Ryszard Petru, Andrzej Duda, Rafał Trzaskowski - generacja 40-latków, którzy właśnie dokonują zmiany pokoleniowej w polskiej polityce.
Ryszard Petru, Andrzej Duda, Rafał Trzaskowski - generacja 40-latków, którzy właśnie dokonują zmiany pokoleniowej w polskiej polityce. Fot. Sławomir Kamiński(2)/Kuba Atys / Agencja Gazeta

Od dawna mówiło się o tym, że w polskiej polityce potrzebna jest zmiana pokoleniowa, bo pokolenie Okrągłego Stołu nie ma już wiele do zaoferowania. Jednak źle zdiagnozowano grupę, która miałaby tej rewolucji dokonać. Bo to nie 30-latkowie, którzy już zdążyli się skompromitować wyprawami do Madrytu czy ekscesami pod klubami nocnymi, lecz 40-latkowie, tacy jak Andrzej Duda, Ryszard Petru, minister ds. UE Rafał Trzaskowski (wszyscy trzej urodzeni w 1972 r.) czy minister sprawiedliwości Borys Budka.

REKLAMA
Tusk-Kaczyński-Miller. I tak w kółko. Jeszcze niedawno wydawało się, że tak już zawsze będzie wyglądała polska polityka. Nawet kiedy Donald Tusk wyjechał do Brukseli jego miejsce zajęła Ewa Kopacz, a na jej posadę czyha Grzegorz Schetyna. Wszyscy z tego samego pokolenia ludzi, którzy zbliżają się do 60. Po powrocie byłego premiera już umieszczano go w Pałacu Prezydenckim na emeryturę w latach 2020-2025 (a nawet do 2030).
Rewolucja
Tymczasem na naszych oczach dokonała się rewolucja pokoleniowa. Tak wyczekiwana, bo duża część opinii publicznej miała dość tych samych twarzy znanych jeszcze z historycznych zdjęć pokazujących obrady Okrągłego Stołu. Ale równocześnie z dostrzeganiem potrzeby tej zmiany pisano o tym, że jest ona niemożliwa. Popełniano tutaj jeden podstawowy błąd: analizowano układy wewnątrzpartyjne, nie przywiązując wagi do nastrojów społecznych.
logo
Fot. S.Kamiński/AG
A to one, nie wewnątrzpartyjny rokosz spycha na drugi plan dotychczasowych wodzów. Robią to wyborcy, których nie brano pod uwagę w kalkulacjach i prognozach. Pisano o twardych elektoratach, o ich mobilizacji, ale mało kto mówił o tych, którym w ogóle nie pasuje dotychczasowy układ. Dlaczego? Bo mało kto wierzył, że ktoś będzie w stanie ich zebrać i poprowadzić.
Duda beneficjentem rewolucji Kukiza
Na horyzoncie pojawił się tymczasem Paweł Kukiz, którego 20 proc. w wyborach prezydenckich było przede wszystkim jednym głośnym "NIE" dla dotychczasowej klasy politycznej. Beneficjentem tej potrzeby zmian stało się Prawo i Sprawiedliwość, które na z pozoru przegraną bitwę z Bronisławem Komorowskim nie wysłało wiekowego Jarosława Kaczyńskiego, ale młodego Andrzeja Dudę.
Dzięki zmianie nastrojów społecznych i fatalnej kampanii PO Duda wygrał, co po sukcesie Kukiza (starszego niż Duda, ale nowego w polityce) było następnym etapem zmiany pokoleniowej. Teraz czas na kolejny: wymianę kadr u przegranych.
Marazm na lewicy
Na razie obronił się przed nią Leszek Miller. Porażka Magdaleny Ogórek pokazała, że młodzi jeszcze nie są gotowi. Na ostatniej Radzie Krajowej udało mu się też zachować kontrolę nad partią. Wydaje się więc, że SLD do końca będzie partią Leszka Millera, choć raczej nie ma tam przyszłości.
Jednak budowanie czegokolwiek poza SLD idzie mizernie. Nie wiadomo co dalej z inicjatywą Grzegorza Napieralskiego. Były szef SLD i jego potencjalny wspólnik Andrzej Rozenek pojawili się do tej pory na kongresie założycielskim ruchu Wolność i Równość. O jej twórcach można powiedzieć wiele, ale nie to są młodzi. Z kolei rodząca się przy dopingu "Gazety Wyborczej" Partia Razem ma wszystkie warunki do tego, by usiąść na kanapie obok Partii Zieloni.
