
Polacy reagują alergicznie na zbitkę słów "polskie obozy". Tym razem jednak to nie pomyłka, bo mowa o obozach dla uchodźców, w których dochodziło do dantejskich scen. Gruzińska dziennikarka Ekaterina Lemondżawa przygotowuje właśnie książkę, w której opisuje, co spotkało ją na polskiej ziemi. To wspomnienia, w których Polacy występują w roli oprawców.
– Powiedziano mi, że na kilka dni trafię do domu w lesie, że będzie fajnie, będę mogła iść pozbierać grzyby – wspomina Gruzinka cytowana przez Onet. Jednak miejsce, do którego trafiła w niczym nie przypominało tego z opisu.
Obóz dla uchodźców
Obóz dla uchodźców, Obóz dla osób przemieszczonych – obóz przeznaczony dla osób, które musiały opuścić miejsce stałego zamieszkania ze względu na zagrożenie życia, zdrowia, bądź wolności. Zagrożenie to jest najczęściej związane z walkami zbrojnymi, klęskami żywiołowymi, prześladowaniami z powodu religii, rasy lub przekonań politycznych. Czytaj więcej
Utracone marzenia W 2012 roku Ekaterina Lemondżawa musiała uciekać z Tbilisi, gdzie prowadziła klub rockowy. Interesowały się nią służby bezpieczeństwa, co oznaczało poważne kłopoty, z zagrożeniem życia włącznie. Przypadek sprawił, że trafiła nad Wisłę, choć docelowo marzyła o osiedleniu w Norwegii. Nie udało jej się jednak uzyskać pozwolenia na pobyt w Skandynawii, więc zawrócono ją do Polski.

– W Polsce na lotnisku czekali już na mnie przedstawiciele służby emigracyjnej. Byli ubrani po wojskowemu, zabrali mnie do metalowego pokoju, gdzie nie mogłam nic zrobić – wspomina. Była tu wielokrotnie przesłuchiwana. W czasie przeszukań, strażnicy graniczni zmuszali ją by rozbierała się do naga.
Sąd uznał, że przekroczyła granicę nielegalnie i może spędzić nawet rok w obozie dla uchodźców w Lesznowoli. – Wygląda na to, że szczególnie podoba im się studiowanie moich zakrwawionych majtek i patrzenie na mnie, ociekającą krwią. Ja miałam wrażenie, że jestem im coś dłużna, tym służbom, i że nie chcę im tego oddać – dlatego mnie karzą – słowami, czynami, podejściem – pisała w proteście uchodźców emigrantka. Swoją sprawę. Gruzinka opisała w głośnym liście do "Gazety Wyborczej".
Marta Górczyńska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka mówi naTemat, że w czasie gdy Lemondżawa trafiła do obozu dla uchodźców, położenie osób w podobnej sytuacji było diametralnie inne niż obecnie. – Cudzoziemcy, którzy oczekiwali na udzielenie statusu uchodźcy albo w trakcie postępowania wydaleniowego spotykali się z bardzo restrykcyjnymi metodami – mówi.
Marta Górczyńska
Historia, jakich wiele Ekaterina Lemondżawa zbiera właśnie pieniądze na niewydaną jeszcze książkę "Nr 56: Pamiętaj, nazywam się Ekaterina". Ale o tym, jak w owym czasie wyglądały polskie obozy dla uchodźców przekonał się również polski dziennikarz programu "Po prostu" Endy Gęsina-Torres. Na trzy tygodnie wcielił się w kubańskiego uchodźcę zamkniętego w ośrodku w Białymstoku.
Dał się złapać policjantom, którym opowiedział historię o nielegalnym przekroczeniu granicy z Białorusią. Ci przewieźli go do zamkniętego ośrodka dla uchodźców. Endy Gęsina-Torres spędził tam trzy tygodnie.
Endy Gęsina-Torres na własnej skórze przekonał się, jak bardzo reżim w nim panujący zbliżony jest do więziennego: przeszedł przez upokarzającą rewizję osobistą, budził się na gwizdek, korzystał z jednej, wydzielonej rolki papieru toaletowego na tydzień, spacerował przez godzinę dziennie (na więcej nie pozwalał regulamin).

Po zdemaskowaniu Gęsiny-Torresa, dziennikarz trafił przed oblicze sądu. Usłyszał wyrok za podrabianie dokumentów i składanie fałszywych zeznań. Prokurator domagał się kary sześciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Sąd uznał Endiego Gęsinę-Torresa za winnego. Jednak odstąpił od wymierzenia kary, poprzestając na orzeczeniu środka karnego - 2 tys. zł na cel charytatywny.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka opracowała specjalny raport ws. sytuacji uchodźców pt. "Migracja to nie zbrodnia". Wykazano, że w obozach dla uchodźców zupełnie niepotrzebnie panował reżim więzienny. – Zaobserwowaliśmy wiele elementów przeniesionych z zakładów karnych, które były niepotrzebne w stosunku od osób, które nie przebywały tam w związku z popełnionym przestępstwem. To nie był środek izolacyjny, tylko miejsce oczekiwania na rozwiązanie sytuacji prawnej – mówi Marta Górczyńska.
Marta Górczyńska
Jeszcze w 2012 roku, cudzoziemcy w obozach dla uchodźców musieli samodzielnie sprzątać wspólne pomieszczenia, w tym toalety. Dla ludzi z pewnych kręgów kulturowych było to upokarzające.
Dziś, reżim ten został złagodzony. Trudno stwierdzić, dlaczego w takim kraju jak Polska, dochodziło do tego typu zachowań. Marta Górczyńska tłumaczy, że mogło to wynikać z charakteru tych ośrodków, bo sam wygląd wzbudzał skojarzenia więzienne. – Często były to budynki wojskowe, areszty policyjne, które były okratowane. Przyczyniły się do tego również przepisy, które częściowo zostały przeniesione wprost z zakładów karnych – mówi przedstawicielka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl
