterze. I od kilku dni to jest najpopularniejszy wpis w mediach społecznościowych na temat wojny na Ukrainie.

Jak wygląda praca internetowych trolli Kremla, ma pokazywać opublikowana niedawno w sieci relacja byłej pracownicy jednego z ośrodków walki psychologicznej w cyberprzestrzeni, który ulokowany jest w Petersburgu. W serwisie Sobaka.ru zdradzała ona na przykład, że uchodzący za ukraiński portal nahnews.com.ua. w rzeczywistości jest tworzony w Petersburgu na Sawuszkina 55. Podobnie jaki kilka innych pseudoukraińkich serwisów informacyjnych, w tym słynny Antymajdan.

I tej demaskatorskiej historii nie można jednak dać pełnej wiary. Choćby ze względu na pytanie o to, dlaczego pracownica tak ważnego elementu rosyjskiej machiny propagandowej miałaby ryzykować. Wątpliwości budzi też skierowanie uwagi świata na Petersburg, gdy tymczasem od lat mówiło się, iż główny ośrodek rosyjskich speców od wojny w cyberprzestrzeni znajduje się w tatarstańskim Kazaniu, gdzie mieści się wiele najważniejszych instytucji naukowych w Rosji.

Doniesienia w mediach społecznościowych, dyskusje w komentarzach i rozpowszechniane na temat wojny na Ukrainie memy należy traktować więc ze sporym dystansem. Komu więc zaufać? Niezmiennie dobrą robotę w takich przypadkach robią korespondenci renomowanych międzynarodowych agencji informacyjnych.

Na Ukrainie szczególnie aktywny jest Reuters, którego informacje są precyzyjne i zwykle pozbawione emocjonalnego tła. W przypadku wojny w Donbasie wśród najlepszych korespondencji znajdują się te polskich dziennikarzy, którzy lepiej od zachodnich kolegów rozumieją nie tylko język, ale i mentalność zarówno Rosjan, jak i Ukraińców.

Dlaczego Ukraina nie odpuści okupowanych przez Rosję regionów?

Skoro mieszkańcy Krymu i Donbasu dali się w znacznej części uwieść rosyjskiej propagandzie, która obiecuje im dostatek i straszy, że z Kijowa nadejdą faszyści, wydaje się całkiem sensowne, by nowa Ukraina pozwoliła nieco zmienić granicę. Szczególnie, że mowa o postsowieckich przemysłowych regionach, które byłby wielkim wyzwaniem dla reformatorów i skutecznie utrudniały wejście Ukrainy do Unii Europejskiej nawet, gdyby panował tam pokój.

Ostateczne i otwarte odpuszczenie Donbasu i Krymu w wywiadzie udzielonym Jolancie Pieńkowskiej zasugerował Ukraińcom prof. Norman Davies. – Ważne, aby Ukraina przeżyła i się wzmocniła, przede wszystkim finansowo, i aby rozwiązała swoje problemy. Powoli, powoli wyjdzie z tego kryzysu – sugerował.

Na co z pewnością przyklasnęło mu wielu zmęczonych wojną sąsiadów zza wschodniej granicy. Bo wbrew wszelkim pozorom i na Ukrainie nie brakuje ludzi, którzy nie godzą się na zbyt wysokie koszty, które pochłania walka o Donbas i które generować będzie jego odbudowa. – Mówi się, że skoro na wschodzie tak bardzo chcą do Putina, to niech zobaczą, jak naprawdę jest w jego imperium. I pewnie wtedy zatęsknią za Ukrainą tak, jak już tęsknią na Krymie – relacjonował nam już jesienią wspomniany wcześniej Bartosz Chromik.

I władze w Kijowie może brałby te opinie pod uwagę, gdyby mogły choć odrobinę zaufać Rosji i wytyczyć oficjalnie nowe, nienaruszalne już granice. Być może ten donbaski "gorący kartofel" udałoby się przerzucić za stałą rosyjską granicę bez udziału Kremla, ale ze stanowczym wsparciem UE, NATO i przede wszystkim Organizacji Narodów Zjednoczonych. Zachód jak na razie nie wykazuje jednak ochoty na więcej niż potwierdzenie nienaruszalności granic, które naruszone zostały już dawno temu. I to wielokrotnie.

Kluczowym wyzwaniem dla Ukraińców broniących się przed Rosjanami wydaje się już nie tyle odzyskanie okupowanych terenów, co sprawienie, by front przestał wreszcie przesuwać się na zachód. W ciągu minionego roku jego linia przesunęła się bowiem o kilkadziesiąt do miejscami nawet kilkuset kilometrów, co sprawiło, że w stan podwyższonej gotowości postawiono kilkanaście dni temu nawet siły odpowiedzialne za obronę stolicy i zarządzono przegląd kijowskich schronów.

Czy ta wojna dotrze do Polski?

gen. Roman Polko
były dowódca GROM

– Oddanie Krymu bez walki, oddanie lotniska w Doniecku, teraz Debalcewo. Ukraińska armia jest w rozsypce. A przecież Rosja nie wysłała na Ukrainę jakichś znaczących sił. To nie są dywizje, ale tysiąc, dwa czy trzy tysiące żołnierzy. Z takimi działaniami armia powinna sobie poradzić Czytaj więcej

I tłumaczył, że prawdopodobieństwo rosyjskiego ataku na Polskę jest bardzo małe, a ciągłe rozważanie nad Wisłą najczarniejszych scenariuszy nie powinno służyć wywoływaniu paniki, a budowaniu świadomości obronnej. – Gdybyśmy byli pewni, że nie będzie wojny, to jaki byłby sens utrzymywania sił zbrojnych – pytał retorycznie były dowódca GROM.

Podobną ocenę przedstawił w czwartek także ekspert w dziedzinie obronności, redaktor naczelny magazynu "Raport" Michał Likowski. – Nie ma naprawdę żadnych istotnych sygnałów, które świadczyłby o przygotowaniach na Wschodzie do wojny na dużą skalę z Polską czy innymi krajami NATO – komentował spekulacje o tym, iż na rozkaz z Kremla mogliby nas skutecznie zaatakować Białorusini.
Michał Likowski
redaktor naczelny magazynu "Raport"

zym innym jest widmo wojny hybrydowej, ale ta daje duże szanse powodzenia wyłącznie wobec słabych państw, takich jak Ukraina. W przypadku krajów silniejszych wewnętrznie, dysponujących większym potencjałem militarnym i dysponujących wsparciem Sojuszu, taki scenariusz byłby dla inspiratorów o wiele bardziej ryzykowny. Należy go więc uznać za mało prawdopodobny. Przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości. Czytaj więcej

Podróż na Ukrainę może być bezpieczna?

Może. O czym całkiem niedawno zapewniał czytelników naTemat Krzysztof Majak. "Trudno mówić o "korzyściach" płynących z wojny. Zwłaszcza, że Polacy są całym sercem z Ukraińcami. Prawda jest jednak taka, że hrywna jest dziś tania jak nigdy, a najlepsze hotele na Ukrainie stoją puste. Dziś dla mieszkańców Lwowa turysta jest na wagę złota, a dla nas to niebywała okazja, aby tak tanio zobaczyć Kresy" - sugerował nasz redakcyjny spec od podróży w nietypowe miejsca świata.

Ze zdobytych przez niego informacji wynika, że "na trasie od Lwowa do Kijowa i Odessy jest bezpiecznie i życie toczy się spokojnie i normalnie". Co więcej, Polacy podróżujący teraz po Ukrainie mówią o swoich przeżyciach w samych superlatywach. Nie tylko dlatego, że Ukraińcy odkryli w nas swoich braci i doceniają polskie wysiłki na arenie międzynarodowej. Lwów czy Odessa to też jedne z niewielu pięknych europejskich miast, gdzie przeciętny Polak może poczuć się niczym Anglik w Krakowie.

To wykorzystywanie kłopotów Ukraińców? Ależ skąd! W dobitnych słowach przypominał o tym niedawno bloger naTemat Maciej Kowalski:
Maciej Kowalski
Wolne Konopie

Ukraina potrzebuje europejskich turystów i przedsiębiorców, a nie transportów broni i "wyrazów zaniepokojenia" na Twitterze. Drastyczny spadek wartości hrywny, choć bolesny dla dużej części mieszkańców, powinien stanowić sygnał do wzmocnienia korzystnej dla obu stron wymiany gospodarczej, a nie załamywania rąk i kontrproduktywnego biadolenia, jaka to ta nasza Ukraina biedna. Czytaj więcej