
Korwin-Mikke zdradził Kukiza. – Niech Pan przekaże swoje głosy komukolwiek. Ja ich nie chcę – mówi dziś rozżalony Kukiz. Wszystko przez to, że Korwin-Mikke nie wywiązał się z umowy zawartej między nimi w jednej z Warszawskich restauracji i skrytykował JOW-y. Publicysta Jacek Żakowski mówi w "Bez autoryzacji", że ujawnienie umowy z Korwin-Mikkem jest wyrazem głupoty politycznej Pawła Kukiza.
REKLAMA
Antysystemowcy poróżnili się przed samymi wyborami. Musiało do tego dojść?
Jacek Żakowski: Musiało, głównie ze względów osobowościowych. Żaden z tych polityków nie jest człowiekiem, przy którym zostawiłbym portfel. Kukiz i Korwin-Mikke to ludzie "nawiedzeni". Są groźni, bo nie są w stanie zbudować sojuszu i zawsze się pokłócą, tak samo nie byliby w stanie budować trwałej polityki dla dużego kraju.
Korwin-Mikke obnażył słabość JOW-ów, które zdaniem Kukiza są panaceum na polskie problemy.
Problem JOW-ów jest bardzo poważny, bo to jedno z głównych złudzeń polskiej polityki. Ktoś wmówił obywatelom, że jest to dobry system polityczny, który może coś uratować. A to jest system, który buduje kliki i wzmacnia wielkie partie. Ogranicza demokracje, dlatego Anglicy od lat przygotowują się, aby odejść od tego systemu.
Rozumiem Korwin-Mikkego i jestem mu wdzięczny, że poświęcił sojusz z Kukizem, aby wytłumaczyć społeczeństwu, jak absurdalny system proponuje Paweł Kukiz. Ale siła Kukiza nie polega na tym, że proponuje JOW-y, tylko na tym, że jest w sposób absolutnie wiarygodny w totalnym konflikcie z rzeczywistością. Taki konflikt odczuwa bardzo duża grupa ludzi.
Myśli Pan, że Kukiz straci na tym więcej, niż tylko głosy Korwina, których się zrzeka?
Wydaje mi się, że Kukiz na tym nie straci z jednego prostego powodu. Ludzie nie głosują na niego, by został prezydentem. Robią to, by pokazać klikom politycznym, że ich nie cierpią. Że mają ich dość. Tu nie chodzi o to, aby go wybrać. Może jakaś niewielka grupka, 2, 3, 4 proc. byłaby skłonna uwierzyć, że będzie dobrym prezydentem. Reszta głosów to gesty Kozakiewicza pokazane elitom. Tak jak nie ma znaczenia program gospodarczy Dudy, bo ludzie nie z tego względu głosują na PiS.
Paweł Kukiz wyjawił kulisy spotkania z Korwin-Mikkem w jednej z warszawskich restauracji. Czy takie spotkanie, w czasie których kupczy się głosami, jest charakterystyczne dla anstysystemowców?
To jest charakterystyczne dla drugorzędnych kandydatów, którzy i tak mają nikłe szanse, aby odnieść realny sukces. To spotkanie to wyraz naiwność politycznej, bo przecież kompletnie inna jest linia polityczna Kukiza i Korwin-Mikkego. Wrażenie, że można powiedzieć wyborcom "przekazuję moje głosy" jest naiwnością polityczną, którą przez szereg lat ćwiczył Kościół. Przekazywał głosy wiernych jakiejś partii, a później okazywało się, że ci wierni mają w nosie głosy biskupów i głosują jak chcą. Przekazywanie głosów jest wyrazem głupoty politycznej, bo to nie działa.
Internauci zwracają uwagę, że to dogadywanie się w restauracji to czyste politykierstwo, typowe dla zepsutej klasy politycznej. Dla elit, z którymi antysystemowcy walczą.
To klasyczne działanie populistów. Gdy się pojawiają, wydają się być kompletnie inni. Podążają w triumfalnym marszu, a kiedy już znajdą się w realnej polityce – jak Paweł Kukiz – to ona ich kompromituje. Ludzie wyobrażali sobie, że te osoby są inne, ale polityka jest jaka jest. To spotkało Andrzeja Leppera, Stana Tymińskiego itd. Moim zdaniem, w tym wypadku poszło dość szybko.
To, że Kukiz ujawnił tę umowę, też jest wyrazem głupoty politycznej, bo przypisał się w ten sposób do cynicznego establishmentu, przeciwko któremu opowiada się jego elektorat. To tak, jak Jacek Kuroń założył krawat i z "naszego chłopa" stał się "ich człowiekiem".
Czy obnażenie antysystemowców to jedyny konkret wynikający z tej debaty?
Wydaje mi się, że ta debata pokazała miałkość i pustotę tej kampanii. Skompromitowała telewizję publiczną i powiedziała bardzo dużo o dysfunkcji polskiej polityki, jakie to wszystko jest idiotyczne. Ludzie porównują tę debatę do teleturnieju "Jeden z dziesięciu". To jest upokarzające zarówno dla kandydatów, którzy w niej wystąpili, jak i dla telewizji publicznej, że się w to zaangażowali. To pokazuje również, do jakiego standardu doszliśmy przy tak ważnych wyborach, jak wybór prezydenta. Bardzo współczułem kandydatom, że musieli przez dwie minuty opowiedzieć o polityce bezpieczeństwa i spraw zagranicznych. To niedopuszczalne, aby robić coś podobnego. Wydaje mi się, że sam fakt ich pojawienia się w tej debacie bardzo źle świadczy o nich wszystkich.
Debatę wygrał Bronisław Komorowski, który na nią nie poszedł?
I Paweł Kukiz, który potwierdził, że jest nieobliczalny.
Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl
