
Mieszkańcy Lwowa, których domy sąsiadowały ze Wzgórzami Wuleckimi, musieli być przestraszeni odgłosami strzałów, które dobiegały zza okien rankiem 4 lipca 1941 roku. Właśnie dokonywała się tragedia polskiej elity - specjalne komanda egzekucyjne rozstrzeliwały niewinnych profesorów lwowskich uczelni. Gros elity miasta zniknął ot tak, jednego dnia.
Wprowadzono nas po schodach na korytarz. Stało tam już z 15–20 osób z opuszczonymi głowami. Ordynarni gestapowcy bili nas kolbami i rozkazali ustawić się w rzędach z twarzami zwróconymi do ściany. Na korytarzu i dziedzińcu pełno było uzbrojonych gestapowców. Wśród nich dostrzegłem ze dwie lub trzy osoby po cywilu. Zakładam, że byli to agenci lub tłumacze, ponieważ rozmawiali zarówno po ukraińsku, jak i po polsku.
Mniej więcej w połowie zbocza zobaczyłem nad wykopaną jamą cztery cywilne osoby zwrócone twarzą do zbocza, a plecami do mnie. Za plecami tych osób stali czterej niemieccy żołnierze z karabinkami w ręku, a obok nich oficer. Zapewne na słowną komendę tego oficera żołnierze równocześnie strzelili i wszystkie cztery osoby wpadły do jamy. Wówczas sprowadzono z góry ścieżką nowe cztery osoby i cała scena dokładnie się powtórzyła. Trwało tak do końca, aż wszystkie osoby cywilne zostały sprowadzone nad jamę i zastrzelone.
Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl
