
Ryzykowna czy tylko symboliczna? Eksperci spierają się o to, jakie znaczenie będzie miała decyzja o wysłaniu na Ukrainę kilkudziesięciu wojskowych instruktorów. Zgodni są co do jednego – Kreml wykorzysta ją propagandowo, pokazując, że Polska właśnie wybrała się na wojnę. A są tacy, którzy uważają, że faktycznie od wysłania żołnierzy szkoleniowców już tylko krok do otwartego konfliktu z Rosją.
Choć ostateczna decyzja w sprawie wysłania polskich instruktorów na Ukrainę ma zapaść w marcu, z wypowiedzi naszych oficjeli można wywnioskować, że to właściwie przesądzone. Na wschód pojedzie prawdopodobnie 75 wojskowych, którzy będą szkolić Ukraińców w zakresie dowodzenia. Szkolenia mają się odbywać w ośrodkach pod Lwowem i Kijowem, a więc daleko od linii frontu. Będą częścią szerszej akcji reformowania systemu ukraińskich oficerów, w której już teraz bierze udział pięć polskich uczelni wojskowych i kilkudziesięciu ekspertów.
Słusznie? Naprawdę mamy się czego obawiać? Politycy i eksperci różnie odpowiadają na to pytanie. Ci pierwsi w zależności od tego, którą opcję reprezentują. PiS ustami posła Marka Opioły mówił wczoraj, że wysłanie instruktorów to "krok w dobrym kierunku", tyle że spóźniony. Takie stanowisko nie może dziwić, bo akurat ta część prawicy opowiada się za mocniejszym wsparciem dla Kijowa, łącznie z dostawami broni.
Jeśli mowa o szkoleniach, powinna to być decyzja NATO. Nie tylko poszczególnych krajów, jak Wielka Brytania i USA, ale także Niemiec czy Francji. Oczywiste jest to, że Brytyjczycy i Amerykanie są w innej sytuacji. My jesteśmy bliskim sąsiadem Ukrainy, więc ryzyko jest dużo większe.
Inaczej plany polskich władz ocenia generał Roman Poko, były dowódca GROM i były wiceszef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Podpisuje się pod głosami mówiącymi o tym, że szkolenia na Ukrainie to tylko symboliczne wsparcie. – Po pierwsze, to tylko poziom taktyczny szkolenia. Po drugie, dosyć dużo czasu zajmie ustalenie, czego tak naprawdę potrzebują Ukraińcy, jakich specjalistów i ekspertów, na jakim sprzęcie ich szkolić i do jakich działań. W Polsce budowa korpusu oficerów zajęła kilkanaście lat, więc na Ukrainie też dopiero po takim czasie trzeba spodziewać się efektów – ocenia.
Faktem jest też, że wysłanie na Ukrainę żołnierzy - nawet w roli szkoleniowców - można odebrać jako wydarzenie, które uprawdopodabnia scenariusz, w którym wysyłamy tamtejszej armii broń. Mówi się o tym od dłuższego czasu, ale władze są w tej sprawie wyjątkowo ostrożne.
