
Czarne skrzynki montuje się zazwyczaj w samolotach. Dzięki nim, można odtworzyć bieg wydarzeń, np. po katastrofie lotniczej. Teraz te zmyślne urządzenia być może pojawią się w samochodach. Czarna skrzynka w aucie będzie monitorować, czy nie dociskamy za mocno gazu i czy nie jesteśmy piratami drogowymi. Zamach na prywatność czy słuszna prewencja?
REKLAMA
Takie rozwiązanie od października chce wprowadzić firma ubezpieczająca auta - Link4. Firma będzie sprawdzać styl jazdy kierowcy. Na początku gadżety kontrolujące jazdę pojawią się w samochodach firmowych - ale tylko w przypadku, kiedy właściciel przedsiębiorstwa wyrazi na to zgodę. Dopiero w późniejszym etapie "czarne skrzynki" będą mogły pojawić się u właścicieli prywatnych aut – donosi "Gazeta Wyborcza".

Jak to będzie wyglądało w praktyce? Jak informuje "Gazeta Wyborcza" najpierw dane ze skrzynki będą przesyłane do firmy analizującej dane. Tam sprawdzą, ile razy kierowca ruszył z piskiem opon, ostro wyhamował i czy zdarzyło mu się przekroczyć w trakcie jazdy dozwoloną prędkość. Gotowy raport trafi na biurko ubezpieczyciela.
Przedstawiciele firmy tłumaczą, że zamontowanie "czarnej skrzynki" w aucie może się opłacać - kierowca, który wykaże się wzorowym stylem jazdy, zapłaci mniej za ubezpieczenie auta. Nie wiadomo na razie, ile będzie trzeba zapłacić za taki system. Podobne rozwiązanie z powodzeniem funkcjonuje w innych krajach: Francji, Włoszech, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Pojawiły się już pierwsze głosy krytykujące pomysł. Wielu kierowcom nie uśmiecha się perspektywa permanentnej inwigilacji, a proponowane zmiany traktują jako zamach na ich prywatność. Pracownicy Link4 podkreślają jednak, że nie interesuje ich cel podróży, a jedynie styl, w jakim tam dotrze kierowca.
Od maja kierowców obowiązuje także nowe prawo drogowe. Najbardziej przemawiającym do rozsądku argumentem za tym, żeby przestrzegać przepisów są nowe, wyższe opłaty za mandaty. Za przekroczenie prędkości dopuszczalnej o 10 km/h w terenie zabudowanym zapłacimy już 114 złotych. Do tej pory było to zaledwie 50 zł. O prawie tysiąc złotych wzrośnie natomiast opłata za przekroczenie tejże prędkości o 50 km/h – zamiast 500, zapłacimy 1520 złotych mandatu. W tym ostatnim przypadku na trzy miesiące stracimy też prawo jazdy.
Źródło: Gazeta Wyborcza