Wiatr zmian w PO
Dlatego oczy wyborców o lewicowych sercach zwracają się ku Barbarze Nowackiej i Robertowi Biedroniowi. Jednak ona nie zamierza (jeszcze?) porzucić Janusza Palikota, przed którym aktualnie nie ma przyszłości politycznej. On przynajmniej do 2018 roku zostaje w Słupsku.
logo
Fot. K.Atys/AG
Ale nie tylko lewicę czekają zmiany. Są one potrzebne przede wszystkim w Platformie Obywatelskiej. Ewa Kopacz nie ma potencjału ulubieńca tłumów, jakim był jej poprzednik, ale nie udało się jej też przekonać ludzi, że w zamian za to załatwi konkretne sprawy, które Tusk odkładał na później.
Partia vs ludzie
Przegrana Bronisława Komorowskiego i rozedrganie, w jakie wpadła po tym PO tylko pogłębiają wrażenie, że Ewa Kopacz nie jest osobą, która może wygrać dla swojej partii wybory parlamentarne. Dlatego zaczęło się poszukiwanie kogoś, kto mógłby ją zastąpić. I tutaj znowu okaże się, czy silniejsze są wewnątrzpartyjne przepychanki i wojny wpływów, czy wola wyborców.
Jeśli to pierwsze, to najsilniejszym kandydatem do przejęcia schedy po Ewie Kopacz jest Grzegorz Schetyna, mocno poturbowany przez Tuska, ale wciąż ze sporymi wpływami. Już dzisiaj odnosi małe sukcesy, jak przekonanie partii, że kampanią parlamentarną nie powinien kierować Jacek Protasiewicz, jego największy konkurent z Wrocławia.
Idą młodzi
Natomiast jeśli ludzie Platformy zamiast gry układów wsłuchają się w głos wyborców, postawią na młodych. Widać już pierwsze tego oznaki, choć to może tylko szybkie gaszenie pożaru, a nie konkretny plan: jednego z baronów, czyli Cezarego Grabarczyka, zastąpił w rządzie niespełna 40-letni Borys Budka. Wielu odczytało to jako znak, że można i chce, aby zmiany były głębsze.
Najbardziej korzysta na tym Rafał Trzaskowski, zastępca Schetyny, który zajmuje się sprawami europejskimi. W latach 2009-2013 był posłem do Parlamentu Europejskiego, więc był praktycznie nieobecny w krajowej polityce. I to pomimo że jego kampania wyborcza była doskonale oceniana za nieszablonowość, duży nacisk na internet i niesztampowe przedstawienie poparcia celebrytów.
W Trzaskowskim zbawienie
Choć w 2014 r. Trzaskowski trafił do rządu, Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji jest jednym z mniej eksponowanych. Dlatego choć formalnie z ministra stał się wiceministrem, Trzaskowski awansował. Zaczął się częściej pojawiać w mediach, a do tego zajmowanie się Unią brzmi poważniej, niż zajmowanie się internetem.
Dzisiaj Trzaskowski jest postrzegany jako szansa dla Platformy. Mówi o tym prof. Wojciech Sadurski, a na swoim profilu na Facebooku pisze Marcin Meller z "Newsweeka". Intensywnie domagają się go też internauci w komentarzach opisujących kłopoty w PO. Sam wywoływany do tablicy stara się nie wychylać, bo wie, że to dla polityka zabójcze. Czeka na swój czas.
Młodzi, nieskompromitowani
Tak jak całe jego pokolenie: Andrzej Duda, Borys Budka czy Ryszard Petru. Ci 40-latkowie nie byli tak żądni splendoru, stanowisk i pieniędzy jak ich o dekadę młodsi koledzy. Zapatrzeni w starych partyjnych wodzów bezwzględnie walczyli o ich posłuch. Stali się ich twarzami, ich młodszymi wcieleniami. Tak samo niewiarygodnymi, jak 50- i 60-letni wodzowie.
logo
Fot. S.Kamiński/AG
Do tego sami nazbierali sobie ujemnych punktów. Najgłośniejszą aferą 30-latków był słynny wyjazd do Madrytu, który dla trójki młodych wilków PiS skończył się wyrzuceniem z partii i de facto przekreśleniem ich szans na zostanie nowym pokoleniem liderów. W tym samym wieku jest też Przemysław Wipler, który mocno zaszkodził sobie zajściami pod klubem Enklawa w Warszawie. Poza tym jego partia KORWiN jest dzisiaj cieniem rodzącego się ugrupowania Pawła Kukiza.
Zmiana pokoleniowa w polskiej polityce jest niezbędna i dokonuje się na naszych oczach. Ale jej twarzami nie są upudrowani 30-latkowie, ale ich starsi koledzy, którzy choć mają doświadczenie polityczne, nie byli tak intensywnie obecni w mediach. Dzięki temu wielu wyborców postrzega ich jako świeżych. A dzisiaj świeżość to największy potencjał w polskiej polityce. Większy niż nawet najwspanialszy program.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl