Beata Szydło - druga po prezesie Jarosławie Kaczyńskim. Zaczynała jako burmistrz małej miejscowości, dziś ma szansę zostać premierem.
Beata Szydło - druga po prezesie Jarosławie Kaczyńskim. Zaczynała jako burmistrz małej miejscowości, dziś ma szansę zostać premierem. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Po kampanii prezydenckiej akcje Beaty Szydło zdecydowanie „idą w górę”. Z jednej strony, ma szansę zostać przewodniczącą kancelarii nowego prezydenta. Z drugiej – coraz częściej mówi się, że jest kandydatką na premiera. Nie zawsze jednak wiceszefowa PiS cieszyła się tak dobrą sławą, nawet w szeregach własnej partii.

REKLAMA
Przed wyborami prezydenckimi, politycy Prawa i Sprawiedliwości nie traktowali Beaty Szydło zbyt poważnie. Doceniali jej pracowitość, zaangażowanie i wierne oddanie prezesowi Kaczyńskiemu. Żartowali jednak, że jest podobna do premier Kopacz – z prowincji, bez charyzmy i zaplecza.
W sejmie nie umiała się „rozpychać”
„Newsweek” przypomina, że jej poważna polityczna kariera rozpoczęła się w 2005 roku, kiedy polsko-polska wojna PO-PiS trwała w najlepsze. Wówczas po raz pierwszy trafiła do sejmu, w którym początkowo czuła się bardzo niepewnie, jak większość tych, którzy trafiają na Wiejską ze struktur samorządowych. – Tu trzeba się rozpychać, a ona tego nie umiała – mówi o posłance Szydło jej z jej partyjnych koleżanek.
Nominacja na wiceszefa partii w 2010 była ogromnym zaskoczeniem – zarówno dla niej samej, jak i jej partyjnych kolegów. – Bez ironii muszę się przyznać, że o pani Szydło zupełnie nic nie słyszałem aż do tej soboty. To może świadczyć fatalnie o mnie. Ale może też świadczyć o tym, że wiceprezesem partii, z którą związałem swój los, może zostać każdy jej członek – mówił po jej nominacji Marek Migalski, wówczas europoseł PiS.
Wiedziała, że lider jest jeden
Szydło została wiceszefową nie tylko dzięki swojej ogromnej pracowitości, ale też lojalności wobec prezesa. Nie angażowała się w żadne partyjne frakcje. Wiedziała, że lider jest jeden. Takich ludzi właśnie potrzebował Kaczyński po kryzysie – tak osobistym, jak i politycznym – który nastąpił po katastrofie smoleńskiej.
Lokalne problemy
Zanim Beata Szydło zaczęła stawiać swoje pierwsze kroki w Sejmie, przez siedem lat była burmistrzem w jednej z miejscowości w Małopolsce. W tym samym czasie jej mąż – Edward Szydło – sprawował mandat radnego powiatu. Zawsze starali się nie łączyć spraw zawodowych i osobistych. Lokalna prasa donosiła tylko o jednym, niejasnym przypadku.
"Newsweek"

Pani burmistrz walczy o trasę S1 (…) Problem w tym, że protestują mieszkańcy domów, obok których ma przebiegać trasa – najgłośniej Adam Grzywa. (...) Mąż pani burmistrz Szydło jedzie do sąsiada Grzywy. Ma gotowe pismo do Inspektoratu Nadzoru Budowlanego – wniosek, żeby skontrolować, czy dom Grzywy jest wybudowany zgodnie z przepisami. Sąsiad podpisuje donos. Czytaj więcej

To jedyna wpadka w samorządowej karierze Szydło.
Szydło – „ziobrystka”
"Newsweek" przekonuje, że kiedy w 2005 chciała wystartować do Sejmu, starała się o miejsce zarówno w PO, jak i PiS, lecz nikt nie chciał jej na swoich listach. Pomocną dłoń wyciągnął w jej kierunku Zbigniew Ziobro i pomógł znaleźć się na drugim miejscu na liście, tuż za Pawłem Kowalem. Dlatego przez pierwsze miesiące w sejmie Beata Szydło miała „łatkę ziobrysty”.
Przez lata posłanka Szydło przeszła ogromną przemianę. Dziś nikt z niej nie żartuje ani nie przypina „łatek”. Jedyna osoba, której bezwzględnie jest lojalna to prezes Kaczyński. Mimo wszystko, politycy PiS przekonują, że jest „inna niż pisowski stereotyp”. Jest naturalna i normalna, i to właśnie stanowi jej ogromny atut.
Źródło: Newsweek