Polscy studenci ściągają na potęgę. Kamil odważył się zwrócić na to uwagę, jest teraz ofiarą nagonki

Studenci SGH są podzieleni na tych, którzy nękają Kamila i na tych, którzy go bronią.
Studenci SGH są podzieleni na tych, którzy nękają Kamila i na tych, którzy go bronią. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta
W zeszłym tygodniu w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej zawrzało. Jeden ze studentów podczas egzaminu z języka niemieckiego publicznie zwrócił uwagę, że jego koleżanka pisze pracę przy pomocy telefonu komórkowego. Żądał ukarania ściągającej. Studentka przyznała się do winy i dostała ocenę niedostateczną. Kamil, bo tak ma na imię student, został ofiarą facebookowej nagonki.


Koledzy z uczelni nazywają go konfidentem, frajerem i kapustą. Studenci twierdzą, że zrobił to złośliwie, bo przecież nic nie może na tym zyskać, a tylko dziewczyna oblała przez niego egzamin. Kamil został bohaterem memów, ktoś postulował o rozwieszenie jego zdjęć na całej uczelni, które miałyby być ostrzeżeniem przed kapusiem.


– Wydaje mi się, że ściąganie na uczelniach osiągnęło patologiczne wymiary – przyznaje wykładowca SGH. – To wszystko przez komórki i media społecznościowe. Na przykład studenci podczas egzaminu wspólnie rozwiązują zadania, bo założyli wcześniej grupę na Facebooku, na której wymieniali się odpowiedziami. Zdarzyło mi się dostać 10 identycznych prac ręcznych. Nie zadają sobie nawet trudu ukrywania tego. Albo w ramach pracy zaliczeniowej przesyłają mi dwa identyczne arkusze w Excelu, w których komórki pokolorowane są nawet tymi samymi kolorami. Często tłumaczą, że uczą się razem i razem piszą prace. Można to jakoś zrozumieć, ale trzeba włożyć chociaż jakiś swój wkład. Ich tłumaczenia są w większości kuriozalne– mówi wykładowca.


Wśród studentów SGH pojawiają się również głosy rozsądku. Uczciwi studenci zwracają uwagę na to, że na zagranicznych uczelniach ściąganie karane jest wyrzuceniem z uczelni. Okazuje się, że są tacy, którzy wiedzą, że ten sposób prześlizgiwania się z roku na rok jest po prostu oszustwem i nie powinno to być normą. Niektórzy postulują zmiany, które miałyby wyniknąć z inicjatywy studentów, bo wykładowcy nie wiedzą jak się za nie zabrać, albo im nie zależy.


– Za ściąganie można wyrzucić z uczelni, ale zwykle nie jest to egzekwowane – mówi wykładowca SGH. – Żeby ta sytuacja się zmieniła potrzebna jest zmiana polityki uczelni. Kiedy prace zaliczeniowe są identyczne, studenci powinni być wyrzucani. Zamiast tego, wykładowcy zaczęli zmieniać sposób zaliczania przedmiotu. Student musi napisać egzamin czy pracę przy wykładowcy. Ale tak nie może być, trzeba zmienić system – dodaje.

Na SGH powszechną karą za ściąganie jest ocenia niedostateczna. Ale to nie powstrzymuje przed oszukiwaniem. Kamil w oczach wykładowców zachował się odważnie. Nie obchodziło go, że korzystanie z pomocy na egzaminie jest sprawą indywidualną. O incydencie wiedzą władze uczelni. Prodziekan spotkała się z Kamilem i pytała, czy nie potrzebuje wsparcia, bo skala internetowego nękania jest bardzo duża. Jednak student jest silną osobowością i postąpił świadomie. Ta sytuacja pokazuje, że polskie uczelnie są na dobrej drodze do zmian. Najlepszym przykładem na to, że studenci powinni zwracać uwagę na oszustwa, jest Szwecja. Tam ściąganie uznawane jest przez samych studentów za postępowanie nie fair wobec siebie i wykładowców.

Źródło:Gazeta Wyborcza