W lipcu 1941 roku we Lwowie Niemcy zamordowali wielu przedstawicieli polskiej elity. Na zdj. egzekucja polskich cywilów w Bochni w grudniu 1939 roku.
W lipcu 1941 roku we Lwowie Niemcy zamordowali wielu przedstawicieli polskiej elity. Na zdj. egzekucja polskich cywilów w Bochni w grudniu 1939 roku. Fot. Wikimedia Commons

Mieszkańcy Lwowa, których domy sąsiadowały ze Wzgórzami Wuleckimi, musieli być przestraszeni odgłosami strzałów, które dobiegały zza okien rankiem 4 lipca 1941 roku. Właśnie dokonywała się tragedia polskiej elity - specjalne komanda egzekucyjne rozstrzeliwały niewinnych profesorów lwowskich uczelni. Gros elity miasta zniknął ot tak, jednego dnia.

REKLAMA
To była największa egzekucja polskich naukowców w czasie II wojny światowej. Od chwili jej wybuchu okupanci prowadzili przemyślaną politykę wyniszczania narodu "podludzi", spoglądając podejrzliwym okiem głównie na jego warstwy kierownicze. Zapowiedzią tragedii był już listopad 1939 roku - w murach najstarszej polskiej uczelni, Uniwersytetu Jagiellońskiego, naziści aresztowali prawie 200 naukowców - większość trafiła za druty obozu koncentracyjnego w Dachau. Nie wszyscy dożyli wolności.
Koledzy po fachu krakowskich uczonych - naukowcy ze Lwowa - nie mieli nawet szans na przeżycie. Wieczorem 3 lipca 1941 roku wywleczono ich z domów, tylko dlatego, że jako przedstawiciele inteligencji, stanowili rzekomo zagrożenie dla niemieckich planów. Lwów od kilku dni był opanowany przez okupanta; już prawie dwa tygodnie hitlerowskie Niemcy znajdowały się w stanie wojny ze Związkiem Sowieckim. "Rozprawa" z polską elitą była tylko kwestią czasu.
Przygotowania do niej objęły sporządzenie list proskrypcyjnych - rękoma ukraińskich studentów, którzy występowali m.in. w charakterze przewodników. Polecenie wydał Eberhard Schöngarth, szef Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Krakowie. Podlegał mu cały sztab ludzi, każdy mniej lub bardziej był uwikłany w zbrodnie.
logo
Eberhard Schöngarth - główny sprawca zbrodni na lwowskich profesorach. Fot. Wikimedia Commons
Zgodnie z dyrektywami Schöngartha, należało zatrzymać znakomitych lwowskich naukowców, uznanych nie tylko w kraju, ale i zagranicą. Na liście do aresztowań figurowały także nazwiska osób, których nie było akurat w mieście; co więcej, niektórzy już nie żyli.
Koniec końców, w ręce oprawców trafiło łącznie kilkadziesiąt osób. Cztery miejscowe uczelnie: uniwersytet, politechnika oraz dwie akademie - handlu zagranicznego i medycyny weterynaryjnej - miały niebawem stracić najlepszych fachowców.
Niektórych, jak prof. Kazimierza Bartla - byłego polskiego premiera - zatrzymano już 2 lipca. Zginął "dopiero" 26 lipca, wcześniej nie przystał na niemiecką propozycję stworzenia marionetkowego gabinetu. Z jego lwowskiego mieszkania eksmitowano członków rodziny Bartla, majątek rozkradziono, po czym... wprowadzili się tam niemieccy kaci z Einsatzkommando. Ci, którzy przybyli do Lwowa z okupowanego Krakowa właśnie po to, by pociągać za spust.
logo
Prof. Kazimierz Bartel, premier pięciu rządów II Rzeczypospolitej, zamordowany we Lwowie w lipcu 1941 roku. Fot. Wikimedia Commons
W przypadku większości schwytanych, dramat rozegrał się już po kilku godzinach. Niezależnie od tego, czy ujęty był profesorem, członkiem jego rodziny czy też przypadkową osobą, przewidziano dla niego śmierć od kuli. Zanim zatrzymanych zabito, znęcano się nad nimi w areszcie.
Prof. Franciszek Groër, jedyny ocalały spośród aresztowanych

Wprowadzono nas po schodach na korytarz. Stało tam już z 15–20 osób z opuszczonymi głowami. Ordynarni gestapowcy bili nas kolbami i rozkazali ustawić się w rzędach z twarzami zwróconymi do ściany. Na korytarzu i dziedzińcu pełno było uzbrojonych gestapowców. Wśród nich dostrzegłem ze dwie lub trzy osoby po cywilu. Zakładam, że byli to agenci lub tłumacze, ponieważ rozmawiali zarówno po ukraińsku, jak i po polsku.

Nad ranem 4 lipca skazańców - bez żadnego wyroku - przewieziono ciężarówkami na górujące nad okolicą wzgórza.
Łącznie rozstrzelano tam 40 osób, w tym 22 profesorów. Wśród ofiar byli m.in. znakomity prawnik Roman Longchamps de Berier, inżynier Kazimierz Vetulani, lekarz Władysław Dobrzaniecki - prekursor polskiej chirurgii plastycznej, Antoni Łomnicki - współtwórca tzw. lwowskiej szkoły matematycznej (razem m.in. ze Stefanem Banachem) czy rektor Politechniki Lwowskiej Kaspar Weigel. Zginął też czołowy przedstawiciel literackiego nurtu Młodej Polski, Tadeusz Boy-Żeleński.
logo
Tadeusz Boy-Żeleński, jedna z ofiar niemieckiego mordu we Lwowie. Fot. Wikimedia Commons
Naziści uwolnili tylko jednego aresztowanego - lekarza pediatrę Franciszka Groëra. Życie zawdzięczał m.in. temu, że doktoryzował się we Wrocławiu (Breslau) i świetnie znał niemiecki. Zanim jednak wyszedł na wolność, był świadkiem wielu okropieństw. Zachowały się też relacje postronnych świadków egzekucji - potwierdzają one, że mord na polskiej elicie był dobrze zaplanowaną zbrodnią. Profesorów spotkał los podobny do oficerów, zamordowanych nad dołami katyńskimi.
Inż. Karol Cieszkowski, naoczny świadek zbrodni

Mniej więcej w połowie zbocza zobaczyłem nad wykopaną jamą cztery cywilne osoby zwrócone twarzą do zbocza, a plecami do mnie. Za plecami tych osób stali czterej niemieccy żołnierze z karabinkami w ręku, a obok nich oficer. Zapewne na słowną komendę tego oficera żołnierze równocześnie strzelili i wszystkie cztery osoby wpadły do jamy. Wówczas sprowadzono z góry ścieżką nowe cztery osoby i cała scena dokładnie się powtórzyła. Trwało tak do końca, aż wszystkie osoby cywilne zostały sprowadzone nad jamę i zastrzelone.

Także i w tym przypadku oprawcom chodziło o zatarcie śladów zbrodni i uniknięcie odpowiedzialności. Udało się, po wojnie wielu z nich dożyło spokojnej starości, co fatalnie świadczy o międzynarodowym wymiarze sprawiedliwości. Zbrodniarzy próbowano co prawda pociągnąć do odpowiedzialności jeszcze w Norymberdze w 1946 roku, a potem także w toku śledztw prowadzonych w zachodnich Niemczech oraz Polsce, ale bezskutecznie.
logo
Walter Kutschmann, niemiecki oprawca, który znalazł schronienie w Argentynie, 4 stycznia 1975 roku. Fot. Ricardo Alfieri / Wikimedia Commons
Wypada więc wspomnieć, kto odpowiada za kaźń polskiej elity. Poza Schöngarthem, aresztowania przeprowadzali: Heinz Heim, Hans Krüger, Felix Landau, Ferdinand Kammerer, Gerhard Hacker, Karl-Heinz Keller, Kurt Köllner oraz Viktor Gurth.
Bezpośrednio w egzekucjach (także po 4 lipca), według ustaleń niemieckiego badacza Dietera Schenka, prawdopodobnie udział wzięli: Max Draheim, Walter Martens, Paul Grusa, Hans Krüger, Walter Kutschmann, bracia Johann i Wilhelm Maurerowie, a także niewykluczone, że Werner Michaelis.
Pewne jest, że Niemcom pomagał holenderski kolaborant Pieter Nikolaas van Menten, zarabiający jako tłumacz, przechadzający się po Lwowie w mundurze SS. Odpowiadał za zatrzymanie i przesłuchiwanie polskich ofiar, brał też udział w grabieży majątku. Kradzież niezliczonych dzieł sztuki, za przyzwoleniem Niemców, uczyniła go jednym z najbogatszych Holendrów.
logo
Pieter van Menten w 1977 roku, przed skazaniem na karę więzienia. Fot. na licencji Creative Commons, Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.
Władze holenderskie odmówiły po wojnie ekstradycji van Mentena do Polski. Dopiero po upływie ponad 30 lat został skazany na osiem lat więzienia - za udział w mordach dokonywanych na Żydach. Swoją służbę określał później jako "misję", wspominając o sumiennym "wykonywaniu obowiązków".

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl