Zdjęcie małej Syryjki stało się dla świata symbolem, bo jest... profesjonalne. Czas na powrót fotografii reporterskiej!

Od kilku dni cały świat mówi o tym zdjęciu Osmana Sağırlı	ego. BBC okrzyknęło je nawet najlepszym symbolem dramatu, który dzieje się w Syrii.
Od kilku dni cały świat mówi o tym zdjęciu Osmana Sağırlı ego. BBC okrzyknęło je nawet najlepszym symbolem dramatu, który dzieje się w Syrii. Fot. Osman Sağırlı / „Türkiye”, Nadia AbuShaban / Twitter.com
Obraz syryjskiej dziewczynki podnoszącej ręce w geście poddania się na widok obiektywu aparatu, który wzięła za lufę broni, najlepiej opisał nam dramat na Bliskim Wschodzie. Od dawna żadne zdjęcie nie wywołało tak wiele emocji, jak ten kadr, który uchwycił fotoreporter Osman Sağırlı. Bo i dawno nie było okazji takich fotografii oglądać. Media za wszelką cenę walczące o jak najkrótszy czas podania informacji i jak najniższą jej cenę, zapomniały bowiem, że zawodowi fotoreporterzy potrafią swoimi zdjęciami opowiedzieć znacznie więcej niż mogłoby się wydawać.


Bo zapomnieliśmy o dobrej fotografii...
Gdyby nie niewielu takich, jak Osman Sağırlı, którzy walczą o przetrwanie zawodu fotoreportera, ta krótka, a tak głęboko przejmująca i prosta do zrozumienia historia z Syrii, nigdy nie miałaby okazji do nas dotrzeć. W miejscach takich, jak obóz dla uchodźców w Atme na pograniczu syryjsko-tureckim nie ma bowiem smartfonów, Facebooka, Twittera czy dostępu do internetu. O życiu tam nie mogliśmy więc dowiedzieć się dzięki temu, że ktoś przypadkowy kilkoma kliknięciami wysłał swoje zdjęcia na skrzynkę jakiejś popularnej redakcji, albo opublikował je na jednym z serwisów społecznościowych.


Sağırlı odważył się jednak tam pojechać, gdzie miał okazję sfotografować m.in. czteroletnią Hudeę. W czasach, gdy duże renomowane redakcje zamykają działy fotograficzne, a dostarczenie najświeższych materiałów z najnowszych wydarzeń łatwo i tanio dostarczają amatorzy, internet i zupełny przypadek, coraz rzadziej oglądamy kadry, które mogą w prosty sposób opisywać wydarzenia na świecie i stawać się symbolami.


Złota era
Takimi, jak chociażby pamiętne zdjęcie Chrisa Niedenthala z pogrążonej w stanie wojennym Warszawy. Obraz przedstawiający żołnierzy stojących wokół transportera opancerzonego przed kinem "Moskwa", na budynku którego wisiał wielki plakat reklamujący ówczesny amerykański hit kinowy "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli był dla świata równie wymowny na temat ówczesnej sytuacji w Polsce, co widok poddającej się na przed obiektywem małej Syryjki.


Nie, przechodząc przypadkiem, a dzięki byciu cieniem chirurgów-pionierów transplantacji serca, zdjęcie pokazujące, jak wielkim wysiłkiem dla prof. Zbigniewa Religii była walka o rozwój polskiej medycyny udało się zrobić Jamesowi Stanfieldowi.
Było to mniej więcej w tym samym czasie, gdy Steve McCurry w Afganistanie fotografował nastoletnią Pasztunkę Sharbat Gulę, której beznamiętne, zielone oczy do dziś są symbolem tego wszystkiego, przez co przeszedł Afganistan.
Żadnych wątpliwości o dramacie Afryki nie pozostawiała też słynna, nagrodzona Pulitzerem fotografia Kevina Cartera, który dokumentując los ofiar głodu w Sudanie znalazł się w sytuacji, w której mógł uchwycić moment, gdy padlinożerny sęp niecierpliwie wpatruje się we wciąż dopiero umierające z niedożywienia maleńkie dziecko. Podobnych zdjęć-symboli w dorobku Cartera i jego przyjaciół zwanych Bang Bang Club było więcej.
Piotr Andrews
forograf, fotoreporter wojenny

Wtedy wiedziałem jedynie, że to bardzo zgrana grupa fotografów i przyjaciół. Pracowali bezbłędnie, zawsze szukając ważnych zdjęć. Wozili z sobą skanery policyjne, jeżdżąc dwoma samochodami. Każdy z fotografów Bang Bang Club mówił w afrikaans (oficjalny język RPA, posługiwały się nim siły porządkowe oraz wojsko), ponieważ wszyscy oni byli Południowoafrykańczykami. Czytaj więcej

Jeszcze nieco ponad dekadę temu fotoreporterzy byli gwiazdami mediów, których doceniano za to, że jednym zdjęciem potrafili zagwarantować wydawcom rekordowe wyniki.
Paradoksalnie jednak nadejście czasów, w których najbardziej liczy się obrazek, sprawiło, że miejsca na fotografię reporterską zabrakło. Nawet na okładkach tak prestiżowych dzienników, jak brytyjski "The Guardian", niemiecki "Die Welt", czy amerykański "The New York Post" co kilka dni pojawiają się nie prace profesjonalistów, a materiały zdobyte przez redakcje dzięki uprzejmości czytelników czy internautów, którzy zdobyty przypadkiem materiał dotyczący ciekawego wydarzenia wrzucili do sieci.

Przypadek nie czyni fotoreportera
– Nie możemy uwierzyć w to, że skoro kupiliśmy sobie aparat, najlepiej drogi, to od razu jesteśmy fotoreporterami, bo to tacy ludzie, którzy idą z aparatem tam, gdzie coś się dzieje – przypomina w rozmowie z naTemat fotoreporter i były szef działów foto ogólnopolskich dzienników.

– Masowość i dostępność fotografii postępują. Podstawowe techniczne umiejętności nie są dziś potrzebne, bo narzędzia do ustawiania ostrości, czy kontrolowania światła dostajemy razem z nowym sprzętem. Nigdy nie kupimy jednak w ten sposób umiejętności posługiwania się aparatem we właściwy sposób – dodaje.
Piotr Bławicki
fotoreporter

Przeciętny odbiorca nie wie, że fakt, iż jedna fotografia do niego przemawia a inna nie, to nie działo przypadku. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że są określone zasady konstrukcji fotografii. To różne rodzaje kadrowania, kompozycja po przekątnej, mocne punkty.Różnie odbieramy zdjęcie człowieka, a różnie zwierzęcia. Inne emocje wywołuje kadr, na którym widać oczy, a inne, gdy ich nie widać. Kluczowy może być też kierunek i perspektywa. Umiejętności fotografa sprawiają, że socjotechniczny odbiór zdjęcia jest zupełnie inny. Lepszy, silniejszy.

Jednocześnie mój rozmówca ocenia, że nie ma już szans na powrót do dawnej rangi fachu reporterskiego. – Jeszcze kiedy byłem szefem działo foto w "Super Expressie" rozmawialiśmy z szefami agencji fotograficznych i gazet w Polsce o tym, jak sprzedawać zdjęcia w czasach, gdy pojawił się internet. I wtedy niestety uznano, że "to co dotyczy netu jest za darmo". No albo za grosze. I ten trend trudno odwrócić do dziś. A fotograf musi równie wiele wysiłku włożyć w zdjęcie do prasy drukowanej, co do sieci. Internet oddaliśmy jednak fotoreportersko już dawno temu – stwierdza Bławicki.

O dobrym zdjęciu, które na długo zapada w pamięci odbiorców decyduje jednak nie tylko odpowiedni warsztat, ale i oddanie, które towarzyszy zanikającemu fachowi fotoreportera. "Czy ta praca jest ciężka? Nie, bo dla dobrych fotoreporterów to pasja, hobby i styl życia. Torba fotograficzna ze sprzętem towarzyszy nam zawsze i ma w sobie wszystko co niezbędne. Jadąc na zdjęcia w dalekie strony świata można nie mieć ze sobą plecaka z bielizną, ale torbę fotograficzną ma się przy sobie, bo w niej jest szczoteczka do zębów" – pisał w felietonie dla naTemat Jerzy Gumowski - były fotoreporter wielu polskich dzienników i wykładowca w Warszawskiej Szkole Filmowej.
Jerzy Gumowski
fotoreporter, były wiceszef działu fotograficznego w "Rzeczpospolitej", wykładowca i członek ZPAF

Misją stała się konieczność pokazania świata i tego, co się aktualnie dzieje. Pobyt na Bałkanach w oblężonym Sarajewie, Czeczenii i wielu innych miejscach nie był ciężki, był wspaniałą przygodą, bez ośmiogodzinnego dnia pracy i bez szefa nad głową. Pracowało się z wewnętrznego przekonania, że będzie można mieć wpływ na zmianę tego świata... Czytaj więcej

Ten obraz Gumowski musiał bowiem podsumować smutną konstatacją, iż od kilku lat wydawcy zaczęli niszczyć ten zawód. "Podobno ze względów ekonomicznych i łatwego dostępu do fotografii" – ubolewał fotoreporter. Wielkie zainteresowanie zaledwie jednym, ale po prostu dobrym zdjęciem Sağırlıego być może daje jednak nadzieję, że nie wszystko do końca stracone.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl