Jarosław Gowin "stawał na głowie", by uniknąć wojska. Co robili inni? "Próbowałem się powiesić"

Jarosław Gowin "stawał na głowie", by uniknąć wojska. Sposób było więcej: "Próbowałem się powiesić"
Jarosław Gowin "stawał na głowie", by uniknąć wojska. Sposób było więcej: "Próbowałem się powiesić" Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
– W czasach kiedy studiowałem, pójście do wojska było jednoznaczną deklaracją polityczną. Robiliśmy wszystko, stawialiśmy na głowie, żeby uniknąć służby wojskowej – powiedział Jarosław Gowin na antenie RMF FM. Dziś, jak zauważa polityk, pójście do wojska jest dla wielu zaszczytem, ale do tego potrzebna była profesjonalizacja armii.

Opowieści o sposobach, które pozwalały na uniknięcie zasadniczej służby wojskowej słyszał niemal każdy. Ojcowie, dziadkowie oraz starsi koledzy chełpią się tym, w jak wymyślny sposób udało im się "nie zmarnować dwóch lat życia w armii". Powodem do dumy bywa nawet mówienie o tym, że zdobyło się papiery potwierdzające moczenie nocne. Wśród najczęściej wymienianych metod, najogólniej można wskazać trzy: problemy ze zdrowiem, kontynuacja nauki lub ucieczka za granicę.


– Miałem przyjaciela, który zdał na Uniwersytet Warszawski wyłącznie po to, aby po zaliczeniu pierwszych egzaminów złożyć prośbę o paszport i uciec do Stanów – mówi Marek, który przez lata uciekał przed służbą wojskową. Za jego czasów, czyli na początku lat 90., modne było robienie nakłuć igłą w miejscach, gdzie narkomani wstrzykują sobie heroinę. – Na początku to kupowali, ale szybko zorientowali się, że to przekręt – mów Marek.
Jak mówi nasz rozmówca, warto było również pojawiać się kilka razy na spotkaniu anonimowych alkoholików i mieć na koncie parę wizyt w izbie wytrzeźwień. – To nie uwalniało całkowicie od służby, ale często pozwalało dostać odroczenie – mówi. Podobnie jak lewe zaświadczenia lekarskie, które wojskowi lekarze dosyć skutecznie wykrywali.

"I tak do nas wrócisz"
Niektórzy, podobnie jak nasz rozmówca, przeszli całą drogę unikania służby wojskowej. Pierwszą "odroczkę" dostał już w szkole policealnej, do której zapisał się właśnie w celu uniknięcia służby. Później, również z tym samym zamiarem, dostał się na uczelnię wyższą. Nie udało się uniknąć wojska. W 1996 roku trafił ostatecznie do armii, a konkretnie do czołgu. – Pozorowałem wtedy próbę samobójczą przez powieszenie – mówi naTemat.


Natychmiast trafił do szpitala psychiatrycznego w Poznaniu. Symulacja szła mu tak dobrze, że przestraszył się zamknięcia za murami szpitala. – Kierowała mnie lekarka wojskowa, która krzyczała na trepa "jak można człowieka w takim stanie brać do wojska" – wspomina. Na odchodne przełożony powiedział mu "do zobaczenia, i tak do nas wrócisz". Dlatego po wyjściu ze szpitala zapisał się do poradni zdrowia psychicznego, gdzie symulował najróżniejsze lęki. To wystarczyło.

Nie wszyscy mieli jednak tyle szczęścia. Próby samobójcze u osób będących już w jednostkach były domeną najbardziej obawiających się wojska.
– Najczęściej próbowali się wieszać. Każdy w wojsku dostawał kawałek szmaty, który miał udawać ręcznik. Skręcało się go i tarło gardło, aby zostawiało ślad podobny do tego po podwieszeniu. Uczestniczył w tym zaprzyjaźniony kolega, który wzywał pomoc, twierdząc, że jego kompan chciał popełnił samobójstwo. Tego procederu wojskowi się bali – mówi z kolei Dariusz Rembelski, dziennikarz zajmujący się wojskowością i militariami.

Nie wszystkie próby samobójcze kończyły się w sposób zaplanowany przez mimowolnego żołnierza. – Gdy ja byłem w jednostce, w czasie pierwszych tygodni unitarki próbę podjęły trzy, może cztery osoby – dodaje Rembelski. Przy każdej takiej próbie na miejscu pojawiał się prokurator, który badał zdarzenie. Jeśli udowodnił, że zdarzenie było wyłącznie oszustwem, niemal z automatu delikwent trafiał do więzienia. Po jego opuszczeniu zaś i tak wracał do wojska. Aby tego uniknąć, próba samobójcza musiała być bardzo wiarygodna. Tak bardzo, że niejednokrotnie kończyła się śmiercią.

Lata wyjęte z życiorysu
Przed rokiem 1989 Wojsko Polskie liczyło blisko 400 tys. osób. Płk Tomasz Szulejko przyznaje, że wielu młodych ludzi czuło się wówczas zmuszonych do służby. – Wielu z nich miało problem z zaakceptowaniem słów ówczesnej przysięgi wojskowej. Istotne było również, że służba trwała w przypadku wojsk lądowych i powietrznych dwa lata, a w marynarce wojennej nawet rok więcej. To był bardzo długi czas, określany przez młodych jako stracony czy wyrwany z życiorysu – mówi rzecznik prasowy Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Ustawa z dnia 22 listopada 1952 r. o przysiędze wojskowej

Ja, obywatel Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, stając w szeregach Wojska Polskiego, przysięgam Narodowi Polskiemu być uczciwym, zdyscyplinowanym, mężnym i czujnym żołnierzem, wykonywać dokładnie rozkazy przełożonych i przepisy regulaminów, dochować ściśle tajemnicy wojskowej i państwowej, nie splamić nigdy honoru i godności żołnierza polskiego. Przysięgam służyć ze wszystkich sił Ojczyźnie, bronić niezłomnie praw ludu pracującego, zawarowanych w Konstytucji, stać nieugięcie na straży władzy ludowej, dochować wierności Rządowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Przysięgam strzec niezłomnie wolności, niepodległości i granic Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przed zakusami imperializmu, stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami i w razie potrzeby nie szczędząc krwi ani życia mężnie walczyć w obronie Ojczyzny, o świętą sprawę niepodległości, wolności i szczęścia ludu. Gdybym nie bacząc na tę moją uroczystą przysięgę obowiązek wierności wobec Ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej". Czytaj więcej

płk Tomasz Szulejko
Rzecznik prasowy Sztabu Generalnego Wojska Polskiego

Młodzi ludzie szukali różnych sposobów, aby uniknąć służby. Zdarzało się, że stan zdrowia uniemożliwiał wcielenie do wojska. Choroba ujawniała objawy tuż przed rozpoczęciem, lub w trakcie procedury powołania. Najczęściej robiono to przez edukację, co dawało odroczenie na czas studiów. Po zakończeniu nauki, służba trwała zdecydowanie krócej. Tak zwani „wieczni studenci”, po wielu latach długotrwałej nauki potrafili dotrwać do osiągnięcia granicy wieku, zwalniającej z powołania do wojska.

Płk Szulejko zauważa, że w niektórych regionach kraju było wręcz przeciwnie, polska tradycja wojskowa miała tam szczególnie silne oddziaływanie. – W wielu grupach społecznych funkcjonowało przeświadczenie, że jeśli ktoś ma być stuprocentowym mężczyzną, musi przejść służbę wojskową – mówi naTemat.

Jeśli ktoś chciał iść do wojska, oprócz nacisku społecznego, zachęcały go do tego względy czysto pragmatycznie. – Wojsko było miejscem, w których młody człowiek mógł podnieść swoje umiejętności. To pozwalało mu lepiej przygotować się do samodzielnego życia. Na przykład, przed wstąpieniem do wojska, żołnierzy kierowano na kursy prawa jazdy na samochody ciężarowe – mówi. Pozwalało to na zdobycie pracy już po odbyciu służby.

Płk Szulejko zauważa, że życie wojskowe dzieliło się dawniej na "regulaminowe" i "pozaregulaminowe". – Wiele mówiło się o zjawisku fali, czyli sposobach traktowania młodych przez starsze roczniki, co nie było zgodne z normami życia społecznego – mówi rzecznik prasowy Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Od wojska odstraszało także odsyłanie do jednostek leżących "po przekątnej", czyli osoby ze Szczecina pełniły służbę np. w Rzeszowie, a żołnierze z Suwałk w Jeleniej Górze. – To wszystko mogło skłaniać młodych do unikania służby – mówi wojskowy.

Tradycja uników ciągle żywa
W internecie wciąż można znaleźć setki porad, co zrobić aby uniknąć munduru. Trzeba je dziś traktować jako swego rodzaju źródło historyczne, bo do wojska idą dziś wyłącznie ci, którzy chcą bronić ojczyzny, a i oni muszą udowodnić, że się nadają.

Dziś również zdarza się, że młodzi zaczynają szukać sposobów na uniknięcie ćwiczeń rezerwistów. "Jak zmienić kategorię wojskową?", "W świetle ostatnich wydarzeń politycznych, czy przysługuje mi zmiana kategorii?", "Czy transseksualizm kwalifikuje do zmiany kategorii wojskowej z A na D?" – to pytania młodych Polaków, które zdaniem Jakuba Nocha, nurtują wielu młodych Polaków.

Płk Tomasz Szulejko przyznaje, że dawniej służba wojskowa była kontestowana, ale dziś to zjawisko właściwie przestało istnieć. Zmienił się sposób myślenia o wojsku, które stało się dla wielu młodych ludzi atrakcyjne. Zakończył się czas armii z powszechnego, obowiązkowego, przymusowego poboru. Współczesne, zawodowe Wojsko Polskie oparte jest o nabór i rekrutację entuzjastów.

– Jeśli kiedyś służba wojskowa nie przez wszystkich była akceptowana, dziś w warunkach armii ochotniczej, opartej o wysoką motywację, ten temat wygląda zupełnie inaczej – mówi płk Szulejko. Teraz, aby dostać się do szkoły oficerskiej, trzeba pokonać nawet 20 kontrkandydatów, co sprawia że nie każdy, nawet bardzo dobry kandydat, dostanie się do wojska.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...