Paweł Kukiz buduje "partię" zaklinając, że nie buduje partii. Ale czekają na niego te same problemy co na wszystkich

Paweł Kukiz na razi nie dostrzega niebezpieczeństw, które wiążą się z tworzeniem ogólnopolskich struktur.
Paweł Kukiz na razi nie dostrzega niebezpieczeństw, które wiążą się z tworzeniem ogólnopolskich struktur. fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta
Po rewelacyjnym wyniku w wyborach prezydenckich Paweł Kukiz pracuje nad tym, by zatrzymać przy sobie elektorat. W obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych potrzebna jest do tego partia polityczna. Co robi więc Kukiz? Zarzeka się, że nie zakłada partii i równolegle tworzy coś niemal identycznego.


Do wygrania wyborów potrzebny jest nie tylko charyzmatyczny lider i hasło (czy program), ale też ludzie. Zarówno ci, którzy zapełnią listy wyborcze, jak i ci, którzy zajmą się prowadzeniem kampanii.

Kukiz i narodowcy
Doskonale było to widać w kampanii prezydenckiej, do której Prawo i Sprawiedliwość podeszło maksymalnie zmobilizowane, a Platforma Obywatelska nie miała poczucia, że to jej wybory, tylko Bronisława Komorowskiego. Dlatego miasta i miasteczka były zalane podobiznami Andrzeja Dudy, a walczący o reelekcję prezydent spoglądał na wyborców właściwie tylko z piekielnie drogich billboardów.


Wie o tym Paweł Kukiz i jego otoczenie. Jeszcze przed oficjalnym i stanowczym zaangażowaniem się w politykę muzyk próbował nawiązać współpracę z organizacjami, które już mają zbudowane struktury. Jak wynika z upublicznionych przez WikiLeaks rozmów na Facebooku byłego szefa ONR Przemysława Holochera, jeszcze w 2012 roku Kukiz próbował porozumieć się z narodowcami.

Kukiz i "Solidarność"
Równolegle pertraktował z Piotrem Dudą i jego "Solidarnością". Owocem była Platforma Oburzonych, która wydawała się zaczątkiem partii politycznej. Ostatecznie jednak związek się rozpadł. Piotr Duda tłumaczył później, że jego organizacja nie chce angażować się w działalność stricte polityczną (co nie przeszkadzało mu później poprzeć Andrzeja Dudy).


Kukiz zrozumiał więc, że musi zbudować struktury na własną rękę. Pierwszą próbą, na razie na skalę regionalną, były wybory samorządowe w listopadzie 2014 r. Muzyk wystartował z list stowarzyszenia Bezpartyjni Samorządowcy i dostał się do sejmiku woj. dolnośląskiego (tutaj pisałem o jego pracy). Testy poszły dobrze, więc Kukiz i jego ludzie wypłynęli na szerokie wody.

Kukiz samodzielnie
Tym był niewątpliwie start w wyborach prezydenckich. Pierwszym testem było zebranie 100 tys. podpisów, by zarejestrować kandydata (udało się uzbierać aż 240 tys.). W toku kampanii zaczęła się wykuwać drużyna. Organizacja spotkań, przygotowanie i dystrybucja ulotek i plakatów, produkcja spotów i wykup czasu reklamowego.

To wszystko się ludziom Kukiza udało: na spotkania przychodziło po kilkaset osób, miasta były oblepione plakatami (i to rzeczywiście powieszonymi przez ludzi, nie wielkimi billboardami za ciężkie pieniądze), a spoty były zrobione dobrze, szczególnie biorąc pod uwagę niewielkie środki.

Najtrudniejsza walka
Jednak w porównaniu z wyścigiem o Belweder walka o Wiejską to spacerek. Bo tutaj nie liczy się jeden człowiek, na którego pracuje drużyna, ale kilkuset ludzi. Każdy z nich musi coś pokazać, mieć pomysł na siebie, zaproponować coś wyborcom ze swojego okręgu. Oczywiście nazwisko lidera uskrzydla (co pokazał wynik Ruchu Palikota, który w 2011 r. wprowadził wszystkie jedynki z 41 okręgów), ale jest masa rzeczy, o które można się potknąć.

Przede wszystkim trzeba zarejestrować listy co najmniej w połowie okręgów (21 z 41). Aby to zrobić trzeba zebrać 5 tys. podpisów, co jest ważnym testem dla struktur. Cztery lata temu na tym właśnie etapie poległa Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego, choć rok wcześniej udało jej się zarejestrować swojego kandydata w wyborach prezydenckich.

Prezent od Komorowskiego
Dlatego zaproponowane przez Bronisława Komorowskiego i przyklepane przez zdominowany przez PO Senat referendum ws. JOW-ów to dla Kukiza dar niebios. Dlatego muzyk przestał powtarzać, że to niewarty uwagi chwyt wyborczy (a taka była jego pierwsza reakcja), tylko zastanowił się jak może na referendum skorzystać. A może, bo dzięki niemu może budować partię... nie budując partii.

Zresztą to jedna z najczęściej powtarzanych przez Kukiza mantr: nie tworzę partii. I formalnie rzeczywiście może to być stowarzyszenie czy inna forma prawna. Ale nie zmienia to faktu, że strukturą i celami działania będzie przypominała partię polityczną. Dlatego Kukiz mocno promuje jej zaczątki, czyli komitety referendalne.
Trening
Chęć współpracy zadeklarowało na specjalnej stronie już 28 tys. Zwolennicy Kukiza zebrali też już ponad 80 tys. zł na kampanię przedreferendalną. To oczywiście dużo mniej niż w kampanii prezydenckiej, ale na razie o referendum jeszcze nikt nie myśli, więc kwoty zaczną rosnąć im bliżej 6 września.

Wątpliwe, aby do urn poszło ponad 50 proc. wyborców (w referendum ws. wejścia do UE, które miało gigantyczną promocję i trwało dwa dni zagłosowało 58 proc. Polaków). Dlatego kampania będzie dla partii Kukiza testem struktur, treningiem, tak jak dla tworzącej się Platformy Obywatelskiej było zebranie 750 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum "4 x Tak" (o czym powiedział Andrzej Olechowski).

Jak Platforma za młodu
Za poszczególne aktywności (wpłaty, organizację spotkań, dystrybucję materiałów) zbiera się punkty. Na specjalnej mapie wyświetlane są informacje o aktywności poszczególnych regionów, powiatów i miast. Taki sam mechanizm funkcjonuje w partiach, tylko nikt go nie upublicznia. Ale zarówno w PO, jak i w PiS działacze w terenie muszą się wykazać aktywnością w kampaniach, by liczyć na miejsca na listach, kiedy już przyjdą ich wybory.

Projekt Kukiza może się rozbić o ludzi. Bo kiedy powstawała Platforma, która także była projektem ludzi oburzonych i zdegustowanych klasą polityczną, dużą uwagę przywiązywano do personaliów właśnie. Choć listy wyborcze układano w prawyborach, trzej tenorzy (Płażyński, Olechowski, Tusk) zostawili sobie możliwość ich unieważnienia w poszczególnych okręgach (konkretnie zajmował się tym Donald Tusk).

Zbieranina
Muzyk z kolei zapowiada, że chce zgromadzić pod swoim skrzydłami wszystkie antysystemowe siły i poprowadzić je do zmiany systemu politycznego. Taka deklaracja to magnes dla politycznego marginesu. Ludzi, którzy jeszcze nic nie osiągnęli, bądź ich partie dawno zeszły ze sceny będą próbowali zrobić szybką karierę na nazwisku Kukiza (jak byli działacze Samoobrony z OPZZ Rolników Indywidualnych Sławomira Izdebskiego, organizatora zimowych protestów rolników).
Zaczynają też powstawać lokalne struktury, nad którymi centrala nie ma żadnej kontroli. Czasami wygląda to średnio profesjonalnie, jak na zdjęciu z Lublina. Ale to cena za to, że Kukiz chce jak najbardziej odróżnić się od partii. Ale partia musi mieć szefa, który będzie pilnował porządku. Kilka miesięcy temu pisałem w naTemat, że twarde przywództwo jest koniecznością, choć polscy politycy je karykaturyzują.

Paweł Kukiz stawia na drugą skrajność: zamiast zbyt mocnej kontroli i patologicznego wodzostwa proponuje niemal brak partyjnej hierarchii i nadzoru. O ile pierwszy system jest szkodliwy dla demokracji, ale skuteczny, o tyle drugi zaszkodzi polskiej polityce i będzie nieskuteczny, bo taka partia szybko się rozpadnie. A najbardziej straci na tym Kukiz, którego nazwisko zostanie oblepione chmarą wątpliwej jakości polityków.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Zupełnie nowe naTemat.pl 4.0. To największa zmiana w historii serwisu
0 0Grupa naTemat nigdy nie była tak popularna jak teraz. Dziękujemy!

O TYM SIĘ MÓWI

0 0Elitarna grupa zaczyna szukać Woźniaka-Staraka. Jeden z nurków zdradza szczegóły
0 0Co dalej z poszukiwaniami Woźniaka-Staraka? Mamy najnowszy komentarz policji
0 0Hejterzy śmieją się z jego roli w filmie Tarantino. Jednak to Rafał Zawierucha "wygrał życie"